8. Nirwana

Ośrodek PAPUGA nieoczekiwanie się zaludnił. W ślad za Zlatanem i Łasabim następnego dnia rano przybyli kolejni miłośnicy ścigaczy, dla których każdy powód do wyruszenia w trasę był dobry jak dla pijaka każda okazja dobra do wypicia. Ruszył do Polski Zlatan, ruszyli w ślad za nim jego przyjaciele, zaś rzewna opowieść Łasabiego, który dopiero nad Adriatykiem odkrył miłość swego życia, była dla nich iskrą. Natomiast pożarem była trasa, zaś kurs po Polsce istną lawą, erupcją motocyklowego wulkanu. Byli zachwyceni Polską. Trasy hiszpańskie, austriackie, niemieckie, a nawet słowackie – to był dla nich pikuś, małe miki, musztarda w bułce w porównaniu do hardkoru polskich dróg krajowych. Od granicy do jeziora Mokrego jechali tyle samo czasu co z Chorwacji do granicy polskiej. Na dwupasmowej drodze wyprzedzające się tiry; traktory i kombajny włączające się do ruchu równie zaskakująco, co zajeżdżający drogę kierowcy osobówek; ścigające się dostawczaki; wyrastające spod ziemi wysepki; po siedem radarów na odcinku 50 kilometrów; nieoczekiwane zwężenia i zaskakujące dziury w jezdni; samochody wyprzedzające się na trzeciego, czwartego a nawet piątego wliczając w to polskich motocyklistów jeszcze mniej przewidywalnych od pozostałych uczestników drogi. Bonanza, Eldorado, Arkadia, raj motocyklistów ekstremalnych – darmowy tor przeszkód, odcinek specjalny na długości 500 kilometrów, jazda crossowa dla wtajemniczonych! I to wszystko za darmo!

Łasabi nie przestawał chodzić w ów charakterystyczny sposób dla początkującego jeźdźca. Unikał kierownika ośrodka PAPUGA. Pan Henryk natomiast, kierownik ośrodka, cieszył się i martwił jednocześnie. Popadał w kolejne emocjonalne sinusoidy. Po raz pierwszy od lat w ośrodku był ruch, aż zmuszony był zamówić szambiarkę, co nie zdarzyło się w czasie sezonu od siedmiu lat! Martwił się nieoczekiwanym pojawieniem się gości, od czego definitywnie odwykł, jednocześnie cieszył się raportem do działu administracyjnego PAPUGI, w którym wykaże przychód! Martwił się odwołalnością nieodwołalnego, zakłóceniem cudownego bezruchu i spokoju, do którego przywykł. Martwił się ilością obowiązków, które nieoczekiwanie i niezasłużenie na niego spadły, od których odwykł,  jak mu się zdawało raz na zawsze. Jednak najbardziej martwiło go pojawienie się dziwnego, namolnego kolegi z pracy kochanej pani Bohdzi, Łasabiego. Nie wiedział co go w tym martwiło? Zmartwiony był samym zmartwieniem.

Gosia, przyjaciółka Bodzi, na dobre zniknęła z panem Matuszewskim zostawiwszy w domku jedynie lapidarną kartkę: Wracam za kilka dni, całusy oraz rozbebeszoną stertę swoich rzeczy. Martwiła się też Bodzia, nie tyle o Gosię, która jej zdaniem jak kocica zawsze spadała na cztery łapy; nie tyle o pana Henryka ciągle ostatnio podenerwowanego; nawet nie o Łasabiego, który okazał się w gorącej wodzie kąpanym kosmitą; ile o siebie. Nagle znalazła się w opłakanym stanie. Węgorzyki z panem Henrykiem, zaproszenie do kina, kochana pani Bohdzia a teraz to: to, czyli Łasabi, który tęsknił do uśmiechu i pędził do swojej ukochanej z Polski dzień i noc. Nie mogła nawet czytać. Była wzburzona, zdenerwowana. Tak, to była wściekłość. Co oni sobie myślą? Może to jakaś drwina? Może męska ironia? Przeglądała kolorowe czasopisma, które w obfitości pozostawiła Gosia. Równie bezmyślnie przerzucała kartki jak bezmyślna i beznamiętna była ich treść. Po co Gosia kupowała ich aż tyle, wystarczyłoby jedno. W każdym te same kremy, ładne buzie, ładne buzie, chude modelki, chude modelki, ładne buzie, znane ładne buzie, ładne buzie, chude modelki, chude modelki, kremy, kremy, ładne buzie, znane ładne buzie, ładne buzie, kremy, kremy, kremy. Czy na tym polega kobiecość? Czy na tym polega uroda? Zirytowała się jeszcze bardziej. Zapukał Łasabi. Czy nie ma ochoty przejechać się na motocyklu? Nie miała. Zapukał pan Henryk. Czy nie ma ochoty na kurki w śmietanie. Nie miała. Pomimo jej irytacji kolorowe magazyny były idealne, idealnie puste, idealnie pusto bezrefleksyjnie reklamowo kolorowe. Idealne lekarstwo dla zdezorientowanej kobiety.

