Niesłychanie metaforyczny tekst o nawigacji

Coaching posługuje się jak mało która dyscyplina, pojęciem celu. Cel ma być precyzyjny, pozytywnie sformułowany, zwymiarowany, określony w czasie, zwizualizowany itd. Ja dodaję do tego efekt, ważne rozróżnienie. Cel określa kierunek, efekt zaś skutek. Cel mówi o dążeniu, efekt, czyli rezultat określony jest przez potrzeby. Jesteś głodny? To klasyczne pytanie o potrzebę. Tak, zjadłbym coś. Odpowiedź określa cel. A co chciałbyś zjeść? Na co masz apetyt? Tego rodzaju pytania dookreślają cel. Natomiast rzadko pamiętamy by spytać: A jak chciałbyś się czuć jedząc? Jak chciałbyś żeby ci podać posiłek? Jak chciałbyś się czuć po jedzeniu? Ponoć osoby otyłe rzadko pytają siebie same o efekt, czyli o to, jak chcą się czuć w trakcie jedzenia, oraz po posiłku. Jedzenie to tylko przykład. Określa on jednak zasadniczą różnicę pomiędzy bułką z serem zawiniętą w szary papier,  a grzanką podaną na porcelanowym talerzyku. Dodaj do tego nieprzyjemny chłód w korytarzu i zapach papierosowego dymu, szare płytki pcv i pośpiesznie połykaną bułkę lub nastrojowe świece, dyskretną muzykę i zapach rozmarynu. Maleńkie detale decydują o wielkich jakościowych zamianach w naszym życiu. To zmiana kontekstu, pytanie o potrzeby uruchamia realizację potrzeb. Bez tego pytania nawet nie wiemy po co mielibyśmy zjadać bułkę przy stole na talerzyku.

Rzeczywiście, wielu z nas przyjmuje życie jakim jest. Przestajemy troszczyć się o nasze bułki i talerzyki, szary papier wystarcza. Nie troszczymy się również o własne małżeństwa, relacje z dziećmi, dalsze otoczenie, a już najmniej obchodzą nas losy naszych dzielnic, fabryk, społeczności. Coach wówczas nawołuje do brania odpowiedzialności, uzyskiwania wpływu, podejmowania działań choćby na początkowo niewielką skalę, bo przecież każdy z nas może zostać Rosą Parks, Ludwikiem Pasteur, a nawet Władysławem Bartoszewskim, czy też postacią heroiczną i tragiczną: Rotmistrzem Witoldem Pileckim.

No cóż, żeby nauczyć się pływać trzeba najpierw używać deski, koła ratunkowego, albo śmiesznych, nadmuchiwanych rękawków. Bez nich ani rusz. Potrzeba dobrej pogody lub spokojnego basenu i oczywiście przyda się spokojny, przywalający, profesjonalny coach. Oceniający, agresywny, represyjny tatuś, który wymaga od dziecka natychmiastowych wyników jedynie zdemotywuje dziecko, lub uruchomi traumę. Dobry coach bardzo się przydaje. Jednak pewnego dnia musisz zrzucić rękawki, jeśli naprawdę chcesz zacząć pływać. W rozwoju człowieka etapem pływania z deską, przy pomocy rękawków jest określanie i wymiarowanie celów. Kolej na efekty, czyli rezultaty. Jaki ma być rezultat tego całego pływania? Teraz mowa o stylu pływackim,  o wynikach i o tym jak chce się czuć młody pływak na basenie, jakie potrzeby chce zrealizować za tydzień, lub dwa? Czy będzie to chęć zaimponowania kolegom, dziewczynom, czy może zechce się poczuć jak olimpijczyk, albo po prostu przestanie bać się wody?

Nadchodzi dzień, w którym pływak wskakuje do morza lub do jeziora i nagle zaczynają się liczyć nie tyle cele, nawet nie efekty, lecz umiejętność nawigacji, bycie sternikiem, elastyczne reagowanie na zmiany otoczenia, na własne potrzeby, siły, umiejętności  oraz setkę innych czynników, których początkowo nawet nie sposób przewidzieć. Teraz zaczyna się prawdziwy self-caoching. A zatem różnica pomiędzy bułką w papierze i grzanką na talerzu również zanika,  a w zasadzie przestaje być istotną opozycją. Zaczyna być istotne zarówno: co jem, jak i: jak jem, lecz również czego nie jem, dlaczego nie jem, co chcę jeść itd. Zmiana jakościowa przenosi się na inny poziom rozumienia rzeczywistości, staje się kreowaniem rzeczywistości, czyli nawigacją. Nie tyle planujesz podróż, i określasz potrzeby, które dzięki niej zrealizujesz, ile płyniesz jako sternik, nawigator, pasażer i kapitan  w jednej osobie. Co ciekawe jesteś też okrętem, który płynie :-) i to bez nadmuchiwanych rękawków.

