O miłości i nienawiści do autorytetów w Polsce. Wyznania nad wyraz osobiste.

O miłości i nienawiści...
O miłości i nienawiści…

No cóż…idąc za pytaniem Andrzeja – czy kiedyś myślałem o kontynuacji moich pomysłów, o jakiejś intelektualnej sukcesji, o wychowaniu następców? – odpowiem. Owszem, myślałem i był nawet okres, że miałem na to nadzieję. W zasadzie tak zwana infrastruktura, know-how, wszelkie zasoby, potencjał, środki – wszystko było. Od pewnego czasu jednak porzuciłem tę naiwną tęsknotę. Cóż, pytanie skłania mnie do bardzo osobistych zwierzeń.

***

Wszystko o czym piszę w mojej najnowszej książce Zabić coacha. O miłości i nienawiści do autorytetów w Polsce było także moim udziałem. Bywałem przedmiotem, jeśli nie miłości, to choćby czegoś w rodzaju adoracji i podziwu, bywałem również nienawidzony i hejtowny. Budziłem zainteresowanie i entuzjazm oraz niechęć i wrogość. Świadomie piszę – byłem przedmiotem, gdyż przecież tylko nieliczni ludzie znają naszą tożsamość, odwołują się do złożonej podmiotowości osoby a nie tylko do iluzorycznych pozorów. Jako aktywny od 25 lat terapeuta, trener biznesowy, coach, terapeuta transpersonalny, wreszcie autor, menadżer i współwłaściciel firmy – pełniłem rozliczne role, które jednak w warstwie psychologicznej zawsze sprowadzały się do roli lidera a więc archetypalnego, ukrytego we wzorcach ojca. W związku z tym budziłem wszystkie tęsknoty, wszelkie animozje i żale związane z rolą ojca i odpowiednio dziecka po stronie moich pacjentów, klientów, współpracowników. Mechanizm ten nazywa się przeniesieniem, przeniesieniem emocji i związanych z nim przeżyć z jednego obiektu na drugi, z dawnych relacji z własnym ojcem na ojca symbolicznego. Ten mechanizm budzi zarówno nierealistyczny entuzjazm wobec osoby obdarzanej ojcowskimi uczuciami jak i oniryczne rozgoryczenie, gdy nie zostają spełnione.

***

Ilekroć pełnisz rolę przewodnika, lidera, nauczyciela, szefa – zawsze w warstwie nieświadomej uruchomi się w twoim podopiecznym reakcja jak wobec ojca lub matki a w nim samym rola dziecka. Jeśli zareagujesz na te uczucia jak matka lub ojciec (przeciwprzeniesienie) relacja może podążyć w bardzo niebezpieczne rejony. Być może na początku będzie miło lecz przecież ani ty nie jesteś rodzicem, ani twój współpracownik twoim dzieckiem, nie po to się spotkaliście. Gdy dojdzie do rozczarowań pojawi się również agresja, niechęć i odrzucenie. Mało który nawet bardzo profesjonalny terapeuta radzi sobie z silnymi uczuciami w takiej sytuacji. Niewielu też uprzedza swoich pacjentów, klientów, współpracowników, że taki efekt może nastąpić.

Oczywiście proces ten może mieć różną siłę ale zachodzi niemal zawsze, gdy relacja jest niesymetryczna a rzadko jest w zhierarchizowanym świecie. Gdy pojawia się nauczyciel i uczeń, coach i klient, mentor i podwładny – zawsze w tle ujawnia się wzorzec – rodzic i dziecko ze wszystkim wadami i zaletami tej sytuacji. Oczywiście wad jest więcej. Nie jesteś przecież prawdziwy ojcem ani matką, nie jesteś winny deficytów dziecka, które w międzyczasie urosło, nie jesteś odpowiedzialny za jego szczęście lub nieszczęście, nie możesz spełniać potrzeb dziecięcych, które nie zostały spełnione 10, 15, 30 lat temu. Sfrustrowane, neurotyczne dziecko jednak o tym nie chce słyszeć. Złości się, oskarża, obwinia, przymila się, uwodzi…i cierpi, gdyż po raz setny jego dziecięce potrzeby nie zostały zaspokojone.