Bodzia spojrzała w lustro. Worki pod oczami; pociągła, wręcz chuda twarz; proste włosy; kościste ramiona; wystające obojczyki; płaskie piersi; kanciaste biodra; długie, wąskie dłonie; spiczaste kolana; długie, wąskie stopy. Odwróciła wzrok i spojrzała w lustro raz jeszcze. Wiadomo przecież, że facetom chodzi o jedno? Lato, burza hormonów, przewaga testosteronu, u kobiet wystarczy trochę oksytocyny, odrobina progesteronu i  już: wybuch miłości! Odpychające! Obrzydliwe i głupie! Czysta biologia! Spojrzała w lustro kolejny raz. Zsunęła nieco ramiączko. Worki pod oczami; pociągła, wręcz chuda twarz; proste włosy; kościste ramiona; wystające obojczyki; płaskie piersi; kanciaste biodra; długie, wąskie dłonie; spiczaste kolana; długie, wąskie stopy – nic się nie zmieniło. 185 centymetrów wzrostu. I nagle, nieoczekiwanie doznała olśnienia, kompletnego wglądu, istnego przebudzenia. To była nirwana, samadhi, objawienie, katharsis! Patrzyła na idealną modelkę, co prawda nie najmłodszą ale o perfekcyjnym wyglądzie: worki pod oczami; pociągła, wręcz chuda twarz; proste włosy; kościste ramiona; wystające obojczyki; płaskie piersi; kanciaste biodra; długie, wąskie dłonie; spiczaste kolana; długie, wąskie stopy. Rozpuściła włosy związane gumką. Potrząsnęła grzywą jasnych, prostych włosów. Zdjęła spłowiały dres o dwa numery za duży. Pośpiesznie wyszukała w kosmetyczce Gosi kredkę. Namalowała dwie mocne kreski i znowu dwie. Umalowała usta nieprzyzwoicie wulgarną, czerwoną szminką, która z twarzy Gosi robiła prosiaczkową mordkę, zaś wargi Bodzi nieoczekiwanie zaczęły krzyczeć czereśniową czerwienią. Podkreśliła bladość worków pod oczami. Wydłużyła rzęsy mascarą. W następnej chwili oderwała jedno ramiączko i ściągacz oraz połowę długości spódnicy, którą zwykła zamiatać  igliwie na dróżkach ośrodka PAPUGA. Spojrzała w lustro ponownie. Oderwała jeszcze po kawałku. Odwróciła głowę i po chwili spojrzała wydymając usta.  Odsłoniła jedno ucho. Przekrzywiła głowę jak rozkapryszona dziewczynka i powiedziała na głos z uśmiechem jakiego u siebie nie znała:

– Worki pod oczami; pociągła, wręcz chuda twarz; proste włosy; kościste ramiona; wystające obojczyki; płaskie piersi; kanciaste biodra; długie, wąskie dłonie; spiczaste kolana; długie, wąskie stopy. Wyglądasz perfekcyjnie! Wyglądasz bosko! Wyglądasz cudownie! Wyglądasz jak modelka, która udaje, że jest dziwką! Wyglądasz jak dziwka, która udaje, że jest modelką! Wyglądasz jak dziwka! Można cię przedstawiać starszym panom! Jeśli wyglądasz jak dziwka, to znaczy że jesteś dziwką! Ty dziwko!

Jej monolog przerwało pukanie do drzwi. Otworzyła. Na schodkach do jej domku typu   Mała Brda numer dwa znowu stał Łasabi. Zapraszał na grilla z Chorwatami lecz gdy podniósł wzrok i spojrzał na swoją rozmówczynię zachwiał się i runął na wznak. Bodzia klasnęła w dłonie raz i drugi jakby zamierzała obudzić śpiącego albo zabić komara ale zorientowawszy się, że Łasabi nie rusza ani nogą ani ręką, wiele się nie namyślając, przeskoczyła przez leżącego i pobiegła po pomoc do pobliskiego domku Mała Brda numer jeden, w którym mieszkał kierownik ośrodka PAPUGA pan Henryk. Żeby te kilka metrów pokonać szybciej zrzuciła klapki i niczym łania, na boso wbiegła do środka nawet nie pukając. Pan Henryk akurat wypełniał karty meldunkowe pieczołowicie przepisujące dane z chorwackich paszportów. Podniósł wzrok, zdjął okulary, spojrzał na Bodzię i oniemiały…spadł z krzesła, tak niefortunnie, że trzasnął głową w przenośny kaloryfer.

