Nadzieja na sens

peruwiański święty

Kto zna zasady kontaktów biznesowych, szkoleniowych, sprzedażowych ten wie, że o polityce, sporcie i religii nie należy rozmawiać. Tematy tego rodzaju rozpalają w ludziach tak skrajne emocje, dzielą, ekscytują, antagonizują, że ich uruchomianie, nawet w tak  zwanej dobrej wierze, może się skończyć sporym konfliktem.  Mowa o sytuacji w XXI wieku w jednym z zamożnych krajów świata. Rzecz dotyczy Polski.

Współczesny człowiek wcale nie mniejszy ma kłopot z własną religijnością lub jej kryzysem, jak jego dziad i pradziad, choć w kilku krajach nieco bardziej demokratycznych coraz rzadziej zagrożony jest stosem, wypędzeniem lub choćby torturami. Wystarczy jednak podróż na wschód lub na południe by przekonać się, że religijne podziały wciąż są groźne.  Niemal wszystkie religie monoteistyczne mają w tradycji nietolerancję wobec obcych i przemoc – tak w nawracaniu, jak i w obronie czystości religijnej lub rasowej, wszczynaniu wojen i krzewieniu wiary siłą. Również te politeistyczne jak hinduizm. Choć biały jest pożądanym posiadaczem dolarów lub euro, do którego wyciąga się setka rąk, to już na progu świątyni staje się obcym pariasem, któremu nawet nie wolno spoglądać na święte pomniki bogini Kali lub Wisznu. Jego życie jest niewiele warte, bo przecież bogowie odrzucą obcego. Domeną bogów jest odrzucanie obcych i karanie nieposłusznych. Sikha jest gotów znienawidzić Kurda, a szyita sunnitę. Tam,  gdzie trwają wojny islamskie, tam szyici, mniejszość, synowie kalifa Alego, ostatniego z prawowitych kalifów, stają przeciwko większości sunnitów. Zawsze ktoś jest prawowity, a inny odrzucony, obcy, uzurpator. Żadna jednak religia w historii nie ma na sumieniu tylu ideologicznych zbrodni, tylu aktów przemocy, zamordowanych kultur, ludów, poglądów, takiej dawki hipokryzji co katolicyzm, a przed schizmą chrześcijaństwo. Dla nas to trudna wiedza. My w Polsce traktowaliśmy kościół przez całe wieki jako enklawę polskości i niepodległości. Nawet lewicowe, niezależne środowiska chowały się pod skrzydła kościoła w czasach represji i prześladowań, w nowożytnej historii naszej ojczyzny. Ksiądz był zarówno autorytetem jak i jedynym w okolicy wiarygodnym nauczycielem. Wiara – jedyną nadzieją i jedynym obszarem wolności. Kto walczył z kościołem ten był wrogiem i wolności mordercą.

Kiedyś martwiło mnie to uporczywe utrzymywanie ciągłości historycznej przez Watykan, w której jest przecież i spalenie biblioteki Aleksandryjskiej, i wyprawy krzyżowe, i krwawy podbój obu Ameryk, i procesy przeciwko czarownicom, i wypędzenie Żydów sefardyjskich z Hiszpanii, i stworzenie getta żydowskiego w średniowiecznym Paryżu, Barcelonie, Madrycie i Krakowie i setki zamęczonych istnień. Dla osób znających choćby trochę historię to nie nowina. Dlaczego dzisiejsi mędrcy kościoła nie odetną się od Borgiów, Sforzów, Torquemady, Arnolda Almaryka, Corteza i Pizarra, Piusa XII, irlandzkiej molestacji?  Niestety, ciągłość jest konieczna by legitymizować kościół od Piotra po Benedykta XVI. Jest jednak kosztowna, bo przecież papieżami byli okrutni i straszni Sforzowie, a braciszkowie Krzyżacy działali z woli i pod jurysdykcją papieża. Podobnie dominikanie, prokuratorzy  inkwizycji, a potem jezuici, raz powoływani raz rozwiązywani.  Historycznie rzecz ujmując każda religia wcześniej czy później zastępowana jest przez nową. I kolejne stają się nieco bardziej egalitarne od poprzednich. Jest w nas ogromna potrzeba Boga, pragnienie nadania sensu własnemu istnieniu. Ciekawe jest jednak to, że nasza religijność jest wybiórcza, łatwo koncentruje się na rytuale i tylko na nim.

