Opowieści o śnie

Świat jest opowieścią...
Świat jest opowieścią...

Po co zajmować się świadomym śnieniem? Okres Wielkanocy to dobry moment. Wszak to czas Wielkich Metafor, zbiorowych snów i przebudzenia ze snu wiecznego. W tradycji greckiego kościoła prawosławnego w noc z soboty na niedzielę odbywa się długie nabożeństwo, aż do świtu, jak nasza pasterka. O dwunastej w nocy w kościele gasną światła, niekiedy w małych wioskach gasną również latarnie na ulicach i światła w domach. To Jezus zstąpił do otchłani. Cisza jak makiem zasiał. Co w otchłani dzieje się z Jezusem? Po co tam poszedł?

zstąpił do odchłani
zstąpił do otchłani

Okazuje władzę nad ciemnością, nad szatanem, nad wszelkim złem. W tradycji katolickiej to jakoś znika. Uwaga poetycka koncentruje się na wczesnym świcie po szabacie, kiedy to Maria Magdalena idzie samotnie do grobu, a czasem jest to Jan [według innej wersji]. W cerkwi, w pewnej chwili zza wrót królewskich [zwanych też carskimi] wychodzi kapłan z maleńkim ogniem. W tradycji cypryjskiej poprzedza tę chwilę głośny stukot ławek i butów, niesłychany tumult. Jest to odgłosy otchłani i siły Jezusa. Wreszcie od pojedynczego ognia zapalają się kolejne świece. Najpierw rozbłyska cerkiew, a potem plac wokół niej i wszystkie ulice, wioski, miasta – w jednej chwili. Każdy ma w dłoni świecę. Trzeba ten ogień tryumfu Chrystusa zanieść do domu i tam rozjaśnić mrok.  Przebudzenie. Huk. Fajerwerki.

Lao Tzy
Lao Tzy

Monika B. cytuje opowieść o trzech mędrcach przy kadzi z octem. Genialna opowieść! Smakują ocet [rzecz jasna ryżowy] i jeden robi kwaśną minę, drugi gorzką, a trzeci się uśmiecha. Ten, co robi kwaśną minę to Konfucjusz. Jego zdaniem świat to procedury. Trzeba rzeczywistością zarządzać przy pomocy norm i prawa. Ludzi podzielić na kasty i sprawować surowe, ale sprawiedliwe rządy. Lecz i tak zawsze jakiś parweniusz lub głupiec coś skwasi. Drugi mędrzec to Budda. Robi gorzką minę. Odkrył przecież cztery szlachetne prawdy. Jest – cierpienie, przyczyna cierpienia, droga do wyzwolenia z cierpienia i wyzwolenie. Życie jest ciężkie, pełne skalań i goryczy wynikającej z przywiązania naszego umysłu do rzeczywistości – rzecz jasna mylnie interpretowanej.  Ciemnota = gorycz. Droga do oświecenia jest dość skomplikowana, a koło samsary [korowód narodzin i śmierci] toczy się nieubłaganie. Tylko nieliczni doznają wyzwolenia. Śmierć odgrywa tutaj bardzo ważna rolę, a bardo stan pomiędzy życiem, a kolejnym wcieleniem – to dla zwykłego śmiertelnika może być zagubienie, samotność, dezorientacja jak w narkotycznej rozpaczy. Jak w filmie Szósty zmysł. Bardo wciąż wygląda jak życie, ale nim nie jest. Jest śmiercią, oczekiwaniem. Potem następuje odrodzenie w ciele królika, lub owieczki, przy odrobinie szczęścia – człowieka. I kolejna lekcja. Tymczasem trzeci mistrz – Lao Tzy smakując ocet – uśmiecha się. Dla niego życie jest radością, prostotą. Małe radości, małe kroki, łatwe decyzje, stanowią materię dnia. Liczy się codzienność. Mistrz Tao zawsze odpowiada poprzez paradoks, poprzez metaforę, małą, żartobliwą prowokację – zawsze jest też radosny. Bardziej jednak cieszy się pogodą ducha i akceptacją prostoty, niż wybuchami entuzjazmu. Czasem się smuci, lecz jest to rodzaj metafizycznej melancholii, zadumy.

cztery szlachetne prawdy
cztery szlachetne prawdy

Chrześcijaństwo ma swoje spory, schizmy, reformacje i inkwizycje. Świat ajurwedy, hinduizmu i buddyzmu – ma także swoje rozdarcia. Cześć taoistów uznaje Tao za matkę wszelkich głównych prądów religijnych zrodzonych w Azji – zwłaszcza w Indiach i zwłaszcza buddyzmu. Ich zdaniem Budda przejął koncepcje taoistyczne i nasycił je duchem typowej, dla Indii tamtej epoki, ascezy. Inni twierdzą, że było odwrotnie, że Lao Tsy jest postacią legendarną, a taoizmu jest naiwną kopią buddyzmu i próbą adaptacji nauk Buddy na teren chiński, w czasach, gdy potrzebne było pokrzepienie.

A jak to się ma to świadomego śnienia? Dla niektórych taoistów sen jest, podobnie jak potem dla Junga, lub jego kontynuatorów jak Mindell – informacją. Freud sądził, że odnalazł uniwersalny kod do odczytywania snów. Podobnie jak Jacques Lacan, który upatrywał uniwersalności metaforycznego kodu – w języku. Taoista powie natomiast: Sen ma znaczenie tylko i wyłącznie dla ciebie, jest twój, tak jak ty jesteś Tao. Baw się dobrze, zadawaj pytania, szukaj odpowiedzi. Tao jest niewyrażone i niewysłowione, lecz wyraża się zawsze i wszędzie, więc również we śnie. Tao jest klejem jaźni i zasadą spajającą. W nim rozpuszczeni szybujemy jak pyłki dmuchawca, odgadując sens. Po co? Lepiej rozumiejąc siebie samych i sos w jakim pływamy tworzymy lepszy świat. Świat jest opowieścią. Lepiej mieć lepsze opowieści o sobie.

ps. Drugi krok do świadomego śnienia: Zwracaj uwagę na swoje dłonie we śnie, nie trać ich z oczu, a gdy się przemieszczasz – patrz na stopy. I zachowuj świadomość, że to sen :)

ps.ps. Lepiej mieć lepsze opowieści o sobie. I dobrze się przy tym bawić, nawet we śnie :) cdn.

ps.ps.ps. Czy Jezus się uśmiecha? Kiedy  uśmiecha się Budda ?

