Projekt Lotos

Adam Sornek

Projekt Lotos – Adam Sornek

Sukces

W domu rodzinnym

Od dziecka, w taki czy inny sposób, kazano mi wierzyć w konieczność osiągnięcia sukcesu. Mimo, że słowo to w domu rodzinnym nie padało zbyt często, oczywistym dla mnie było – z nieznanych mi do dziś względów – że żyje się po to by przekraczać kolejne etapy rozwoju zawodowego (czytaj: osiągać sukcesy). „Trzeba” było (co oznaczało wewnętrzny przymus pochodzący z programowania zewnętrznego) skończyć szkołę podstawową, potem średnią, aż wreszcie „dostać się” na studia, by zdobyć najlepszą (czytaj prestiżową) pracę. Następnie piąć się w górę, w hierarchii zawodowej. Nigdy nikt mi nie wytłumaczył „po co?” mam to wszystko robić.

Proboszcz

Jako uczeń podstawówki, podczas kolędy (tak zwanej wizyty duszpasterskiej), zostałem zapytany przez proboszcza lokalnej parafii: „co chcesz Adasiu robić po skończeniu szkoły podstawowej?”. Bez cienia wątpliwości odpowiedziałem, że chcę iść na studia (co wywołało wśród domowników i duszpasterza zupełnie dla mnie wówczas niezrozumiały śmiech i zadumę). Dopytany, czy nie chciałbym zostać ministrantem, odpowiedziałem duchownemu bez wahania: „nie, bo mi się ten zawód w ogóle nie podoba”.

Wiedziałem, że mam się wspinać, nie wiedziałem natomiast po co i gdzie. To jak z pierwszoklasistą, który wie, że musi chodzić do szkoły, ale zupełnie nie rozumie po co. Dziś dziwi mnie tak silna świadomość i potrzeba robienia tak zwanej „kariery” skoro miałem te osiem, czy dziesięć lat. Mogę tylko przypuszczać, iż miało to silny związek z ambicjami mamy, która wobec oporu swoich rodziców nie mogła (nie chciała) dalej się uczyć i musiała (chciała) pracować. Robiła to – według relacji rodzinnych – wbrew sugestiom swoich nauczycieli, którzy dostrzegali w niej talent i umiejętności wykraczające poza rodzinny schemat.

Złudzenie

W sposób naturalny, od pewnego momentu życia, identyfikowałem kolejne etapy życia zawodowego z sukcesem, a ten z kolei ze szczęściem. Nie potrafię odpowiedzieć skąd wzięło się we mnie przekonanie, że kolejny „sukces” to sposób na uzyskanie, utrzymanie czy utrwalenie szczęścia w życiu. Choć odpowiedź powinna być przecież prosta: temu złudzeniu ulegają prawie wszyscy. Awans, podwyżka, tytuł naukowy (i tym podobne) stały się synonimami sukcesu, a sukces synonimem szczęścia. Skoro mało kto wie, jak osiągnąć szczęście (i czym ono jest), to najprościej powiedzieć, że dochodzi się do tego poprzez pasmo niekończących się sukcesów. Wierzyłem w to kłamstwo.

Oszustwo

Mocno mi zaprogramowano, że pochodzę z rodziny bez sukcesów i na te sukcesy muszę zapracować sam. Sporo doradców mi mówiło, że nie mam najmniejszych szans. Wśród nich byli nauczyciele, edukatorzy, duma i chluba narodu. Na szczęście była to woda na mój młyn. Przez część życia sukces był moim wyzwaniem, później przekleństwem, dziś jest już tylko (i aż) częścią opowieści na temat mojego życia.

sukces, sukces, sukces
sukces, sukces

Oszukano mnie (oszukałem się sam, skoro na to pozwoliłem), że kolejne sukcesy zawodowe mają moc zmiany jakości wewnętrznej mojego życia. Na zewnątrz wszystko się zgadzało. Skończyłem szkołę średnią. Sukces. Dostałem się na dzienne studia prawnicze. Sukces. Otrzymywałem stypendium naukowe na studiach. Sukces. Skończyłem studia z oceną bardzo dobrą. Sukces. Dostałem się na aplikację adwokacką. Sukces. Skończyłem aplikację i zostałem adwokatem. Sukces. Dzięki pracowitości, zaangażowaniu, determinacji i pracowitości miałem od samego początku klientów. Sukces. Otworzyłem biuro w centrum Katowic. Sukces. Kupiłem samochód za ponad sto tysięcy złotych. Sukces. Zmieniłem biuro na droższe, bardziej prestiżowe, z kontrolą wejść do budynku. Sukces. Powiększyłem firmę. Sukces. Zatrudniłem ludzi. Sukces. Zarobiłem w rok więcej niż przez całą resztę dotychczasowego życia. Sukces. Kupiłem jeszcze droższe auto. Sukces. Mógłbym tak w nieskończoność. Sukces…? No właśnie!

Ściana

W pewnym momencie zrozumiałem, że te wszystkie sukcesy i związane z nimi rzeczy materialne do niczego mnie nie doprowadziły. Choć doprowadziły: do ściany i świadomości, że to nie ma końca i nic nie zmienia. Z punktu widzenia bliskich mi osób: przyjaciół, dobrych znajomych, rodziny, osiągnąłem wszystko. Byłem (i pewnie nadal jestem) dla nich wzorem do naśladowania. Pokazywali mnie swoim dzieciom jako przykład sukcesu i dowód na to, że warto się uczyć, zapieprzać dniami i nocami, by mieć więcej i więcej. A potem, jeszcze więcej. No odrobinkę.