***

Jako terapeucie i coachowi zdarzało mi się pracować prowokatywnie, niekiedy boleśnie konfrontować klienta z rzeczywistością lub faktami, których nie chciał widzieć, a niekiedy zrywać iluzję przeniesienia (nie jestem twoim ojcem, jesteś dorosły, masz radzić sobie sam). Wówczas, wierzcie mi, nie byłem odbierany jako miły, sympatyczny coach, jako autorytet, z którym chętnie się identyfikujemy, wręcz przeciwnie. W odpowiedzi dostawałem dziecięcą złość, niekiedy wściekłość a nawet wzgardę. Zabijanie coacha – to zabijanie myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem, hejtem, kłamstwem i odrzuceniem. Niekiedy ślady takich reakcji i relacji zdarzały się również na tym blogu. Kiedy mąż pogrążony w iluzjach słyszy, że wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazują, że żona go zdradza i wykorzystuje, w pierwszej chwili obwinia nie żonę ale mentora, od którego to usłyszał. Kiedy executive menedżer słyszy, że jego styl picia niebezpiecznie zbliżył go do alkoholizmu – w pierwszym rzędzie odrzuca tę bolesną informację i obwinia coacha. Gdy młoda dziewczyna słyszy, że zachowuje się jak rozkapryszone dziecko oczekując, że chłopak będzie się o nią troszczył jak tatuś, reaguje złością wobec terapeuty.

***

Jako szef dopytywałem o rezultaty i rozliczałem z wyników a niekiedy po prostu wściekałem się gdy lenistwo, głupota lub zwykła nielojalność pracowników narażały firmę lub jej klientów na straty liczone w poważnych pieniądzach. Zwalniałem ludzi z pracy i odrzucałem ich oferty. Wówczas również byłem odbierany jako wredny typ, tym gorzej, że początkowo jako miły autorytet, ciepły facet co mądrze gada i lubi koty. Wierzcie mi, w związku z pracą w wymagającej branży, w której stałym czynnikiem jest presja, ciągle obecne jest wysokie ryzyko finansowe, któremu nierzadko towarzyszy stres – wszelkie obelgi pojawiały się na mój temat ze strony współpracowników, którzy usłyszeli mój szorstki głos lub reprymendę, zwłaszcza, gdy z ich strony naruszona zostawała prawdomówność i lojalność.

Lojalność to z resztą obszerny temat, o którym piszę na kartach swojej najnowszej książki. Lojalność umarła wraz z autorytetem. Dziś kradzież, zwłaszcza własności intelektualnej jest rzeczą naturalną, mało kto nazwie ją kradzieżą. Na rynku krążą moje programy, ćwiczenia, a nawet wzory umów i dokumentów, które najzwyczajniej dawni współpracownicy wynieśli i uznali za swoje.

***

Oczywiście w dziesiątkach tekstów podaję techniki, narzędzia, anegdoty, kołczołany – można je cytować ale złodziej tego nie robi, złodziej zawłaszcza. Złodziej zazwyczaj ma kilka wytłumaczeń swojego postępowania, w ten sposób postracjonalizuje własną nielojalności lub kradzież. Po pierwsze stwierdza, że to co zabrał po prostu mu się należało, tu wskazuje na swoją ciężką pracę, niesprawiedliwość lub inne przyczyny, które kazały mu być Janosikiem pracującym jednak na własne konto. Inny argument złodzieja: kradzione jest nic nie warte, jest marnej jakości, zatem w zasadzie kradnąc jakby zebrał jakieś bezużyteczne resztki. Pewną odmianą tej argumentacji jest stwierdzenie, że ten którego okradziono jest nic nie wart lub też, że zasłużył sobie na kradzież albo, że nie zbiednieje, bo przecież na biednego nie trafiło. Jeszcze inny argument polega na stwierdzeniu złodzieja, że niczego nie ukradł, gdyż wszystko co ukradł w gruncie rzeczy było jego własnością. W sferze poznawczej – on to wszystko po prostu wiedział, ba nie tylko wiedział ale stworzył, nie tylko stworzył (odwraca kota ogonem) i ze spokojem konstatuje, że w gruncie rzeczy jego okradziono. Mógłbym tu sypnąć listą nazwisk i konkretnych sytuacji ale pewnie zrobię to dopiero po osiemdziesiątce w pamiętniku, jeśli dożyję.