Opowieści o śnie
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

54 komentarzy

  1. :))) ale się wstrzeliłam, przeczytałam teraz wszystkie komentarze i strasznie się ubawiłam swoim ostatnim postem… czytałam i czytałam i szukałam tych pytań we śnie i odpowiedzi, aż doszłam do swojego pytania…. w końcu założyłam że piszę do siebie …

  2. chyba się spóźniłam na dyskusję, ale to nic… napiszę sama do siebie i w przestrzeń… i pytam się wczoraj we śnie złapanego za rekę nieznanego mi człowieka „i co mam zrobić żeby wyjść z tej sytuacji, żeby się w końcu odważyć i to zmienić”, odpowiedział mi „być sobą”….:) być sobą, być sobą, być sobą, w sumie takie proste a takie trudne…

  3. Joanno,
    ten wirtual ma to do siebie, ze znamy się tu jednostronnie, sama o tym dobrze wiesz. Odpada cała aura żywego człowieka. Kto wie, moze „na żywo” byś mnie nawet polubiła, bo ja „na żywo” jestem lubianą osobą, nawet moi uczniowie mnie lubią, co mnie zawsze bardzo cieszy, bo nie kupuję ich piątkami. Ale wirtual, to wirtual, widać tylko mysli drukowane czarnym maczkiem. O medytacji piszę może nieco zbyt pryncypialnie, ale wiesz, uważam, ze to jest poważna sprawa i nie ma co w tym temacie fantazjować, lepiej być ścisłą. Ja sama przed laty straciłam kilka miesięcy na quasi-medytowanie i nawet zniechęciłam się do tej „aktywności” ponieważ ktoś mnie niedokładnie instruował. Dlatego może tak was w tej sprawie pryncypialnie poprawiam. Ten blog ma, jak pisze jego Autor wiele wejść, więc jak wejdzie tu ktoś, kto mysli o medytacji i dostanie niedokładną informację, to mu się wszystko poplącze i nigdy do tematu nie wróci. Takie są moje intencje.
    Bardzo fajnie, ze alternatywne formy leczenia wkraczają do tv. Mam kilku znajomych, którzy zajmują sie tego typu medycyną, ja co prawda bardzo rzadko korzystam, bo od zawsze jestem okazem zdrowia, ale swoją rodzinę zawsze z dobrym skutkiem leczę u bioenergoterapeutów, chińskich medyków, homeopatów, ale nie mam też nic przeciw medycynie „oficjalnej”, jeśli nie zasklepia się w doktrynerstwie.

  4. Zośko, przepraszam. Juz mi się „odgięło”:). Ty to Ty, a moje projekcje i emocje są po mojej stronie. Czasem przy pewnym zestawie zachowań innych odpala mi się ciężka irytacja. I tylko ja mogę coś z nią zrobić:))

    Przed chwilą polska telewizja poraz pierwszy pokazała The Living Matrix /TVN24/. A tam sami znajomi: Lipton od „Biologii przekonań”, McTaggart od „Pola”, Sheldrake od pół morfogenetycznych i wielu innych. Piękna synchronia z naszą dyskusją o chorobach:) Przyszłośc należy do medycyny energetycznej i takiej psychologii.

    W czerwcu przyjeżdża do Frankfurtu Richard Bartlett ze szkoleniem „Matrix Energetics”.

  5. Zośko, nie odpowiem na Twoje pytania, bo -jak wczesniej napisalam-nie chcę wchodzić w takie klimaty .
    Tylko jedno gwoli wyjaśnienia.”Mówisz o tym w swoim imieniu, i w imieniu “innych”. ” Tak? A w którym konkretnie miejscu ” w imieniu innych”? Napisałam, ze rozmawiałam na ten temat z innymi czytelnikami tego bloga. Spotykam się z nimi w cyklu szkoleniowym. I rozmawiałam o tym, jakie emocje budzi we mnie Twój styl wypowiedzi wobec ludzi.

    I myślę, ze na tym już zakończymy.W każdym bądź razie ja:)))

  6. Joanno,
    nie rozumiem, o jakich przepychankach mówisz ? Kto się ma przepychać, i o co ?
    Nie rozumiem za co przepraszasz, i przed czym się powstrzymujesz. Jedno, co rozumiem z Twojej wypowiedzi to tyle, ze w Twojej opinii jestem jak „pojazd opancerzony”. Mówisz o tym w swoim imieniu, i w imieniu „innych”. Ja tego nie widzę, jak na razie „inni” się nie skarżą. Co można odpowiedzieć na taką ocenę? Ze się poprawię? Zamienię się w motyla? W moim odczuciu, ja tu po nikim nie jeżdzę, ani nikogo nie niszczę.
    Weż pod uwagę, ze Ty możesz się mylic w swoich ocenach ludzi. Piszesz, ze „mogę mieć potrzebę udowadniana swoich racji”. Dobrze, ze choć tryb przypuszczający stosujesz.
    Zadnych racji swoich nie udowadniam, w którym miejscu? To zbyt ogólnikowe „posądzenie”, bym mogła się do niego odnieść.

  7. Zośko, ja nie mam kłopotu z pisaniem wprost:) Nie decydyję się na to w tym blogu, bo nie chcę wchodzić w przepychanki. Jeżeli to, co piszę rezonuje w Tobie-to weż to. Jezeli nie rezonuje-to czy wprost czy nie wprost i tak nie zadziała:)
    A to co wprost do Ciebie: możesz miec potrzebę udawadniania swojej racji, OK. Natomiast jeszcze kwestia formy. Czasem mam wrażenie, jakby po mnie lub po innych przejechał pojazd opancerzony.

    Przepraszam wszystkich, bo sama apelowałam o odpowiedzialność za energię tutaj wnoszoną. Bóg mi świadkiem i paru czytelników tego bloga, z którymi jakis czas temu rozmawiałam „w realu”, że długo się powstrzymywałam:)) Efektem tej wypowiedzi może być długa lista wpisów „przepychankowych” ,a nie chcę w to wchodzić. Na tym więc kończę ten temat.

  8. Joanno,
    a mnie się wydaje, że nie ma chyba potrzeby ustalania tu reguł co kto i jak ma mówić. Moim zdaniem nikt tu nie zachowuje się nietaktownie. Jeśli chodzi o mnie, nie forsuję swoich przekonań jako jedynie słusznych i nie dokarmiam w ten sposób swojego ego (coś mi się widzi, ze znowu do mnie , i znowu nie wprost, dedykowany jest ten apel). Jeśli zwracam uwagę na różnicę między np. kontemplacją, a medytacją, to nie po to, by poczuć się lepiej i utuczyć swoje ego (choć zdaję sobie sprawę, ze tak to masz prawo odbierać bo się nie znamy osobiście), tylko wiem, ze ludziom się te sprawy mylą, a ja to akurat wiem, to mówię, bo dobrze jest się tez czasami od ludzi czegoś dowiedzieć. Ja też się dowiaduję. Np. dowiedziałam się od Ciebie, ze jednak” nie muszę” zachorować na raka, na którego umarła moja mama, bo genetyka jeszcze nie determinuje wszystkiego (dzięki za tę informację). Fajnie Joanno, ze jesteś czujna i chcesz, by nikt nie rozrabiał w salonie, ja też tego chcę. Jeśli zaś chodzi o mnie, możesz pisać wprost, jeśli coś Ci nie pasuje, ja się nie obrazę.