Niesłychanie metaforyczny tekst o nawigacji
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

29 komentarzy

  1. Ciekawy art – słowa warte powtarzania raz na jakiś czas. Testowałem metodę wizualizacji skutku osiągnięcia celu i wg mnie jest bardzo skuteczna. Ta metoda ułatwia „przy okazji” pozbycie się lęku przed osiągnięciem celu – lęku przed sukcesem – który często blokuje nas w dążeniu do celu. Oswojenie skutku sprawia, że mniej się go boimy.

  2. Maila do Agi naskrobię i dam znać co odpisze :)

  3. Słuchajcie a z ciekawości Agnieszka Kawula gdzieś wyjechała? Coś dawno jej nie było na forum… ad też nic nie pisze…

  4. Tak zwane drugorzędne warunki( do spełnienia czegoś, co człowiek nazywa celem) przeważnie mają pierwszorzędne znaczenie, transformujące nawet sam „cel”. Toteż jednym z moich najbardziej ulubionych mott jest rosyjska mądrość z rosyjskiej baśni–„idz nie wiedząc dokąd, przynieś nie wiadomo co, droga jest długa, cel nieznany” :)

  5. W moim przypadku nauka pływania szła mi jak po grudzie. Mimo specjalnej deski i dmuchanych rękawków za nic w świecie nie mogłam się nauczyć pływać. Dziwiło mnie, że to właśnie ja, jako jedna z nielicznych w klasie, mam taki problem, bo pływanie bardzo mi się podobało i naprawdę chciałam sobie tak na luzie, fajnie pływać, jak inni.
    Wreszcie zniecierpliwiony ratownik, na którejś z kolei lekcji, po prostu wrzucił mnie na najgłębszą wodę i czekał przy brzegu na rozwój wypadków. Kurczę, pamiętam jak dziś, jaka wielka była moja radość, gdy okazało się, że jakoś nie tonę i udaje mi się przybliżać do brzegu w kierunku jakiejś metalowej rury, którą trener trzymał w rękach, a której koniec był zanurzony w wodzie (pewnie po to, bym się miała czego złapać w razie tonięcia).

    Efekt był ostatecznie taki, że na studiach zamiast WF-u pływałam w ramach sekcji pływackiej, reprezentując naszą uczelnię na ogólnopolskich zawodach pływackich. Żadnej traumy :) A trenera bardzo lubiłam mimo jego niekonwencjonalnych metod, których ja sama nigdy w życiu bym na nikim nie zastosowała.

    Ciekawe, skąd wiedział, że nie utonę…

  6. I jeszcze jedno. Biegam bo lubię, bo chcę. Dla siebie. Znam kilku biegaczy, Którzy biegają dla czasu. Nic nie widzą na trasie, bo złamanie 3.30 jest celem. Mogą wymiotować, na mecie zemdleć a cel osiągną. Tylko czy o to chodzi?

  7. Otóż to Bartku. Obawiam się, że strzeliłeś w sedno. To coś ich – zapewne do pracy z sobą. Ale czemu to my mamy mieć efekt borsuka? czy jak to się mówi?

  8. To nic innego, jak brak poczucia własnej wartości. Dziennikarz /czy też wspomniani wcześniej nasi rodacy/ ostatni biegowy kilometr przebyli w podstawówce to się wypowiadają i krytykują.

  9. Aniula,
    Fajne :D Nie sądzę abyś potrzebowała kiedykolwiek strzelenia w łeb, jak to nazywasz ;)
    Ale nie stawaj się proszę cyborgiem :) albo nie wyrzucaj sobie że nim (ideałem, maszyną, maszynerią doskonałą potrzebną do słupków tu i ówdzie) nie jesteś!

  10. Bartek’
    Jeśli chodzi o Justynę Kowalczyk to jest to sportowiec pierwsza klasa, nie ujmując nic Adamowi Małyszowi :) Nie rozumiem jak długo jeszcze będą zmuszani przez niektóre media i ludzi do przepraszania za to że są ludźmi, a nie cyborgami?
    Człowiek to człowiek. Strasznie przykra sprawa jak mało współczesne media dbają o zdrowy dopping, image sportowców, jak obrażające są komentarze i zwykłe napaści na nich, co niestety muszą czytać ich rodziny :( Bełkot jest bełkotem :>

  11. Bartek a jeśli się z Norweżkami dogadała , że da im raz wygrać, aby dziewczyny premię zgarnęły? Tak dała im popalić, że pewnie mają dziurę budżetową:) Żart oczywiście, mam nadzieję, że nie przecieknie to do „Pudelka” czy innej zwierzyny medialnej;)