***

Od lat uczę ludzi zawodu coacha i niezliczonych kompetencji, daję im wiedzę z najwyższej półki. Jednak nigdy nie uczyłem jak stworzyć konkurencję dla własnej firmy a potem skutecznie ją zniszczyć i podkopać jej fundamenty. Jednak chyba nie dość byłem precyzyjny w swoich deklaracjach, gdyż wielu moich byłych współpracowników tak właśnie postąpiło, kopiując nawet opowiadane przeze mnie dykteryjki, przykłady, metafory nie mówiąc o dosłownym odbieraniu klientów i kopiowaniu slajdów. Rzecz jasna człowiek taki, po to aby jakoś zmniejszyć własny dysonans poznawczy, jeśli w ogóle taki odczuwa, wymyśla coraz bardziej piramidalne kłamstwa, w których z jednej strony siebie wybiela, z drugiej oczernia tego, którego okradł i oszukał.

Wiele razy zdarzało mi się rekrutować trenera lub coacha, który skądś miał moje materiały i nawet nie wiedział skąd je posiada. Na prestiżowych uczelniach pojawiały się moje programy studiów podpisywane cudzymi nazwiskami, nie mówiąc już uczestnikach szkoleń, którzy dzielili się świetnymi technikami poznanymi na warsztatach Xa czy Yka, które wymyśliłem rok czy dwa lata wcześniej. Prestiżowe firmy z grupy topowych postawiły moje programy, techniki i ćwiczenia jako własne. Rzecz jasna wszystko bez mojej zgody i wiedzy. Musiałbym do końca życia nic innego nie robić jak tylko biegać po sądach.

***

Jest też drapieżna konkurencja. W dobie kryzysu i walki o klienta, walki o popularność, o własne ego, o 5 minut w telewizji śniadaniowej – drapieżność i bezwzględność wzrastają. Wydawałoby się, że prosty mechanizm dyskredytowania dokonań konkurencji nie zadziała a jednak…Wydawałaby się, że nachalne pompowanie ego i zawłaszczanie cudzych dokonań, przypisywanie sobie cudzych zasług, umniejszanie konkurencji nie przejdzie – gdyż jest właśnie zbyt prostackie a jednak… wszystko to działa. Trzeba zabić autorytet myślą, mową, pomówieniem, kłamstwem…Hejt wzmacnia hejt a kiedy autorytet raz został zaatakowany, opluty, zdyskredytowany – może się nie podnieść jak prezydent Komorowski i setki innych w naszym kraju. Trzeba mieć stalowe nerwy, końskie zdrowie i osobistą siłę żeby przetrwać mechanizm zabijania coacha. Dzieciaki, osoby niedojrzałe lub osamotnione nie wytrzymują tego rodzaju presji i popełniają samobójstwo. Śmierć nie jest tu przesadzona.

***

Jako autor piszę rzeczy kontrowersyjne, zadaję niełatwe pytania, prowokuję i również to jest przyczyną negatywnych emocji. Ktoś do mnie pisze, że po przeczytaniu mojej książki odeszła od niego dziewczyna – moja wina, ktoś inny, że ćwiczenia dla jego żony były za trudne – moja wina, ktoś jeszcze atakuje mnie, że wytykam wady hierarchii kościelnej albo, że jestem przeciwny polowaniom – moja wina, ktoś inny, że jest biedny i po wykonaniu ćwiczeń nadal jest biedny – moja wina. Nie stał się cud, lub stało się coś nie po myśli czytelnika – mechanizm zrzucania odpowiedzialności jest bardzo silny, łatwo obwinić autora. Na tym rzecz polega – autorytet służy zrzucaniu odpowiedzialności a nie budowaniu wzorców. Do tego dochodzi szkodliwe zjawisko celebryty, człowieka znanego z tego, że jest znany. Piszę o tym sporo w książce. Od pewnego czasu w branży szkoleniowo-coachingowej im więcej powtarza się komunałów, łatwych recept, populistycznych dyrdymałek tym mocnej trafia się na proste oczekiwania masowego odbiorcy, który nie zamiarze wkładać wysiłku we własne życie. Sądzi, że naśladując celebrytę dozna szczęścia, radości, bogactwa i temu podobnych stanów, których nawet nie rozumie, bo przecież nie rozumie własnych potrzeb, bo i skąd, w tym celu musiałby skonfrontować się z własnymi cieniami, zindywidualizować własną drogę, odpowiedzieć sobie na kilka trudnych pytań. Celebryta, super coach wszystko to załatwi jednym grepsem, jednym miękkim stwierdzeniem, iluzją wszechmocy.