  9. Mój troszkę też:) A u innych?

    Ściskam wszystkich świątecznie:)))

  10. :-)
    :-)
    :-)
    ;-)
    Mój świat jest dziś „do środka” a Twój? ;-)

  11. Oj, wcięło mi wypowiedź. Piszę więc jeszcze raz. Mam nadzieję,że nie zapisze się dwa razy:)

    „najbardziej mogę pisać o tym, czego sama doświadczam i jak świat przelewam przez siebie. To znam najlepiej i o tym mogę się wypowiadać ;-)”

    Agnieszko Hawajko, wg mnie największa siłą tego bloga było to, ze ludzie swobodnie dzielili się swoimi światami. A reakcja innych nie polegała na „Nie masz racji i będę Ci to udawadniać”, a na”O, to ciekawe, że tak widzisz świat. A ja go widzę w taki sposób”

    Inne miejsca w internecie pełne są przepychanek, udawadniania sobie racji, pryncypialnych wypowiedzi „jest tak, jak ja uważam”, atakowania innych. Czyli głodnego ego:)

    Warto, zeby to miejsce było przyjazne dla ludzi o dużej wrażliwości. Żeby swobodnie mogli się wypowiadać bez oceniania przez innych, udawadniania im braku racji, podejrzewania o egzaltację itp. itd. Wszyscy bierzemy odpowiedzialność za energię, jaką tutaj wnosimy.

    Agnieszko Hawajko, bardzo lubię Twoje wypowiedzi i dziękuję Ci, ze dzielisz się ze mną i innymi swoim światem, swoją ogromną wrażliwością. Czasem mamy inne koncepcje -jak ta dotyczącą mixu jasnej i ciemnej drogi. I to budzi moją ciekawość,a nie potrzebę udowadniania, że tylko moja koncepcja jest słuszna. Dzielimy się, opowiadamy siebie, rozszerzamy swoje mapy rzeczywistości. I niech tak dalej będzie „O, to ciekawe, że Twójświat jest taki. A mój jest następujący…”

  12. Agnieszko Hawajko,i to zawsze było mocną stroną tego bloga- ze ludzie swobodnie mogli opisywać swoje światy. I poznawać światy innych. Bez oceniania, pouczania, atakowania, podejrzewania o egzaltację itp. itd. Zamiast reakcji „nie masz racji, ja ją mam” miały miejsce wypowiedzi typu „O, to ciekawe, że tak to widzisz. A ja to widzę w ten sposób”

    W innych miejscach to niestety wygląda inaczej. Wystarczy np. zobaczyć dyskusje na Goldenline polegajace na udawadnianiu sobie nawzajem racji, ironizwaniu i obśmiewaniu cudzych opini , pryncypialnych wypowiedziach ” tak jest, jak ja uważam”. Od czasu do czasu wtrąci się do dyskusji ktoś oceniając jej uczestników z pozycji mądrzejszego. Jak to mówi mój kolega:wszedł do salonu, zrobił kupę na środku dywanu i wyszedł:)I w każdej z tych sytuacji głodne ego woła o nakarmienie.

    Myślę, że fajnie byłoby utrzymać tutaj przyjazny klimat dla różnych poglądów, co już kiedyś postulowałam. I będzie się tak działo, jeżeli każdy weżmie odpowiedzialność za energię, jaką tutaj wnosi.
    Możemy po prostu poznawać światy innych ludzi zamiast przymierzać je do swojego i gdy coś nie pasuje zmuszać właściciela do przycięcia wystających kawałów:)

    Agnieszko Hawajko, bardzo lubię Twoje wypowiedzi i cieszę się, że pozwalasz mi poznawać Twój świat, Twoją wrażliwość. Czasem mamy różne poglądy jak w przypadku mixu jasnej i ciemnej drogi. Natomiast nie powoduje to we mnie chęci udawadniania Ci, ze moja koncepcja jest lepsza. Moja jest moja, a Twoja jest Twoja. I bardzo jestem ciekawa Twojego świata:)

  13. Zośka, napisałaś to, co sama wiem i rozumiem. Mówimy zatem o tym samym. Tylko Ty innymi słowami, rzetelnie, a u mnie to doświadczalnie idzie. Słowa wtedy mało podręcznikowe są, ale o to samo chodzi. Słowa są ułomne, nawet te podręcznikowe. Doświadczenie wymyka się opisowi. Bo choć kocham litery nie potrafię oddać tego, czego doświadczam. Słowem mogę opisać efekty, ale nie samo doświadczenie.
    I stąd moje refleksje różne okołoblogowe mi się rodzą, o czym chcę rozmawiać, czym się dzielić… czasem czyimś słowem mądrym się posiłkować lubię, ale chyba najbardziej mogę pisać o tym, czego sama doświadczam i jak świat przelewam przez siebie. To znam najlepiej i o tym mogę się wypowiadać ;-)

  14. Aniu,
    w medytacji nie przebywamy poza strefą umysłu, tylko (na początku) kontrolujemy, co się w nim dzieje. A w nim idą myśli–mysl za myslą, jak chmury na niebie. W życiu pozamedytacyjnym czepiamy się tych mysli (myslimy), lgniemy do nich,jesteśmy nimi non stop zaabsorbowani, wymyślamy rózne historie, cuda na kiju, ale też pożyteczne i piękne rzeczy. Myślenie jest OK. Zyjemy, musimy myśleć. Jednak w medytacji uczymy się przebywać także w sferze nielgnięcia do myśli, kiedy to koncentrujemy się na oddechu, myślom się przyglądamy (ponieważ nie jesteśmy władni „wyłączyć” myslenia), nie lgniemy do nich, uczymy się je puszczać, jak się zamyślimy, to staramy się to spostrzec i wracamy (bez nerw) do ponownego obserwowania myśli. I na początku nie medytujemy dłużej ja 10 minut, bo nasz rozgadany umysl nie jest przyzwyczajony do przebywania w stanie nielgnięcia do myśli, więc byśmy się zniechęcili medytując od pierwszego razu po godzinie…Taka jest faza wstępna medytacji. Uczymy się przebywać w stanie obserwatora swoich myśli. Kiedy się już w tym stanie ustabilizujemy, proces medytacji przechodzi na inny poziom. Medytacja się pogłębia. To tak w wielkim skrócie. Po co medytować ? Bo to jest chyba Twoje głowne pytanie. Znam kilka powodów:
    —spokojniejszy, bardziej zrelaksowany umysł (a co za tym idzie i ciało),
    — postrzeganie świata nie tylko intelektualne,ale i intuicyjne,
    —poprawa koncentracji i uważności ,
    — o wiele mniejsze uleganie emocjom,
    — zintensyfikowanie wrazeń zmysłowych,
    —odczuwanie radości częściej niż norma przewiduje
    Skąd się to bierze, te wszystkie „zdobycze” meytacji? Medytacja po prostu oducza nas kurczowego lgnięcia do mysli, a co za tym idzie , kurczowego lgnięcia do ego. A jak ego odpuszcza, robi się zawsze więcej przestrzeni na radość, uważność, zainteresowanie innymi, nie tylko sobą, głebokie odczuwanie tego co tu i teraz, etc. W medytacji doświadczasz (nie wystarczy o tym wiedzieć, to absolutnie nie to samo), że te wszystkie ważne mysl mają pustą naturę i nie przejmujesz się nimi tak bardzo.
    Aniu, a odnośnie „rowera medytacji”. Znam osobiście wiele osób, które jeżdzą na nim o wiele lepiej ode mnie. Mnie cieszy fakt, ze w ogóle na niego wsiadłam. Pozdrawiam.
    Grerr,
    religie są częścią tego świata, niedoskonałego. W chrześcijaństwie mówi się ,ze Bóg dał ludziom wolną wolę, a kapłani to też tylko ludzie. W buddyzmie uczymy się studzić swoje ego, ale zanim się nauczymy… Cierpliwości nam wszystkim potrzeba.
    Agnieszko Hawajko,
    nie przestałam zauważać zieleni i słońca, tylko jak o czymś gadamy, staram się być rzetelna. Pozdrawiam świątecznie.