Chyba jestem dziwny, niektórzy mówią – ekscentryczny. Kiedy jestem w Wenecji i mijam kościoły  zamiast wpadać w euforyczny zachwyt [to także] na moment mój wzrok zatrzymuje się na kamiennych urnach, do których mieszczanie skwapliwie wrzucali donosy na bliźnich, a inkwizytorzy nocami skrupulatnie sporządzali akty aresztowania. Tak wzrosła Wenecja. Kiedy jestem w Cusco zamiast wpadać w euforyczny stan [to także] mój wzrok śledzi kamienie po zdewastowanych, inkaskich świątyniach, w które wbito konkwistadorski krzyż. Tak wzrastało Peru. Kiedy jestem w Toledo w dzielnicy sefardyjskiej zamiast wpadać w euforyczny stan [to także] mój wzrok zatrzymuje się na drzwiach żydowskich domów, z których wypędzono całe rodziny, rabując ich dobytek. Tak wzrastała Hiszpania.

Ponoć w Watykanie na życie  papieża Ratzingera uknuto spisek. Mój sen z Chavezem nagle się ziścił, byłem w szoku. Wraca na Kubę. Będzie operowany, pożegnał się z narodem. Wiecie, co macie robić – powiedział. Chemia nie przyniosła skutku. I myślę o Bogu Jedynym szyitów i sunnitów napuszczonych na siebie, o bóstwach uwięzionych w Tybecie mocą nowej wiary mnichów, które strzec miały klasztory i lud tybetański i nie ustrzegły. Myślę o Wenecji i Toledo i o samotny papieżu. Okruchy Boga, ludzkie szyderstwo z bogów, hipnoza tłumu, który przestał rozumieć. I jestem gotów powtórzyć za wieloma autorami, że religie wyłącznie antagonizują wobec siebie wyznawców i zaiste trudno znaleźć w nich pożytek – oprócz mglistych zasad moralnych i równie enigmatycznych obietnic życia po śmierci. A jednak myślę, że gdyby Bóg lub jakikolwiek Absolut troskliwie oczekiwał nas w jakimś raju byłoby miło, i gdyby istniała jakaś sprawiedliwość nadająca życiu najwyższą rangę i jakiś nienegocjowany obrachunek win i dobroci,  byłoby radośniej. Mój smutek [okresowy rzecz jasna] natychmiast jednak koi Temple Grandin i Juliet Gallatley;  Anna Dymna i Fred Donaldson; Ewa Błaszczyk i Jurek Owsiak. Ale najbardziej ucieszyłbym się z nadziei, tak jest – z nadziei na poczucie sensu, w przeciwieństwie do bezsensu istnienia białka w jego złożonej, ewolucyjnej formie.  I wtedy byłbym naprawdę radosny. Czy ktoś widział w okolicy jakiegoś wiarygodnego Boga, Boga przez duże B?

Nadzieja na sens
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

13 komentarzy

  1. Marek to się bierzemy za to co na razie możemy :) i niech energia kosmiczna przez wielkie B nas wspiera:)

  2. Aniula, dokładnie tak jak piszesz. To jest właśnie kwestia ODPOWIEDZIALNOŚCI.
    Od lat mam okazję pracować z ludźmi różnych narodowości i niestety stwierdzam, że biadolenie i maruderstwo jest ulubionym zajęciem Polaków (być może to w ogóle problem krajów postsowieckich).
    Jest źle? To weźmy odpowiedzialność. Zróbmy coś. Znajdźmy rozwiązanie i naprawmy tyle ile damy radę!

  3. Marku ale łatwiej jest krytykować niż wziąć się do roboty:) i ponieść odpowiedzialność. W polityce to teraz dobrze widać, wszyscy krytykują rządzących ale nikt nie poddaje innych ciekawych rozwiązań bo po co, niech tym teraz się noga powinie a oni zabłysną potem . Albo i nie bo nie będzie już przy czym błyszczeć.