***

Również dawny entuzjazm potrafi przeradzać się w zażartą wrogość, jak w słynnej piosence zespołu Sweet Noise Dzisiaj cię kocham, jutro nienawidzę. Wytłumaczenie neurofizjologiczne jest w zasadzie proste – ośrodek odpowiedzialny w mózgu za przyjemność i miłość (także erotyzm) jest położny blisko ośrodka agresji. Jeden może łatwo pobudzać drugi, zwłaszcza gdy w dzieciństwie utrwaliły się wzorce oznaczające, że miłość to także cierpienie. To tłumaczy tendencje sadomasochistyczne, które u wielu ludzi objawiają się nie tylko w czasie uprawiania seksu ale również w pracy, w czasie przygotowywania posiłków, robienia zakupów, prasowania i w setkach innych aktywności oraz rzecz jasna bardzo silnie w relacjach szef-podwładny, coach–klient, terapeuta–pacjent. Są również czynniki psychologiczne. Oczywiście czynnik te dotyczą również mojej postawy, nierzadko cech, które w wielu sytuacjach okazywały się wadami jak drażliwość, wysokie wymagania, nastawienie na wynik, dawanie zbyt dużej lub zbyt małej swobody, wymaganie od ludzi omnipotencji. Popełniałem też rozliczne błędy zarządcze, motywacyjne, kompetencyjne – za mało wiedzy, za dużo wiedzy, emocje. Może napiszę o tym w swoich pamiętnikach. Co by jednak nie powiedzieć cała moja aktywność zawodowa jest skierowana na ludzi i dla ludzi. Nigdy nie byłem przecież rzeźnikiem, komornikiem czy biologiem eksperymentującym na zwierzętach, co mogłoby budzić negatywne oceny i emocje – a jednak nie brakowało w moim życiu hejtu.

***

Rober McCrae i Paul Costa opracowali tak zwaną Wielką Piątkę czynników kształtujących naszą osobowości. Profesor Richard Wiseman nazwał ją świętym Graalem psychologii. Uznaje się na podstawie licznych badań, że czynniki te są realne (istnieją i przejawiają się w rzeczywistych zachowaniach), są niezmienne (!!!), uniwersalne dla wszystkich ludzi, oraz uwarunkowane biologiczno-społecznie. Mamy zatem pięć par czynników 1) Ugodowość (zdolność do współdziałania, altruizm, współpraca) versus Antagonizm (tendencja do krytyki, odrzucania, rasizm, ksenofobia), 2) Sumienność (automotywacja, systematyczność) v. Chaotyczność (brak celu, przypadkowość), 3) Ekstrawersja (zdolność doświadczania pozytywnych emocji, relacje z ludźmi, energia czerpana z licznych relacji) v. Introwersja (samotność, skupienie na sobie, energia czerpana z siebie), 4) Otwartość (tolerancja, empatia, ciekawość) v. Zamknięcie (kontrsugestywność, niechęć do zmiany, brak poszukiwania nowej wiedzy, integrowanie się przeciwko), 5) Neurotyczność (strach, gniew, poczucie winy, poczucie mniejszej wartości) v. Stałość emocjonalna (poczucie siły wewnętrznej, przewidywalność, stabilność emocjonalna).

Jak sądzicie co charakteryzuje Polaków jako populację? We wszystkich badaniach, do których dotarłem na przestrzeni lat – Polaków charakteryzuje wysoki: antagonizm, zamknięcie i neurotyczność! Oraz wysoka sumienność i ekstrawersja.