  15. religia podejrzana jest chyba, nawet raczej kazda, gdyz albowiem religie glownie w dziejach ludzkosci przynosily konflkty, rzezie, sady, dyskryminacje oraz temu podobne akty wrogosci, choc sporej czesci ludzkosci nadawaly sens zycia i zmniejszaly lek przed nieuchronnym, czyli smutna dziura w ziemi, szamani, kaplani natomiast dawali (i daja nadal) nadziej ze maja specjalna goraca linie do Boga i jakby co to pomoga…i niektorym pomagaja, bo jak pisze autor bloga „swiat jest taki jaki wierzysz ze jest” – chyba lacznie z Bogiem, lub innym Panem Cudow Wszelakcih ( w skrocie PCW)

  16. W przypadku zlamanej nogi warto sie zastanowic, dlaczego własnie teraz ja złamałem:))
    A co do genetyki i wpływów srodowiska. mozna by sie zastanawiac, dlaczego w tych samych warunkach jedni chorują, inni nie. Dlaczego system ochrony organizmu u jednych wysiada, a u innych dalej dobrze sobie radzi. Dlaczego w przypadku tzw. chorób dziedzicznych u jednych osób te geny się uaktywniają, a u innych nie. To nie kwestia filozofii.:) Jeszcze raz polecam „Biologię przekonań” dr Liptona, który cytuje wiele niezwykle ciekawych badań medycznych w tym zakresie. Czyli nie to, co nazywasz Aniu filozofią, a ścisłe procedury badań medycznych /i tu procedury przydają się :)/

  17. odnosnie chorob…zgadzam sie ,oprocz czynnikow psychicznych jest cale mnostwo fizycznych ,ktore na poziomie ciala uszkadzaja je,bez zadnej filozofii….w koncu medycyna sili sie ,zeby je wylapac,poznac i zabezpieczyc przed nimi.urazy dla mnie do takich naleza.zlamana noge trzeba fizycznie zespolic i nie zastanawiac sie nad nia zbytnio,ale juz na proces zrostu-mysle ,ze mamy wplyw;))))))))))))))))))))))

  18. zoska,a powiedz mi czy praktycznie potrafisz to tak tak samo dobrze jak jezdzic na rowerze???piszesz o tym z takim przekonaniem,ze nic tylko usiasc i zaczac praktykowac /zakladajac ,ze jak i z rowerem ,pare razy sie spadnie,zanim sie to uda/ale mozna sie tego nauczyc
    korzysci z umiejetnosci jazdy na rowerze kazdy zna,a jakie sa korzysci z przebwania poza strefa umyslu?”spontaniczny stan kontemplacyjny” byl po prostu radosny i przyjemny,choc chwilowy.
    a co z medytacji?troche prowakacyjnie ciagne tym pytaniem kota za ogon,ale zakladam ,ze ty praktykujesz ,medytujesz i znasz te odpowiedz ;)))))

  19. Joanno,
    choroby to sprawa złożona, oczywiście mają też podłoże psychiczne, ale też genetyczne, warunki życia eliminują , bądż wywołują chorobę, warunki klimatyczne też wpływają. Składamy się nie tylko z psyche, ale i z materialnego ciała i nie jest tak, ze psyche panuje nad materią w 100 procentach. Ale uświadamianie ludziom, ze ich psyche też rządzi jest ważne.
    To, o czym pisze Ania to stany kontemplacyjne umysłu (harmonijne zintegrowanie ciała, umysłu i energii z ruchem i tym, co dookoła), ma je każdy, bo każdy ma te możliwości (buddyści mówią „naturę buddy”). Często właśnie wywołuje je ruch typu taniec, („medytacyjny ” i „zwykły”), narty, pływanie, ale też seks, przebywanie w pięknych okolicznościach przyrody, śpiewanie, słuchanie muzyki. Te stany pojawiają się spontanicznie, często u „niewinnych” dzieci (mają „niewinny”, mniej obciążony brzemieniem powszedności umysł). Natomiast medytacja służy do czego innego i nie jest w żadnym razie alternatywą do tych „stanów” (jakby to sugerowała Twoja wypowiedż, że jedni mają spontanicznie, a inni muszą mozolnie wyczekiwać na rezultaty). Medytacja nie jest po pierwsze żadnym mozolnym wyczekiwaniem na rezultaty, takie nastawienie już niweczy jej ideę. Ideą medytacji jest stopniowe przyzwyczajanie umysłu do przebywania w przestrzeni pozakonceptualnej, gdzie nie podążamy za myslami, ale je swobodnie obserwujemy i „puszczamy”. To tak w wielkim skrócie. Chodzi tu o nawyk, jak jazda na rowerze. Na stany spontaniczne można czekać, tęsknić za nimi, pojawią się lub nie ( im bardziej za nimi tęsknimy, tym bardziej się nie pojawiają), a medytacja jest przygotowaniem do tego, ze Twój umysł pewnego dnia zacznie działać nieco inaczej, nauczy się lekcji „odpuszczania, nie lgnięcia do każdej mysli… jak jazdy na rowerze. To nic takiego, żaden cud, ani ekstaza, a jednak czyni wielką różnicę w postrzeganiu świata. Oczywiście, ludzie startują z róznych pułapów. Niektórzy zaczynają medytować z umysłami już wstępnie „wyluzowanymi”, takie mają zdolności; innym mysli pracują jak sekundnik w zegarku i ci potrzebują więcej czasu. Objaśniam to wszystko po to, by nie utożsamiać stanów kontemplacyjnych z praktyką medytacji. Stany kontemplacyjne, przychodzą i odchodzą, ma je każdy, są nietrwałe i niczego w naszym życiu nie zmieniają na trwałe, dają nam chwile głębokiego wytchnienia, przedsmak raju:) Są boskie i życzę ich wszystkim jak najwięcej na co dzień i od święta. Praktyka medytacji daje konkretne, trwale rezultaty i wcale nie musi być mozolna (to zależy od naszych predyspozycji). Jest praktyką, procesem, nie chwilowym iwentem. Inna sprawa, ze praktyka medytacji pozwala także nauczyć się wchodzenia w te stany kontemplacji, wtedy już nie spadają nam z nieba, ale sami świadomie w nie wchodzimy. Ale to juz inny temat.
    Mędrcy, którzy dostawali tzw. „małpiego rozumu” to w tradycji buddyjskiej tzw. szaleni jogini. Jednak ten ich „małpi rozum” nie do końca da się porównać ze stanem świrującego z nadmiaru hormonów nastolatka. Na ten temat Jacek Sieradzan „Szaleństwo w religiach świata”.
    Grerr, a dlaczego „religia jest podejrzana chyba”?