– To myśmy z Gosią trzęsły się z zimna w te chłodne, deszczowe noce, a pan, panie Henryku grzał się w najlepsze przy kaloryferze! – raczej stwierdziła niż zapytała Bodzia zostawiając kierownika leżącego na podłodze z ciętą raną na głowie. Po chwili wróciła, bezceremonialnie odchyliła głowę oszołomionego Henryka, przyjrzała się ranie i  orzekła: – Nic ci nie będzie.

Gdy wyszła na alejkę z ziemi niezdarnie podnosił się Łasabi. Zbliżyła się, zdecydowanym ruchem odchyliła jego głowę, przyjrzała się potylicy i powtórzyła: – Nic ci nie będzie. – Odeszła kilka kroków, odwróciła się i spytała: – Gdzie ten grill?

8. Nirwana
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

9 komentarzy

  1. Dżo, twój kunszt literacki dorównuje talentowi pana Macieja. Może powinniście pociągnąć ten wątek letnich romansów na dwa głosy. Jeśli chodzi o Zlatana i panią Madzię, to ja to biorę do siebie ;-)

  2. Ad :) Tak, wchodzę sobie w interakcję :)
    Aniula uwielbiam amerykański styl prowadzenia fabuły filmu. Ten „kawa na ławę” script, gdzie już nie musisz ruszać neuronami bo i tak rozbudują ci morał do granic obrzydzenia wszechobecną łatwizną intelektualną. Żadnych niedopowiedzeń. Żadnych myśli i refleksji do i dla siebie. Za to rozmach, budżet, wielkie gwiazdy.
    Uwielbiam filmy, w których prawie nic się pozornie nie dzieje. Albo dzieje się, inspirująco. Klnę się na nagie bicepsy i achillesy Radwańskiej, że tam gdzie nie ma wartkiej akcji, dużo wartkich potoków myśli można wynieść. Nie mówiąc o seksualności, która podana subtelnie nie poraża i nie zniesmacza jak dwudniowy bratwurst z keczupem :)

  3. Dżo, przecież pisałem, że mówiem o sobie ;).

  4. Ja właśnie byłam z dzieciakami na „Potwornym Uniwersytecie” :) Tam to dopiero jest przesłanie :) Oczywiście w stylu amerykańskim ale w sumie można spróbować wykorzystać :)

  5. Kto ma to w swojej ścieżce pragnień, proszę bardzo :)
    Ja sobie, rozśmieszona i zainspirowana blogiem, na luzie bajdurzę romantyczny wątek…Tak, żeby sobie pochwycić wątek. Ad czasami fikcja literacka to tylko czysta fikcja psychologiczna. A nie tam od razu gdzie siedzi projekcja to ją wyśledźmy, zdiagnozujmy i pieczątkę najlepiej na czole przybijmy :)
    Fajnego lata, tak w ogóle. Więcej słonka i mniej deszczu!

  6. A ja widzę jakoś strasznie dużo tu w komentarzach kibicowania, żeby się tak olśnić, zmienić, wybić. Zrzucić stare spodnie i założyć nową spódnicę. Nagle przeżyć nową, fascynującą przygodę.
    To może tak zamiast o tym czytać – to do dzieła?
    .
    .
    .
    .
    —–
    oczywiście tekst kierowany przede wszystkim do siebie ;)

  7. >…..
    a może Zlatan, gorąco krwisty, niespętany konwenansami, wolny, seksowny i zmotoryzowany uwodziciel (za kulisami) poznaje w sklepiku z pasztetową i piwem Panią Madzię :) Pani Madzia ma włosy blond w koka spięte, nienaganne kobiece paznokcie barwy pudrowy róż, granatowy chałacik w drobną łączkę, który przeszedł na nią w schedzie po właścicielce monopolowego ‚U Krysi” – cioci Krystynie.
    Pani Madzia zapałała jakąś pierwszą nienazwaną emocją, przy pierwszych 30 dekagramach pasztetowej wiejskiej, jakie zamówił tamże niepokorny Chorwat. A wiadomo, że tam gdzie nuda, rutyna, ktoś niepokorny z rozwianym wąsem to zapowiedź romansu, z horoskopu. Horoskopu, który pierwszy raz się nie mylił.

  8. A czasem wystarczy nowa projekcja przy starym obrazie. Chyba łatwiej zmienić projekcję niż rzeczywistość.

  9. A to szuja z Henryczka :) Coś mi ten Henryczek od początku nie pasował :) Poczucie siebie, po latach, zrzucenie skorupy fantastyczne uczucie. Mimo wszystko czasem oczy mimo, że widzą w lustrze nowy obraz, to mózg nie przetwarza tych informacji i nadal wyświetla starą projekcję.

Komentarze są wyłączone.