***

Moje ponad 25 lat pracy obfituje jednak przede wszystkim w bardzo pozytywne relacje z ludźmi. Specyfika pracy sprawia, że kiedy dobrze wykonasz swoją pracę ludzie po prostu idą swoimi drogami, radzą sobie z codziennością, budują własny dobrostan i nie potrzebują już coacha! Super! Uwalniają się od dziecięcych tęsknot. Świetnie! Coach znika. Im bardziej znika, im mniej jest potrzebny, tym lepszą pracę wykonałeś. Ci , którzy nic nie mówią na temat własnych coachingów, terapii, szkoleń najczęściej dobrze przyswoili wiedzę, wykorzystali doświadczenia, umocnili zmianę – idą po swoje, we własnym tempie. Własnymi drogami. Ego coacha, menedżera, nauczyciela może wówczas cierpieć. Do mechanika samochodowego, który dobrze wykonał robotę – wrócisz, lekarzowi przyniesiesz koniak, nauczycielce w szkole dasz kwiaty i bombonierkę – dobry coach, szkoleniowiec lub terapeuta często nie wie jak i czy się przysłużył, dostał honorarium albo i nie. Czasem prowokatywność coacha, choć skutkuje złością klienta, z czasem przynosi nadzwyczajny efekt – klient wziął się do roboty, zerwał toksyczne relacje, wziął odpowiedzialność za swoje życie. Choć tego kto go szturchnął, zmobilizował – nie lubi a czasem nawet nienawidzi. Motywacje bowiem bywają proaktywne (motywacje do) i kontrsugestywne (motywacja przeciwko, ze złości). Toksyczny wampir, który został odstawiony od darmowej ofiary również serdecznie nie cierpi coacha.

***

Podobny jest los autora. Pracował nierzadko przez wiele miesięcy a nawet lat nad tekstem, ukończył go i daje swoim czytelnikom. Swoje dziecko wypuszcza teraz na świat. Tekst, książka – muszą odtąd same się obronić, same zaistnieć jak dziecko, które wkracza w dorosłość. W tym sensie autor pozostaje sam, trochę z efektem pustego gniazda. Przypatruje się z oddali, w ciszy, czasem się martwi, często cieszy ale już nie może zmienić ani literki w wydanej książce, ona żyje własnym życiem w rękach i umysłach czytelników. Niektórzy wiele z niej sobie wezmą, inni odrzucą jej treści lub ich nie zrozumieją, inni oczekując łatwych recept poczują się zawiedzeni, jeszcze inni z wyższością ferować będą oceny, innych zachwyci a nawet zafascynuje, innym pomoże. Wszystko to musi pomieścić w sobie autor. Sam na sam ze sobą. Ktoś daje łatwy hejt wobec kilku miesięcy pracy autora – wtedy boli, ktoś inny docenia, rozkwita pod wpływem książki – taki feedback to najlepsza zapłata.

***

Oczywiście mógłbym sprzedawać maliny latem i suszone grzyby zimą. I pewnie niebawem tak zrobię. Praca w moim zawodzie i w mojej branży z powodów powyższych i nie tylko (reszta w książce) jest pracą wysokiego ryzyka emocjonalnego. Ktoś kto wypowiada same superlatywy na temat tej pracy, łudzi iluzją super bohatera, super-coacha – kłamie, ściemnia żeby podbić iluzję, żeby siebie samego chronić, promować a innych oślepiać iluzjami. Najczęściej ma w tym jakiś interes – psychologiczny lub materialny. Jak wiadomo naiwni licealiści idą na psychologię w nadziei, że uzdrowią siebie i świat :)