  20. Zośka, umówmy się, że medytacja JEST i służy ;-) (no mnie służy na ten przykład :-))
    Ogólnie jest piękny dzień, słońce, zieleń, morze… ;-)))

  21. Pawle-„bo jak coś nie jest ciężko to nie jest to wartościowe”. Chyba trafiłeś w samo sedno. To przekonanie wielu ludzi. I pewnie stąd te różnice w dyskusji. Przyjrzałam sie sobie. Cenię to, o co się trzeba było postarac. Ale jeszcze bardziej lubię, gdy samo przychodzi. I odczuwam wtedy wdzięczność, że świat jest właśnie tak zbudowany. Że gdy o czymś dla siebie pomyślę/poproszę to przychodzi:)) Nie ma jednej koncepcji jak to faktycznie działa /psychologiczna samospełniajaca się przepowiednia, przyciąganie, Siła Wyższa/. Najważniejsze, ze pięknie działa:))

  22. A co powaznych proroków i bogów. Kiedyś na jednym ze szkoleń eksperymentowaliśmy z techniką Deep Trance Identification. W duzym skrócie w założeniu pozwala na chwilowe „wejscie w buty” innej osoby/prawdopodobnie przez podłączenie sie w transie do informacji z pola/. A my postanowilismy sprawdzic, co sie wydarzy, gdy jako obiekt identyfikacji ustawi się Boga, Siłę Wyższą-jak kto to rozumie. Spodziewałam się, że mój umysł podpowie mi cos na kształ mistycznego doświadczenia. Nic z tego:) Poczułam pełne, idące przez umysł i ciało serdeczne, totalne rozbawienie:)) I co ciekawe, pozostałe osoby doświadczyły tego samego. Doszlismy do wniosku, ze jeżeli istnieje tzw. Siła Wyższa, to jest w pełni rozbawiona tym, co stworzyła:))

    Jedni stawiają figurki śmiejącego się, tłuściutkiego Buddę, inni Chrystusa Frasobliwego:)

  23. Aniu, w moim postrzeganiu choroby i wypadki są „z powodu” i „po coś”:) Coś się dzieje, z czym wczesniej nie umieliśmy/nie zdecydowaliśmy skontaktowac się. I dzięki nim mamy szansę.
    I całkowicie zgadzam się z Tobą co do mądrych procedur. Chciałabym móc powiedzieć, zę edukacja i świadomość przede wszystkim, ale nie zawsze to tak działa:) Spędziłam trochę czasu w Islandii. Tam nikt nie wsiada pod wpływem alkoholu za kierownicę. Nie ze względu na głęboką swiadomość. Ze względu na wysokie, nieuchronne kary.

    A co do stanw medytacyjnych to też wiem, zę moga nastepować spontanicznie, bez mozolnego ćwiczenia. Jedni wybierają ścieżkę dyscypliny, ćwiczenia, długiego oczekiwania na rezultaty. Inni mają inaczej :)) To wszystko kwestia przekonań.Świat jest taki, jak o nim myślimy:)

  24. poniewaz wybilam sie ze snu,czytam ,o czym tu dzis piszecie…i wrocilam do tekstu Macieja…pewnie ,ze chcialoby sie takie tao dla wszystkich;)))))))))))))))))))))))))))))
    ale ja nie potepialabym procedur…….
    patrzac na spoleczenstwo-nie wszyscy jestesmy na tym samym poziomie rozwoju duchowego,zeby kierowac sie szlachetnymi filozofiami,dobrem,altruizmem…nie kazdy potrafi nadstawic drugi policzek,bo do tego nie dojrzal
    procedury powinni wymyslac ci „madrzejsi”, zeby „ubozszych duchem” czasem nakierowac na wlasciwe tory,bo moze sami na to nie wpadna;))))w ten sposob srednia swiatowa idzie w gore,nawet jesli niektorzy stosuja je ,nie do konca wiedzac o co chodzi….

    kilka znaych mi zasad Konfucjusza-pozostaje uniwersalna do dzis;))))mi na przyklad podoba sie ta:
    „Zróbcie, by uczciwość opłacała się bardziej niż kradzież, a nie będzie kradzieży.”
    Rownie dobrze mozna by to zrobic z ekologia na przyklad….
    a procedury?
    proceduralne panstwo niemieckie zacheca swoich obywateli ,zeby za kilka centow zwracali plastykowe butelki w punktach ,gdzie je zakupili…podsmiewalam sie z oszczednosci naszych zachodnich sasiadow,ktorzy taszcza czasem caly karton takich „smieci”przez pol Europy ,aby oddac je w osiedlowym „samie”…..ale u nich nie walaja sie plastyki po ulicach w takim stopniu jak u nas…………………kilka centow daje lepszy efekt ekologiczny niz madre wyklady;)))))))))))) korzysc mamy wszyscy..nie wspomne o segregowaniu smieci-tu juz nie tylko oplacalnosc,ale rowniez kary za nieprzestrzeganie
    ogolnie przyjetych zasad trzymaja w ryzach obywateli….

    w ten sposob doceniam proceduralnosc i prawo,ulatwiaja i organizuje zycie
    najwazniejsze ,zeby procedury opracowywali ci ,krtorzy innymi potarfia kierowac dla ogolnego dobra

  25. czy choroby sa po cos-czy raczej z jakiegos powodu???a moze sa zupelnym przypadkiem?
    ja preferuje „z powodu”,bo to zostawia szanse na odkrycie, i na wspoludzial-jesli w chorobie ,to i w zdrowieniu,w pierwszym -cos za mnie decyduje,w tzrecim -w ogole nie ma jakiegos logicznego sensu….

    jak by nie bylo,jesli sie zdarza ,sa okazja do pomyslenia i rozwoju,stawiaja nas w zupelnie nowym swietle i weryfikuja nasze wyobrazenia na nasz wlasny temat.

    dla mnie choroba to przygoda,wyprawa w nieznane,plyne razem z nia…i nie martwie sie za bardzo

    aaaa…jeszce zmienie temat…….integracja ciala z umyslem /a propos tancow medytacyjnych/
    zdarzyla mi sie kilka razy ,w czasie samotnych zjadow na nartach tak ogromna koncentracja na wnetrzu, ze doswiadczylam przedziwnego stanu:nie tylko moje cialo stopilo sie z zupelnie pustym,skoncentrowanym umyslem,ale i rowniez gora ,z ktorej zjezdzalam………..zniklo zupelnie uczucie oddzielenia,bylam soba i jednoczesnie wszystkim co mnie otacza.zjawisko to bylo powtarzalne,nie mialo nic z egzaltacja wspolnego,dawalo poczucie lekkosci ,radosci i pelnej harmonii……………………….
    czasem tez miewalam to uczucie w swojej pracy,ale jakis czas temu zniknelo.tesknie za nim;))))))))))))))))

  26. „oficjalny” Jezus jest smutny i w zasadzie prorok Mahomet i Budda tez, a Jahwe to juz nawet srogi jest, skad sie biora figurki tlusciutkiego, usmiechnietego grubasa, ktore przedstawiaja Budde? Religia wogole jest jakas podejrzana chyba?