  12. Dżo-ann,

    Zgadzam się z Tobą. I zastanawiam się, jak zbudowana mentalnie jest „nasza” Justyna. Wszak piąte miejsce to dla niej porażka. Dla wielu milionów Polaków też / nie wiedzieć czemu ;), a pewnie dla nich większa /. Zastanawiałem się, kiedy jej organizm „wysiądzie”. Nie można kilka lat tak eksploatować żadnego urządzenia w takim stopniu. Dla mnie Justysia jest boska i szanuję jej pracę, ambicję, chęć osiągnięć. Dzisiejsze jej słowa mogą świadczyć, że ma zdrowe podejście : poza Norweżkami jestem najlepsza na świecie…

    Brawo !!!

  13. Kochani jakby mi kiedyś odbiło i zapomniałabym o etyce moich działań to strzelcie mnie w łeb dla otrzeźwienia:)

  14. W dążeniu do celu nie może wziąć góry presja rezultatu :) Czy którykolwiek ze sportowców zdobyłby jakikolwiek medal, puchar, dyplom?
    Przygniecenie wizją pierwszego miejsca (jakie się należy, po latach przegranych, upokorzeń, diet, treningów, zawiedzenia kibiców) zgubiło niejednego mistrza. Zabiło dziecko, energię, świeżość flow, energię zabawy i skrzydeł, jakie niosą do świetnych wyników. Miło się gratuluje sportowcom dobrych osiągnięć, ale ważny jest w nich owy Sernak, owy łut szczęścia, sprzyjający czas, energia, flow. Nie może to być coś co się należy, coś co jest sportowiec winny swoim kibicom. Taka presja niszczy, wyniszcza, wycieńcza, przewraca. Zdrowy dopping i transparenty :) jak najbardziej tak. Reszta nie w ludzkich rękach…

    Biegacie? Super :) Kibicuję i ja!

  15. Powodzenia :) Wam wszystkim! :)

  16. Dobra to ja maluję transparent dopingujący „Ekipę Bennewicza” , bo zdrowie mi nie pozwala na maratony. Po maratonie to reanimacja by nie wystarczyła:)

  17. Dziś ponownie oglądnąłem z synkiem „Księgę Dżungli”. I tak mi jedna pioseneczka w głowie siedzi, że się nią z Wami podzielę.

    http://www.youtube.com/watch?v=5a3c4uXjRjk

  18. To i ja się zapisuję :)

    Team „Bennewicz Blog”

    Cel: ukończenie, medal, tłum wiwatujących 55 tysięcy kibiców na Narodowym ;)

    Nie, dziś wiem, że ważniejsze od medalu, ważniejsze od mety na stadionie, jest ten jeden biegowy krok na treningu czy w trakcie biegu. Dostrzeżenie innych biegaczy, czasem miła rozmowa z nimi, spostrzeżenie goniących się wiewiórek, trenującej z Tobą sarny. Obserwacja swojego zmęczenia, oddechu, stanu mięśni. Oczywiście pełne szczęście w trakcie wyrzutu endorfin :)

    Cel jest ważny, ważniejszy jednak każdy krok prowadzący do niego.

    Powodzenia na biegowych i życiowych ścieżkach.

  19. Bartek,

    A propos wcześniejszego Twojego posta i wspólnych lektur – też mam fazę na Tolle’a teraz. „Nowa Ziemia” mnie bardzo poruszyła.

  20. Ale numer! Ja też biegnę we wrześniu :) Pierwszy raz. Niesamowite te wspólne procesy, jakie mam tu z Wami. Pozdrawiam serdecznie :)

  21. Bartek

    29 września 2013 | Maraton Warszawski
    Bięgnę ! :)

  22. jak patrza na mojego syna to myślę sobie, że dla dzieci wszystko to jest łatwiejsze i naturalne:) ostatnio udzielił mi lekcji nt.poczucia szczęscia i radości: „1.trzeba mieć uśmiechniętą buźkę 2. robić przyjemne rzeczy i cieszyć się tym 3. być miłym dla innych, – widzisz to łatwe!” a potem siedział na kanapie przeglądając Chatkę Puchatka i podśpiewując sobie pioseneczkę pod nosem:)