Zatem uleczony z dobrystycznej iluzji naprawiania świata robię swoje z dala do zgiełku. Idę drogą wierząc, że droga jest ważniejsza niż cel. Pozostaję w taoistycznej samotności wędrowcy, autora, podróżnika. Nie mam już egocentrycznych wizji budowania spuścizny intelektualnej po mnie, kontynuacji mego dzieła i tego rodzaju iluzji. Owszem w innych kulturach, np. amerykańskiej socjolog lub autor tworzy jedną teorię, pisze jedną książkę i z niej żyje dostatnio otoczony chwałą, nie u nas. Między innymi z powodów opisanych powyżej. Nawet moi współpracownicy nie czytają moich książek, bo teraz mało kto czyta. Spośród kandydatów do pracy, których rekrutuję jeden na dziesięciu (ludzie po magisteriach i licencjatach) przeczytał w ostatnim roku jakąkolwiek książkę. Idę, robię swoje. Ufam sobie i moim, najczęściej anonimowym, czytelnikom. Żadnej spuścizny. Kiedy słyszę: chciałbym z tobą współpracować, bo jesteś taki super zapala mi się lampka: czyżby to kolejny miłośnik, który zamierza mnie zdradzić? Dlatego moją najnowszą książkę zadedykowałem Judaszowi, tak, tak, jemu właśnie, temu, który wiedział, że zdradzi a jednak zdradził. Któż z nas nie doświadczył judaszowej zdrady?

Często mówię o tym moim klientom – ekstrawertyk żyje w iluzji przyjacielskich relacji, gdy pewnego dnia przekonuje się, że z tłumu dwudziestu, pięćdziesięciu tak zwanych przyjaciół może liczyć na jedną, dwie osoby. To znakomicie, to cudownie mieć jedną, dwie osoby prawdziwie ci oddane, obdarzające cię szacunkiem zaufaniem! O tych kilku przyjaciół należy się troszczyć, inni…no cóż, inni mogą być źródłem radości ale również rozczarowań.

O miłości i nienawiści do autorytetów w Polsce. Wyznania nad wyraz osobiste.
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

10 komentarzy

  1. Macieju,
    bardzo dziękuję za ten wpis, za tę głębię własnych odczuć.
    Gdy po raz pierwszy usłyszałam, że “jeszcze trochę i zostaniesz Bennewiczem w spódnicy”, moje ego tak się napuszyło, że ledwo się we mnie mieściło. Wystarczyło trochę czasu i zrozumiałam, że nie po to nosi się spódnice…
    Od miesiąca książka, której jestem współautorką, jest w księgarniach. I mój całkiem spory ekstrawertyk przejrzał na oczy… a niezbyt okazały introwertyk szepnął wyrozumiale, że właśnie tego tak naprawdę chciałam – przejrzeć na oczy…
    Droga Mistrza jest wyjątkowa, gdy się ją prawdziwie zrozumie…

    Serdeczności :-)

  2. Lubie takie teksty. Pozdrawiam Wszystkich. Zawsze myslmy pozytywnie. Jesesmy tylko albo az Ludzmi. Istotami bladzacymi…

  3. Może to trochę nie na temat. A może właśnie tak. Ale tak sobie myślę, że nie zaszkodziło by trochę dystansu do siebie a przede wszystkim więcej poczucia humoru. Ale takiego pogodnego jak np u de Melo. Tego Panu szczerze życzę.

    Nic złego także w tym, że mistrz popełni czasem błąd.

    A do ludzi no cóż, potrzeba wiele cierpliwości Mistrzu…

  4. Kupiłem Twoją najnowszą książkę. Czytam pierwszą stronę. Piszesz o psychologii i o jej nieostrości, niesprecyzowaniu, umownym kształcie, pojęciach itp.
    Dość często spotykam się w Twoich książkach czy też postach, publikacjach z krytycznym podejściem do dziedziny psychologii. Krytyka jest z pewnością konstruktywna i merytoryczna. Sam się z nią zgadzam. Mam jednak subiektywne wrażenie, że jest ona jeszcze podszyta czymś innym. Coś na kształt pejoratywnego nastawienie, uprzedzenia. Być może jest to związane z krytyką, która spotkała Cię i spotyka ze strony psychologów. Chociaż to tylko z mojej strony jakiś domniemanie, przybliżanie się. Skąd więc takie odczucie?

    Sam jako psycholog z wykształcenia, odczuwam to trochę jako szpilkę włożonę w moje doświadczenie i zdobytą wiedzę. Pewnie dlatego o tym myślę.

  5. Panie Macieju bardzo dziękuję za to,co Pan pisze,za książki,bloga…Pan mnie nie zna ale pomógł mi Pan w bardzo trudnym momencie życia…takim kilkuletnim robi Pan wiele dobrego a to nie zanika…pozdrawiam serdecznie K.