  4. Aniula, miałem na myśli trochę co innego. Chciałbym, żeby osoby, które tak konsekwentnie piętnują kościół uruchomiły fantazję i wyobraziły sobie, że piastują kluczowe stanowisko w hierarchii kościelnej. Są na przykład papieżem albo przynajmniej bardzo wpływowym kardynałem. Mają dużo dobrej woli i chcą zreformować kościół katolicki. Co zrobią? Konkretnie.
    Czy ma ktoś jakieś pomysły które poprawią funkcjonowanie instytucji? Które sprawią, że kościół będzie lepiej realizował swoją misję? Które sprawią, że zmieni się postrzeganie kościoła przez nieprzychylnych? Itp. Itd.?
    Jeśli ktoś ma rzeczywiście dobre i WYKONALNE pomysły to proszę, niech podzieli się wiedzą.
    Ale jeśli pomysłów nie ma, to niech przestanie oceniać i narzekać. Wielu jest złych księży. Tak, wśród milionów duchownych na pewno wielu jest złych. Pedofilów. Pewnie też paru morderców. Wielu ma dzieci a niektórzy pewnie okradają swoją parafię. Tak jak wielu jest złych ojców, złych matek, złych nauczycieli, złych lekarzy, złych sprzedawców i w ogóle innych „złych” ludzi różnych profesji. Ale wielu to nie znaczy większość.
    Bo bardzo wielu księży i ogólnie ludzi kościoła z mozołem wykonuje swoją misję szerzenia dobra. Wielu ginie za wiarę, albo przynajmniej nadstawia kark wspierając innych. Wielu pomaga i wielu stara się zmienić to co może na lepsze. Z różnym skutkiem. Jednym wychodzi lepiej innym gorzej.
    Ale z szacunku dla tych właśnie ludzi – wielu, bardzo wielu dobrych ludzi, bronię ich przed uogólniającymi i krzywdzącymi ocenami. Zgoda, zdarzali się ludzie kierujący w przeszłości kościołem, którzy wprowadzali tę instytucję na złe tory. Ale dlaczego winić za to ten miliard ludzi, którzy kościół stanowią dzisiaj??? Czy wszyscy Niemcy są źli? To przecież spadkobiercy Hitlera? Może kościół jest mało skuteczny, może traci wiernych, może nie potrafi się odnaleźć, może księża przynudzają i w ogóle jakoś tak nie łatwo utrzymać tę wiarę. Ale czy doprawdy ktoś z was wierzy, że jest to wylęgarnia zła i źródło problemów na świecie? Czy katolicy rzeczywiście zasługują na taką ocenę, jaką im się powszechnie wystawia? Czy nie jest to przypadkiem taka maska, którą się zakłada bo łatwo i modnie? Ja zauważam akurat taką korelację, że ci spośród znajomych, u których obserwuję SZCZERE zaangażowanie w kościół katolicki, to zwykle ludzie pogodni, przyjaźni, skromni i uczynni. Proszę, niech ktoś wskaże zapisy Katechizmu Kościoła Katolickiego, które jego zdaniem upoważniają do jego tak negatywnej oceny? A może 10 przykazań jest źródłem zła?
    Nie jest łatwo zarządzać organizacją skupiającą miliard ludzi. Wiele się nie udaje. A jednak wielu ludzi kościoła wykonuje mozolną i dobrą pracę. Chylę przed nimi czoło.
    Łatwo odcinamy się od wartości. Większość z nich wywodzi się z tradycji chrześcijańskiej – katolickiej a to przecież takie pasé. Odcinamy się więc i czujemy mocni wiarą we własne siły. Super! Cool! Najmłodszemu pokoleniu coraz częściej przestaje ciążyć ten stary i niepotrzebny bagaż – mamy więc coraz częściej okazję przekonać się jakimi wartościami kierują się teraz niekiedy młodzi ludzie…

  5. Jakkolwiek historia może być trudna, tradycja chrześcijańska jest silnym zakotwiczeniem w wartościach. Myślę, że nie byłoby poczucia Polskości, Patriotyzmu, Polski bez zasad i nadziei, wiary w odzyskanie niepodległości, w przywrócenie mowy polskiej w szkołach i na uczelniach bez takich osób jak Ksiądz Popiełuszko, Jan Paweł II i wielu wielu innych, którzy zapłacili życiem. Uważam, że zamęt i oczernianie ważnych ludzi w tym Lecha Wałęsy jest jakimś zabiegiem socjotechnicznym i próbą osłabiania, tego co tworzy siłę narodu. Tak to widzę. Wg mnie w duchowości i widzeniu człowieka w drugim ukrywa się wielka szansa i światło.
    A tak niezaprzeczalnie. Zależnie od miejsca urodzenia. Korzenie są strasznie ważne. Dla przetrwania. Nie tylko pustej wegetacji i konsumpcji tego, co już gotowe wg. socjotechnicznych zabiegów klik i osób, którym dobro innych osób stoi na przeszkodzie własnych interesów.
    Każda wiara daje siłę. Zobaczcie jak wiele możemy zrobić i robimy pomimo informacji o destabilizacji, kryzysie, zalewie pornografią oraz wzajemnych szantażach militarnych.
    Stawianie na rodzinę – czy nie jest w każdym sensie wartością ponad wartości. A pokój na Świecie o który się modlimy?
    Część, bardzo bardzo ważna naszego dziedzictwa.