  27. czytalem, a nawet na szkoleniach bylem takich, ze niektorzy mistycy wlasnie „malpiego rozumu” dostawali, ktory to okazywal sie oswieceniem i to bez zadengo przygotowania, Byron Katie, Eckhard Tole, czy Albert Chmielowski albo Ignacy Loyola (na szkoleniach tych dwoch ostatnich akurat nie bylem – za mlody jestem), wiec mysle sobie – czasami tak, a czasami jest siak, niektorzy potrzebuja latami dochodzic do jakiegos rezultatu a inni…trach, chociaz i tak „normalni” ludzie mowia za to wariaci

  28. Zośko, termin „samostanowienie” to neologizm. który mi się pojawił po Twojej wypowiedzi ” zdolność do stanowienia o sobie”. Jakoś w pośpiechu przeczytałam „samostanowienie”Ja do dzisiaj tez nie znałam tego terminu i też mnie nie przekonuje:)))

    Co do cierpienia, wypadków i chorób. W mojej koncepcji świata nie tyle chodzi o ich unikanie, co raczej brak ich poszukiwania /nieświadomego/, Cierpienie to-jak wcześniej napisałam-kwestia znaczeń, jakie nadajemy różnym sytuacjom. A choroby i wypadki sami sobie „fundujemy”. Ostatnio pracowałam z kobietą, która potrzebowała wypadku samochodowego z połamaniem ręki i nogi, żeby się soba zająć. Bo unieruchomiło ją na 3 miesiące i w końcu miała szansę na skontaktowanie się ze sobą i przepracowanie uczuć związanych z rozpadem związku. W mojej mapie świata nie tylko choroby, ale i wypadki mają podłoże emocjonalne. Pewne sprawy wyrzucamy ze swiadomości. I po jakims czasie podswiadomość mówi”Hej, masz coś do załatwienia” A gdy tego nie słyszymy, to krzyczy coraz głośniej-przez chorobę lub wypadek.

    I dlatego jedni omijają plamę oleju, a inni mogą się na niej poslizgnąć. No chyba że wtrąci się w to siła nieczysta jak na Patriaszych Prudach:))

  29. Agnieszko,
    a co złego w użyteczności (funkcjach)? Nie wszystko musi być użyteczne, ale medytacja akurat taka jest i to nie jest kwestia mojej pryncypialności, ale każdy podręcznik do medytacji pisze już o tym na wstępie. Natomiast rozumiem, ze Ty lubisz sobie medytować „po swojemu”.
    Joanno,
    dla mnie termin „samostanowienie” jest zupełnie nowy , Ty go używasz, ale nie objaśniasz, ja jestem wobec tego terminu podejrzliwa, bo moge go znać tylko z kontekstu Twojej wypowiedzi. A Ty mi mówisz, że intencja wystarczy, odpowiednio wzmacniana, by uniknąć cierpienia, korków i wypadków. Zapewne, do pewnego stopnia tak.
    Oczywiście, ani nie trzeba, ani nawet nie da się kontrolować podświadomości—pisałam to ironicznie, bo termin „samostanowienie” tak mnie nastroił. Ale nawet praca z podświadomością nie gwarantuje nam takich wyników, by ją, tę podświadomość, tak „okiełznać”, aby „samostanowić”. Czy się teraz rozumiemy?
    Vayha,
    a do czego Ci są potrzebne święte kobiety?

  30. Wszystkigo dobrego Wam wszystkim na ten swiateczny czas:)
    … I na inne czasy …

  31. Agnieszko Hawajko, może i nie jesteś święta. Za to jesteś boska:)))
    Analiza procesów neuronalnych-genialna:))) U mnie masz Nobla z neuropsychologii:)))

  32. No bo to jest tak:
    U faceta neuron ma bardzo prostą budowę.
    Wejście–>Przetwarzanie–>(TAK / NIE / CH… MNIE TO INTERESUJE)

    U pań to jest bardziej skomplikowane:

    Wejście–>Przetwarzanie–>Oczekuj na sygnał z 50 innych neuronów–> (TAK / CHYBA TAK / MOŻLIWE / SAMA NIE WIEM / TY ZDECYDUJ / JAK CI SIĘ TO PODOBA / ALE NA PEWNO? / ZAPYTAM JOLKĘ / MOŻE I NIE / PEWNIE NIE / NIE, ALE W SUMIE TAK / CHYBA NIE / RACZEJ NIE / PRAWIE NA PEWNO NIE / NA PEWNO NIE / STANOWCZO NIE / CZY KTOŚ MNIE SŁUCHA?)

    I tak uważam, że fajnie być kobietą ;) nawet za cenę braku bycia świętą ;-)

  33. A tak w ogóle, drogi kolego Vayho, patrząc na wpisy widać różne ich intencje.Jedni się wymieniają, inni spierają, jeszcze inni wchodzą w rolę mędrca komentującego cudze wypowiedzi. Każdemu według potrzeb jego ego:)))

    No ale ja to na świętość nie mam szans. Jak to kobieta:)))

  34. Lao Tzy miał jakieś inne, boskie kubeczki smakowe :)

    A w ogóle to właśnie zastanawiałem się dlaczego jest, było i zapewne będzie tak mało świętych kobiet? Patrząc jednak na wasze wpisy drogie koleżanki, łatwo można rozszyfrować tę zagadkę :)

  35. Agnieszko Hawajko, bardzo się cieszę, ze Cię „odgięło”w drugą stronę:))
    A ja własnie konsumuję deserek. I zabieram sie za afirmowanie życia poprzez umycie okien:)) Czyste szyby-nowe perspektywy /że tak zrymuję haslo przewodnie/:)))

  36. Joanno, to Twoje:”chyba mnie pogięło” właśnie dopadło mnie ;-) Dzięki, bo szybciej się wyprostowałam, a raczej elastycznie przeszłam ze stanu w stan ;-)
    A mój mąż właśnie robi obiadek… mmmmm… I moje potrzeby podniebienia zostaną zaspokojone.
    Smaczności posiłkowych ;-)

  37. Agnieszko Hawajko:
    ” I tak ogólnie pytam, czy wszystko musi mieć cel, pełnić jakąś funkcję, musi być nazwane i mieć etykietkę słuszności bądź nie?”