  6. Co tu napisać, chyba najprościej …..wybitne jednostki generują takie sprzeczne emocje ;) Jakby potrzebował Pan super wizji, aby przegadać temat, to zapraszam do Wrocławia :) Na dobrą herbatę zapraszam, w magiczne miejsce :)

  7. Autorze bloga :),
    Często tu piszesz, że Polacy są jak dzieci. Myślę, tak jak napisałam Bartkowi, że jakoś szybko wchodzą przy Tobie w fazę buntu, zabijania i niszczenia w sobie ojca by nauczyć się budować relacji na wyższym poziomie. Pewnie jednym się ta sztuka życia udaje, drugim nie. Jednym mężczyznom i kobietom łatwiej przepracować wątki rywalizacyjne i zawiść, inni zaledwie z raczkowania przerzucą się na sprawne chodzenie, ale to ich milowy krok do przodu.
    Kradzież jest rzeczą niedobrą, ale też spodobało mi się parę lat temu zdanie D. Winnicota, kontrowersyjnego dla mnie ze względu na poglądy, trudne przy byciu pediatrą, ale mądrego w wielu kwestiach, że jest ona niczym innym jak “wołaniem o matkę”, silnym deficytem wyrażanym w bezpiecznych-niebezpiecznych warunkach i to się tu sprawdza, bo z jakichś powodów to akurat Twoje programy, pomysły, dykteryjki krążą i jakoś ktoś poczuł się paradoksalnie bezpiecznie w Twojej strefie; “że Ty zrozumiesz”, “jakoś to pomieścisz, skontenerujesz w sobie i nie utniesz ręki.

    Nie wiem jak długo tu jestem, czuję jakby ledwie z kilka miesięcy ;), czasem przy mega poruszających dla mnie wpisach czuję się zupełnie jak po raz pierwszy :-)
    pozdrawiam i dzięki! Dzięki za stworzenie tego miejsca!!!!

  8. Jaka czytelnik chciałbym Panu podziękować za osobiste refleksję odnośnie tego jak to wygląda w tym zawodzie niejako od podszewki. Chyba kryję się w tym też odpowiedź na moje pytanie – jak rozpoznać tą właściwą osobę (jedną czy kilka) w życiu która poniekąd (bo rozbija się o wzbudzenie autorytetu w sb dla sb tak naprawdę) wskaże drogowskaz;d przyjmując na klatę szereg opcji że ktoś źle odczyta. Cóż, wielkie emocjonalne ryzyko związane z tym że nie trafiło się do kogoś, ktoś nie zrozumiał (choćby jedna osoba)( i pojawia się hejt w odpowiedzi. No “bo byłem u autoryteta, zrobiłem kilka ćwiczeń, nic u mnie się nie zmieniło” – więęęc nie zrobiłeś/aś ćwiczeń dokładnie, nie wprowadziłeś/iłaś w życie na codzień tego co ćwiczysz:>

  9. Dzięki za odpowiedź. Pełną i głęboką. Myślę sobie, że “Kumam Cię chłopie” :)

    Ja i tak czuję się Twoim intelektualnym sukcesorem, następcą, wychowankiem.

    Sympatyzuję z tym co piszesz, mówisz, myślisz i kim jesteś.Biorę pod uwagę i się zastanawiam. Wiedza, która pozyskałem od Ciebie i wykorzystałem przekształciła się w umiejętności i zmieniła postawę. Wspierała i wspiera na drodze dojrzałości, odpowiedzialności i samoświadomości.

    Najbardziej jednak utwierdziła się w wartościach, którymi się kieruję a jedna z nich to lojalność. A jestem tu obecny już prawie 5 lat. Szmat czasu.

    Mam przeczucie ale nim się podzielę jak skoreluje się z działaniami i realnymi wydarzeniami.