  23. Porownanie bardzo mi bliskie z uwagi na posiadany patent sternika morskiego i licencje nurka.W obydwu przypadkach podroz poprzedza przygotowanie.Wiele prob zdobycia lepszej kondycji. Nalezy miec mape i punkty brzegowe, cel rejsu jak i ‚”nurka”‚
    Zawsze moga byc momenty nieprzewidywalne i wtedy liczy sie doswiadczenie,opanowanie,szybka analiza( czasami tylko impuls intuicji) bo to co sie zdarzy zalezy od naszej reakcji na dana sytuacje. Czasami jak w moim przypadku „nurka” z rekinami w poblizu Filipin ( morze Sulu) po prostu lepiej nie robic nic-czekac.
    Wazne jest rowniez by miec kogos kto wesprze wiekszym doswiadczeniem , wiedza ,doprowadzi do uswiadomienia innych niz znamy rozwiazan.
    Na poczatku drogi liczy sie ze doplynales do portu przeznaczenia lub „zrealizowales”nurkowe zadanie.
    Potem wazne jest rowniez jak do tego doszlo, radosc przezywania, smak przygody, smak zycia.
    Czasami sytuacja , intuicja powoduje ze zawijasz do portu ktory nie byl zaznaczony na mojej mapie i okazuje sie ze to jest niespodziewane odczucie.
    I to jest radosc odkrywania w czasie podrozy i nie ma znaczenia czy nad czy pod woda.
    Ma znaczenie swiadomosc celu, umiejetnosc przezywania i poczucie ze jako kapitan swojej duszy poradze sobie w kazdej sytuacji i ja decyduje o portach do ktorych zawijam.
    Pytanie ktore Pan panie Macku zadaje „jak chcialbys sie czuc po zrealizowaniu celu”wyzwala myslenie po co to robie, co chce w ten sposob uzyskac dla sibie samej. Uzmyslawia glebie przezyc wlasnych i mobilizuje do gleboko swiadomego przezywania podrozy a nie automatycznego osiagania, zaliczania celu.
    Do smakowania kazdej chwili zycia a nie polykania kolejnych „kesow”zaliczania kolejnych portow, „nurkow” tylko w pogoni za zaliczeniem kolejnego celu.

  24. Andrzej,

    Maraton, Poznań, październik 2011, start i właśnie ta muza dla kilku tysięcy startujących. Bieg, zwycięstwo nad sobą, nad swoimi słabościami. Ale super wspomnienie :)

    Miłego weekendu

  25. Dziękuję za przypomnienie o Rotmistrzu Pileckim i profesorze Bartoszewskim. Wybitne pokolenie Ludzi z klasą, z niekłamanym szacunkiem do drugiego człowieka.
    Tak, kara śmierci w pierwszych latach Polski Ludowej była skutecznym narzędziem wymordowania wielu bohaterów. Pamięć o nich na szczęście żyje oraz przypomina kim jesteśmy i jakie drogi są właściwe, nawet za cenę życia.
    Nie mam karty pływackiej, ale kiedy mam sposobność bardzo lubię pływać. Woda przenosi w inne wymiary. Tutaj człowiek się wyzwala, zapomina o wózku inwalidzkim i na nowo odczuwa swoje ciało, odkrywa swoją formę- kondycję psychofizyczną: wczoraj przepłynąłem tyle a tyle basenów, dziś już dwa razy więcej albo pływam nie na czas tylko dla siebie – żabką, klasycznie, dla odprężenia organizmu, załagodzenia stresów dnia codziennego.
    Trudno jest mówić o potrzebach. Pytać, głośno je wyrażać. Boimy się, że w ten sposób zostaniemy odebrani jako egoiści, zbyt skupieni na sobie, płytcy, podskórne narcyziki. Tymczasem właśnie proste pytanie: jakie są Twoje potrzeby? jest ważne i pozwala zachować zdrowie psychiczne. Zadawane na różnych etapach życia, ma różne odpowiedzi. Ważna jest ta zmienność: wczoraj potrzebowałem książek do geologii i geodezji, dziś potrzebuję wszystkiego o kuchni włoskiej – otwieram restaurację i nie boję się zanurzyć w nowej wiedzy. Bo życie to też nurkowanie. Ja niestety nie potrafię nurkować sprytnie, często osiadam na mieliźnie, ale wtedy mam czas na obserwację wszystkich z przodu: kto ściga się uczciwie, kto płynie z prądem, a kto pod prąd, jak zachowa się zwycięzca, który zgarnie wszystko?

  26. Ostatnio zaeksperymentowałem. Przy tym gdy klient sobie wyobrażał efekt koncowy, puściłem pewną piosenkę – Vangelis – Chariot of fire. To było coś…

  27. Czasami proszę klienta o to by wyobraził sobie siebie tuż po osiągnieciu celu- jak będzie się czuł, jak będzie sie zachowywał, co będzie robił, jak będzie robił? A potem proszę go o to aby wyobraził sobie siebie dochodzącego do celu, czyli żeby wyobraził sobie drogę. Droga często ważniejsza niż cel.
    Jak czytałem, to od razu nasunął mi się jeden zawodnik – Michael Phelps i jego coach- Bob. Polecam autobiografię.

Komentarze są wyłączone.