    Dla mnie nie musi:)) Bo ja to w ogóle mało jestem na procedury:)) Zdecydowanie mam metaprogram na możliwości

    Natomiast każdemu według potrzeb:))

  38. Medytacja to jak najbardziej taniec:)) Istnieją ruchowe formy medytacji, z czego część ma charakter tańca. Formy medytacji znane szkołom buddyjskim to nie jedyna ścieżka. Różne kultury poszukiwały dróg osiagnięcia medytacyjnego stanu umysłu.

    „Hmmm, to że o czymś nie słyszeliśmy nie znaczy, że nie istnieje ;-)”
    Otóż to:) Możemy odrzucać nowe dla siebie informacje lub potraktować je jako okazję do rozszerzenia swojej wiedzy.

    Intencja dożycia w zdrowiu 80-tki moze kierowac umysł jej autora na sprzyjające temu zachowania. Istnieją też intencje reikowe, gdzie wspiera się je umiejętnościami pracy z energią.

    Podświadomosci nie trzeba kontrolować.Bo to nie bestia, którą trzeba trzymać na łańcuchu:)Można z nią pracować i jest ku temu wiele narzędzi. Nie tylko dla wybrańców:) Dla wszystkich nastawionych na samorozwój

    Zosko, kilka razy postulowałaś porządkowanie znaczeń. Ani razu nie pisałam o „zwykłym” tańcu:)

  39. Zośka, ale dla mnie medytacja jest cudnym byciem ;-) No lubię to. I im mniej dzieje się w umyśle, czyli i mniej on gada, tym milsze to bycie. A jakie niespodzianki się wydarzają piękne w trakcie, a czasem się nic nie wydarza i też jest dobrze.

    I tak ogólnie pytam, czy wszystko musi mieć cel, pełnić jakąś funkcję, musi być nazwane i mieć etykietkę słuszności bądź nie?

  40. Agnieszko,
    Ja nie napisałam, że jak nie słyszałam, to nie istnieje. Napisałam, że „nie słyszałam”. Jeśli Ty słyszałaś i wiesz, to może powiesz, co to takiego to „samostanowienie”?
    Medytacja w ruchu to rodzaj medytacji znany bardzo dobrze i przed Osho. Są nawet tańce medytacyjne, sama to od czasu do czasu, jak jest okazja, praktykuję, ale nawet taniec medytacyjny nie jest równoznaczny ze zwykłym tańcem. „Zwykły” taniec ma po prostu inną funkcję i cel, może być odprężający, podnosić poziom energii, wyrażać naszą ekspresję, a taniec medytacyjny to integrowanie umysłu z ruchem. Oczywiście, dobrym tancerzom zdarza się ta integracja, ale nie jest to pierwszorzędną funkcją tańca.
    „Cudne bycie” i radzenie sobie z tym,” zeby się za dużo nie działo” nie jest celem medytacji, co najwyżej może być przygodnym objawem. „Cudne bycie” to raczej właśnie domena tańca :)

  41. Hmmm, to że o czymś nie słyszeliśmy nie znaczy, że nie istnieje ;-)
    Akurat dla mnie taniec również może być medytacyjny, tak samo jak moja praca, którą wykonuję jest medytacyjna, dwie godziny hawajskiego masażu to dla mnie medytacyjne zbawienie ;-) W końcu OSHO też opracował medytacje w ruchu, na mnie działają.
    Ale lubię też po prostu posiedzieć na dupie i medytować.
    Możemy ten stan cudnego bycia nazywać jak chcemy, ważny, moim zdaniem, jest efekt, a raczej to, co się dzieje w trakcie i jak sobie radzimy z tym, żeby się nie działo za dużo ;-)
    Czyli jak napisała Joanna, każdemu wedle potrzeb.

  42. Medytacja to nie taniec. Taniec jest super, ale nie daje tych samych rezultatów, co medytacja i niestety nie da się zastąpić medytacji tańcem, ani na odwrót.
    Widać”samostanowienie” to jakiś nowy rodzaj lekarstwa na „nowy, wspaniały świat zamieszkiwany przez wybrańców, którzy kontrolują nawet podświadomość. Nic na ten temat nie słyszałam.
    Intencja jest ważna ( ja np.chcę dożyć 80-tki w absolutnym zdrowiu, do tej pory mi się udaje :), ale przede mną jeszcze 30 lat), ale sądzisz, ze wystarczająca, by sunąć bez przeszkód, chorób i niespodziewanych , nie zawsze miłych przygód przez życie?

  43. Zośko, znam też radosnych buddystów, więc ciemna i wyboista droga to nie metafora buddyzmu w całości. Medytacje są różne-jedni wybierają siedzenie w zazen, inni tańczą.

    A co do oleju słonecznikowego. Jedni zgrabnie go omijają , inni ładują się w sam środek plamy. Każdemu według potrzeb. Samostanowienie nie odbywa się tylko na świadomym poziomie:)

    Uwielbiam podróże samochodem z moim kolegą. Często jakos dziwnie zmieniamy trasę – „żle”skręcamy, zagapimy się itp. I potem okazuje się, ze dzięki temu ominęliśmy korek, wypadek, objazd itp . Przypadek czy intencja jechania najlepszą możliwą trasą?)))

  44. Joanno,
    mi się wydaje, ze chodzenie po jasnych i ciemnych drogach życia, to nie jest kwestia wyboru i potrzeby, jak piszesz, gdyż raczej wszyscy ludzie dążą do szczęścia (chcą po jasnych drogach spacerować). Niewielu ludzi wybiera z premedytacją „ciemne drogi”.
    W ogóle wydaje mi się, ze nieco mityzujemy tę naszą wolność i zdolność do stanowienia o sobie. Nie nawołuję do tarzania się w popiele, ale proszę zwrocić uwagę, że w każdej chwili, w jasnym dniu można się pośliznąć na rozlanym oleju słonecznikowym … I nagle, jak z bicza strzelił, wkraczamy na ciernistą drogę cierpienia.
    Jeśli zaś chodzi o drogi buddyjskich praktyk, to osobiście nie znam ani jednej metody do pracy z umysłem, która mogłaby być skojarzona z wyboistą i ciemną drogą. Medytacje są cool, jak już przyzwyczaimy oporny umysł, ze ma na ten czas zawiesić całodobową paplaninę. Ze o seksie tantrycznym nie wspomnę :)

  45. Agnieszko Hawajko, ja mam taką swoją prywatną koncepcję. że człowiek został stworzony do radości i afirmacji życia. A cierpienie to odstrojenie się od tej ścieżki. I wynika ono ze znaczenia, jakie nadajemy temu, co spotykamy. Jeżeli to znaczenie sprawia cierpienie, to tak jakbyśmy stracili zaufanie. Do życia, siły wyższej-jak kto woli to nazywać. Nie jestem więc taoistką szukająca równowagi między jasnym i ciemnym. Jeżeli wchodzę na drogę, która spostrzegam jako ciemną i wyboistą to sama ją sobie buduję. Tak jakbym nie doceniała prezentu, który dostałam. Ale na szczęście wcześniej czy później odzywa się refleksja, że chyba mnie pogięło:)) Lub trochę subtelniejsza,ale przekaz generalnie ten sam.
    Tak więc ścieżek jest wiele i każdy wybiera swoją:)

  46. i jeszcze jedno.