  10. Witam Panie Macieju
    Przeczytałam przed chwilą Pana tekst i jak w kalejdoskopie przewinęły się w mojej głowie obrazy, milion myśli i doświadczeń, które są dla nas wspólne. Świetnie rozumiem pojęcie judaszowej zdrady współpracowników, kiedy zarządzając zespołem pracowników byłam w centrum ich zainteresowania ze względu na ich interesowność, a powrót do ich grona po kilku latach jako szeregowiec zweryfikował ich uwielbienie dla mnie, tego co robię i jaka jestem. Grono znajomych nagle się skurczyło, ale pozostali Ci, który nie mają w kontakcie ze mną żadnego interesu, tylko lubią mnie za to jaka jestem, kim jestem. Stałam się w związku ze zmianami w moim życiu bardziej ostrożna, zapala mi się czerwona lampka, gdy ktoś nad wyraz wobec mnie staje się przymilny, uśmiechnięty i wylewny w okazywaniu wyrazów sympatii. Przyjaciele, Ci prawdziwi przyjaciele nadal pozostali przy mnie, jest ich dwoje, ale wiem, że są to relacje – przyjaźnie na śmierć i życie, są dla mnie źródłem wsparcia, radości, cudownych pozytywnych emocji, źródłem motywacji do działania i nie przejmowania się Judaszami i tym co mnie otacza. Moja autentyczność i bezpośredni sposób wyrażania myśli w życiu osobistym i zawodowym, przysparza niestety więcej problemów i przeciwników niż sympatyków. A wygląda to najczęściej, jak w Ojcu chrzestnym, przytulają cię, pozdrawiają, chwalą, uśmiechają się, a gdy nikną z pola widzenia za plecami kopią dołki, wysadzają ze stanowiska, podkopują reputację. Gdyby nie fakt, że robię to co kocham, że robię to z pasją i nie tylko dla siebie, również zmieniając życie innych osób, tych z otwartym umysłem, które przekuwają moje zaangażowanie, pasję i swoją pracę, działanie w sukces, rzuciłabym to wszystko w diabły. Przychodziły takie chwile zwątpienia w to co robię, w to co lubię robić, że wizja tłuczenia kamieni lub kopania rowów była fajniejsza, bo zmęczenie fizyczne byłoby łatwe do zregenerowania niż zmęczenie fałszywymi ludźmi, którzy pojawiają się i znikają wprowadzając większy lub mniejszy ferment w moim życiu. Koty, które są obecne w moim życiu od zawsze uczą tego niesamowitego spokoju, chodzenia własnymi drogami wbrew wszystkim przeciwnościom, nauczyły mnie większej introwertyczności, dystansu do rzeczy i osób, które nie budzą zaufania, wtedy gdy zapala się ta lampka, coś jest nie tak, coś co prędzej, czy później staje się rzeczywistością, ja jestem już na to przygotowana, ostrożniejsza, nieufna wobec peanów, zachwytów i cudowności. Lojalność i współpraca w ostatnich latach zmieniła swoje znaczenie, niestety, ale dzięki temu grono lojalnych współpracowników, znajomych jest bardzo okrojone i cieszę się z tego, bo pozostali ludzie prawdziwi, autentyczni, bezinteresowni, ze skóry i kości, którzy mogą mi powiedzieć prosto w oczy to co myślą i vice versa.
    Kupiłam dziś pańskie gry coachingowe, bo wczoraj odmieniły ponownie moje życie, zmieniły spojrzenie na siebie i wprowadziły takie pozytywne wibracje. Sto map ponownie utwierdziło mnie, że to co robię ma sens, że pasja i nowe, kreatywne pomysły, które narodziły się dzisiaj będę wcielać w życie, że nic i nikt nie zmieni tego żadnym hejtem, zazdrością, zabijaniem coacha. Nie dam się, bo w końcu kot ma siedem żyć ;)
    Pozdrawiam serdecznie Panie Macieju i cenię za szczerość w wyrażaniu tego co zawoalowane w polskiej rzeczywistości, że książką i swoją wypowiedzią sprowokuje Pan dyskusję i przemyślenia ludzi mądrych. Tu przyszło mi na myśl takie powiedzenie, którym kieruję się w swoim życiu osobistym i zawodowym, że “lepiej z mądrym zgubić, niż z głupim znaleźć”
    Pozdrawiam i życzę wszystkiego co najlepsze :)

Komentarze są wyłączone.