  6. Marku ale te zmiany zaczęły się już dziać. Chociażby sprawy o wykorzystywanie seksualne przez księży. Tylko sami wierni mogą dokonywać zmian w swojej wspólnocie. Mówi się o wsiach jako o enklawach kościoła, ale to też zaczyna się zmieniać. Oprócz wiary ludzie włączają rozum, przeciwstawiają się wykorzystywaniu, naginaniu zasad przez księży. Myślę , że duży wpływ na ludzi ma dostęp do informacji. Jeżeli słyszy się , że ludzie walczą o swoją godność przeciwstawiając się wielkim tego świata, zmienia się też perspektywa patrzenia na problem. Nie jestem sam z tym problemem, są ludzie którzy mnie wesprą. Kwestia poszanowania godności człowieka to nie tylko problem katolików, islamiści też powinni poczytać Koran i sprawdzić czy rzeczywiście wolno im tak pomiatać kobietami.

  7. Ćwiczenie na marginesie.
    Sporo i stosunkowo łatwo mówi się o problemach kościoła katolickiego. Wytyka się przeszłość i teraźniejszość. Niektórzy całkiem dobrze odnajdują się w tym zajęciu i przemycają różne oceny przy różnych okazjach (od spotkań u cioci na imieninach po naukowe debaty). Ok. Ale tak sobie myślę, że to nie sztuka diagnozować problemy. Sztuką jest ich rozwiązywanie.
    Czy ktoś pokusi się o (poważne) rozwiązania, które istotnie poprawiłyby funkcjonowanie chyba największej wspólnoty wyznaniowej na świecie? Jak skutecznie zarządzać >1 miliardem ludzi? Jak powinny wyglądać mechanizmy kontroli i samonaprawy takiej organizacji? Jak pogodzić całe spektrum przekonań od skrajnie konserwatywnych po skrajnie reformatorskie? Według mnie to jest ciekawsza perspektywa do dyskusji. Znaleźć rozwiązanie. A nie narzekać.

  8. Świetny tekst! – dziękuję.

  9. Wiara powstała ze strachu, najpierw wobec zjawisk przyrody a później wobec tych co mieli władzę i kropka. Ja też bym cicho siedziała i wierzyła jakby inkwizycja mi przed nosem łaziła. Myślę, że jesteśmy częścią, wciąż odnawialnej energii i tak na prawdę , my jesteśmy odpowiedzialni za to co się dzieje. Wszyscy jesteśmy ze wszystkim powiązani, jesteśmy okruszkiem we wszechświecie i jednocześnie wszechświatem. Jeżeli wysyłamy myśl, czy prośbę to tak naprawdę włączamy coś w sobie co pozwala czerpać energię. Dlatego łatwiej podjąć na decyzje mając wsparcie z zewnątrz, dlatego też to co na zewnątrz również bardziej nas rani. Tego wiarygodnego Boga przez duże B to raczej nie zobaczymy my go możemy tylko czuć .

  10. “Ksiądz był zarówno autorytetem jak i jedynym w okolicy wiarygodnym nauczycielem.” Ksiądz i dzisiaj jest często mentorem w wielu miejscach w Polsce.
    Marek ma rację, że na dobrym gruncie powinno wyrosnąć chrześcijaństwo. Czy tak jest? Mam ambiwalentne uczucia. Znam księży, którzy nie mogą usiedzieć na miejscu i myślą tylko o tym jak pomóc ludziom. Znam też takich co siedzą i nic nie robią.
    Jest wiele pytań. Jedno z nich po przeczytaniu Pana takstu mi się nasunęło. Skoro Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo to dlaczego nie jesteśmy mu równi?

    Kościół ma ogromny problem z historią. Panie Macieju warto szanować historię, znać ją i rozumieć. Jednak coaching opiera się na tym co jest teraz i co będzie w przyszłości. Może warto teraz się skupić na tym, żebyśmy swoim przykładem dawali przykład innym. Przekazywać pozytywne wzorce. Skupiam się na pozytywnych rzeczach. Choć zastanawia mnie czy pewne rzeczy są możliwe bez rozliczenia historii.