    Nad cierpieniem pochylam się.

    Cierpiętnictwo staram się rozbroić śmiechem. Również z samej siebie.

    Dzisiaj rano włączył mi się tryb cierpiętnictwa. Postanowiłam poczuć się fatalnie-niezrozumiana, opuszczona, zraniona. Oczywiście w świecie przepełnionym cierpieniem i złą karmą. I już się szykowałam do podhodowania tych uczuć i obrazu świata-doglądania, nawożenia, oświetlania swoją uwagą coby się godnie rozrosły. I nagle przyszła refleksja-chyba mnie pogięło:))) Porozmawiałam, wyjaśniłam, wysłuchałam drugiej osoby. Jak zwykle okazało się, że po drugiej stronie to zupełnie inaczej wyglądało. A za chwilę przeczytałam tekst Macieja. Synchronia:)) Lepiej mieć lepsze opowieści o sobie:)) Dlatego tak się wkręciłam w komentowanie wpisu:))

  47. „Ciężko ale warto” tak przeczytałem pod rysunkiem mojej córki. Zastanowiłem się i stwierdziłem że można by skomentować bardzo dużo rzeczy np naszą polską historie czy walkę dobra ze złem w wiarach. jak wiele rozmów ludzi można by było skrócić? Jak często ubieramy się ” ciężko” żeby później powiedzieć „oj warto było” I może jest to pierwszy krok w zrozumieniu wszystkich narzekaczy (bo jak coś nie jest ciężko to nie jest to wartościowe)

  48. Wiesz co Joanno, myślę, że te drogi się też miksują po drodze ;-) Raz w surową dziurę się wpadnie innym razem twarz ku słońcu się skieruje sama. Możliwości tyle ile potrzeb ;-)
    I to mnie się bardzo podoba.
    Słowo równowaga nabiera dla mnie nowego, optymistycznego znaczenia ;-)

  49. Jedne drogi są kolorowe, świetliste i radosne. Inne ciemne, wyboiste i surowe. Każdemu według potrzeb.

  50. Różne języki, różne metody, różne drogi. A wszystko prowadzi do tego samego. Do siebie. I nie jest dla mnie ważne kto był pierwszy i przed kim i jakich trudnych słów na opisanie doświadczenia użył. Dla mnie ważne jest gdzie ja dotrę, kogo poznam po drodze, jak bardzo można kochać siebie, jak dobrze wykorzystać to, co mam w sobie dla siebie i innych. Jak dużo zechcę zobaczyć i co z tym dobrego zrobię.
    W jednym garnku świata tyle skarbów…
    Smacznego dnia ;-)

  51. Parabole mają to do siebie,że upraszczają zbyt złożone zagadnienia, by mogły się jakoś przyjąć w przestrzeni egalitarnej, powszechnego zrozumienia, tu i teraz …i zaraz. Toteż bajka o Lao, Konfucjuszu i Buddzie jest jak najbardziej Ok, ale żeby zrozumieć, że buddyzm nie propaguje cierpiętnictwa (zresztą o jakim buddyzmie mówimy? hinajanie, mahajanie, wadżrajanie, itd, itd–podejścia tych szkół różnią się między sobą), trzeba wejść nieco głębiej w te zagadnienia. Osobiście ( i popularnie) powiadziałabym, że, aby zostać mistrzem tao, trzeba przejść najpierw zdrowy trening buddyjski, bo „naturalnego umysłu tao” nie dostaje się o tak po prostu, jak np. „małpiego rozumu”. Procedury i dyscyplina też są potrzebne. Wszystko jest potrzebne i niczego nie rugowałabym z gospodarstwa rzeczywistości ludzkiej. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie czego użyć.
    „Cierpiętnictwa” moim zdaniem nie należy potepiać, ale terapeutyzować, bo prawie zawsze taka postawa nie bierze się ze świadomego wyboru „cierpiętnika” (takie wnioski wyciągam z mojej pracy z młodzieżą). Jasne, bywają ci „cierpiętnicy” na ogół nieznośni w pozyciu, ale bardziej zasługują na wspólczucie i pomoc, niż potępienie. Nie sztuka się samemu cieszyć z prezentu zycia, jak się dysponuje talentem do radości, sztuka się dzielić tą radością z tymi biedniejszymi w nią.
    Buddyjskie praktyki w ciemności wydają mi się korespondować z przebywaniem Jezusa w otchłani. Powiem tylko ogólnie (a wiem o tym z relacji, bo sama jeszcze nie praktykowałam w ciemności), że po kilkudniowym przebywaniu w absolutnej ciemności ( w Polsce sangi buddyjskie dysponują juz kilkoma „domkami ciemności” bez okien) umysł zmysłowo i naocznie widzi swoje światło, doświadcza go. Doswiadcza więc swojej świetlistej (pustej) natury. Jezus też wychodzi z ciemności zwycięski, świetlisty, wszyscy we wsi się cieszą, hałasują, tupią i gwiżdzą, bo i oni mają udział w zwycięstwie Jezusa (jest on przecież jednym z nich, z nas).
    Alleluja!

  52. Podpisuję się pod komentarzem Joanny – również dziękując za ten tekst.
    :-)

  53. ” Lepiej mieć lepsze opowieści o sobie. I dobrze się przy tym bawić, nawet we śnie :) cdn”

    Podpisuję się obydwoma rękoma i nogami:)))

    A cierpiętnictwo to jak wybrzydzanie nad prezentem, który dostaliśmy. No niby fajny, ale wolałbym papier w krasnale, a nie króliczki. I wstążeczka różowa, a nie zółta. Dostałem misia, a wolałbym samochodzik.
    A życie to prezent, a nie kara. Którą trzeba przetrwać z godnościom osobistom:)))

  54. Maćku, bardzo dziękuję za ten tekst.

    Zdecydowane nie procedurom:)

    Zdecydowane nie filtrowi cierpienia i ciągłego skupiania się na nim w swojej przeszłych wcieleniach,aktualnym i przyszłych:) Na jawie i we śnie:) No ile można:)))

    Zdecydowane tak Lao Tse, aczkolwiek entuzjazm w mojej mapie też jest OK:)

    Mój Jezus i Budda są uśmiechnięci. To tylko ludzie przykleili im gębę swoich cierpiętniczych projekcji:)

    Życzę wszystkim i sobie nieustannego kontaktu z radością. Bo pełno wokół do niej powodów-jeżeli tylko chcemy je zauważyć. Bo jest wiosna. I wogóle:)))))

Komentarze są wyłączone.