    Generalnie jak dzisiaj usłyszałem trafinie w PnŚ “trzeba się skołczować” ;D

  11. Mam podobne odczucia Maćku. Właściwie każda wiara włożona (od zarania czy narzucona w mniej lub bardziej brutalny sposób) na konkretną ziemię z własną historią i tradycją bazuje na fundamencie “odległości od”, samotności wobec Absolutu.
    W większości świątyń, miejsc kultu, rytualnej lub świeckiej modlitwy człowiek na wejściu jest już taką mróweczką. W katolicyzmie gdzieś z tajemniczej wysokości patrzy na niego Ten Wszechmocny. I grozi palcem. Wedle nauki miłosierny, ale zdarza się że oto w konfesjonale – surowo rozlicza. By jakoś ten respekt wzmocnić idzie się za wyobrażeniem z Kaplicy Sykstyńskiej: poważnego, dostojnego z autorytetem Starca Stworzyciela. W katolicyzmie ten jeden Bóg jest wyraźnie odległy. Ja najmocniej tę dychotomię poczułam w Notre Dame de Paris. Byliśmy na wycieczce w Paryżu, jeszcze w ubiegłym stuleciu :-). Olbrzymie przestrzenie, połyskujące odblaski witraży, ciemność bijąca z tego wnętrza. Poruszając się w tym przeogromnym Domie Bożym (mówimy tak o miejscu, do którego przychodzimy by się modlić do Niego, wierząc że jest tu obecny w jakiś szczególny sposób) właściwie niewiadomo czy jest się jeszcze w nawie głównej czy już bocznej. Człowiek czuje się mocno osobny. Może i powalony pięknem konstrukcji, obrazów stworzonych rękami ludzi ku czci, ale jednak jak ta przysłowiowa mrówka.

    Można patrzeć na kota, który pozwala sobie zrobić autentycznie wszystko -od wymiętoszenia do wytarmoszenia- niemowlakowi, który się rozwija i małą roślinę, która wykiełkowała mimo, że nie miała praktycznie szans i widzieć, intuicyjnie przeczuwać wyższą siłę. Albo w wybaczeniu matki, która straciła wszystkich synów w wojnach w byłej Jugosławii. W pomocy cierpiącej osobie i w cierpieniu tej osoby.

    Tak jak jesteśmy różni, tak różne mamy spojrzenia na świat. Potrzeby Nieznanego, zgłębiania metafizyki, zainteresowania dla parapsychologii i ezoteryki. Zupełnie rozumiem też ludzi, którzy bojąc się śmierci (zwłaszcza utraty bliskich i żałoby po nich) przyziemnie myślą kategoriami: człowiek i nic ponadto. Dryfowanie i oddawanie się modlitwie, w pewnej perspektywie, pogłębia ten samotniczy, grzeszny, niedoskonały żywot, jaki prowadzi przeciętny człowiek jednak poczciwy.

    Umierająca z głodu Afryka, wycieńczona żądzą władzy i lękiem przed stryczkiem Syria, Iran mamiony złudzeniem, że siła w uzbrojeniu, przeciwstawianiu się brakowi pobożności Stanów, z dumą przyjmujący nagrody europejskiego i właśnie amerykańskiego kina. Coś przesłania, mam wrażenie człowieka w drugim człowieku (choć go usiłuje szukać, nie krzywdzić i zabijać) …

  12. Współczucie jest ludzkie (co do bogów się nie wypowiadam ponieważ przekracza to moje poznanie). Ale żeby zisciło się wspólczucie i pojawiła się miłość między ludzmi (czy ją nazwiemy caritas, bodhicitta, amor, czy inaczej) często wiele karmy (losu) się musi przerzucić, człowiek musi przejść przez bolesne poznanie samego siebie, przez poznanie deficytu ludzkiej natury. Do “boga” (o którym się nie wypowiadam, bo przekracza to moje poznanie, choć ilekroć wchodzę do “Małej Synagogi” na krakowskim Kazimierzu, tylekroć jestem poruszona, wzruszona) idzie się od ludzi. Nie ma boga bez ludzi i ich ludzkiej natury. Bóg przez duże B? Wątpię. Czy istnieje człowiek przez duże C? Bywa. Bywa to nie to samo co istnieje.

  13. Miłość – dobroć jest Boska – przez bardzo duże B. Miłość – dobroć do drugiego człowieka.
    Dlatego Jezus “jest blisko Boga”. Takie proste a jednak niezwykłe słowa. Miłuj bliźniego jak siebie samego. Na dobrym gruncie wyrosło chrześcijaństwo. Niestety zachwaszczone ludzkim grzechem w którymś momencie zatraciło poczucie celu.

Komentarze są wyłączone.