Nikt nie widział, że moja gonitwa zasypuje kompleksy i deficyty, jest sposobem na prezentowanie się idealnym w całkowicie nieidealnych warunkach. Chora psychicznie matka, ojciec z próbą samobójczą, drastyczne sceny dorosłych na oczach dzieci. To był główny powód by pokazać światu, że jestem „kimś” więcej, niż tylko skrzywdzonym (wówczas) dzieckiem. Dziś to mój dar i zasób, najwartościowsze doświadczenia. Wtedy był to wstyd i przekleństwo. Paradoksalnie jednak to dzięki tym kompleksom osiągnąłem wielki sukces (w znaczeniu prestiżowym, tytularnym, jak i materialnym) .

Nikt natomiast mnie nie pytał: czy jesteś dzięki tym sukcesom (albo, co byłoby lepsze, pomimo ich) szczęśliwy? Nikogo nie interesowało, czy czuję się jak ryba w wodzie z tym co robię, czy czuję się wartościowy i kocham siebie, czy w pełni akceptuję siebie, swoje życie i wybory, których dokonałem? Ego miało się świetnie. Ja gorzej.

Spirala

Byłem człowiekiem sukcesu i towarzyszyła mi pustka, napięcie, brak luzu. Bywało, że zdradzałem swoje partnerki. Również te co do których deklarowałem miłość i z którymi relacja wydawała się być trwała – na całe życie. Byłem agresywny, wręcz przemocowy słownie. Towarzyszył mi zespół zależności alkoholowej. Każdego wieczora po pracy kończyłem na co najmniej dwóch lub trzech piwach, a częstokroć na trunkach o wiele mocniejszych. Klienci nie szczędzili wysokoprocentowych dowodów wdzięczności. Zasługiwałem na nie. Paliłem ogromne ilości tytoniu, w skrajnym okresie dwie paczki papierosów dziennie. Miałem tendencje do uzależniania się: od alkoholu, kobiet, seksu, tytoniu, jedzenia, a potem wydawania pieniędzy, które z tak ogromnym wysiłkiem zarabiałem. Nie miałem czasu na przyjemności, więc jedyną dostępną była możliwość wydania określonej ilości gotówki. Cud, że nie trafiłem nigdy do kasyna.

Impulsy, wnioski

Wnioski – jakkolwiek oczywiste – nie przychodziły same. Jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały na to, że szczęście – w moim przypadku – z sukcesem nie ma nic wspólnego. Przez wiele lat rozkładałem kostki domina z etykietą „sukces”, aby dojść do momentu, w którym jednym, delikatnym i subtelnym muśnięciem palca cała ta misterna układanka zaczęła się walić. Kosteczka po kosteczce.

Impulsem była książka mojego pierwszego Mistrza, który uważa, że nie jest mistrzem. Po niej druga, kolejna, aż doszedłem do fascynacji rozwojem osobistym, coachingiem i ludzkim umysłem. Zrozumiałem, że jestem kłamcą oraz że ofiarą moich kłamstw jestem ja sam. Zaawansowany kurs coachingowy, rozpoczęcie pierwszy raz w życiu samodzielnej pracy nad sobą, nie pozostawiły mi złudzeń. Wszystkie zdobycze materialne okazały się mało warte, wobec zaniedbań w moim własnym życiu wewnętrznym i rozwoju osobistym.

W ten sposób cały mój misterny, wieloletni plan, zaczął się walić, a ja odzyskiwałem siebie i zdolność postrzegania rzeczywistości. Zobaczyłem drzewa, kwiaty, zagubienie ludzi na ulicach, pory roku, panoramiczne widoki wzdłuż kluczowych polskich dróg krajowych. Niedowierzałem, że przez tyle lat widziałem tylko asfalt i problemy z wczoraj oraz te na jutro. Nigdy nie byłem „dziś”.

Nauczyciel

Świat zewnętrzny stał się moim nauczycielem. Świat wewnętrzny potrzebą. Poczułem się jak ogromny lodowiec, który stopniowo i bardzo powoli przesuwa się w stronę słońca. Z każdym dniem, godziną, sekundą, zacząłem przybliżać się do samego siebie. Lód się topił, kruszał, a ja pokazywałem się światu w coraz to czystszej odsłonie. Bez kłamstw. Bez masek. Z jednej strony uczyłem się na nowo dostrzegać świat i jego piękno. Z drugiej rozumieć siebie, swoje potrzeby, pragnienia i duchowość. Uczę się dalej. Już nigdy nie przestanę.

Zrozumiałem w końcu, że zaspokojenie moich potrzeb i osiągnięcie szczęścia jest tylko w jednym miejscu – we mnie, a moje ciało jest sygnalizatorem, który na zmianę wyświetla trzy kolory: czerwony, zielony i pomarańczowy (czy też żółty). I w ten sposób jedynym sukcesem jaki mogłem i chciałem w życiu osiągnąć, był (jest) sukces polegający na odnalezieniu siebie w sobie, sensu swojego życia, wewnętrznej prawdy na swój temat i udzieleniu pomocy wszystkim tym, którzy znaleźli się w swoim życiu w podobnej sytuacji, na podobnych rozdrożach. Postanowiłem w życiu dobrze się bawić. W pracy i w czasie wolnym. Tak między innymi powstał tekst, który dziś czytasz i wszystko to co piszę każdego dnia dla siebie i innych.

Samo życie

Czego mnie to wszystko nauczyło? Sukces, który tak mocno jest nam wpajany w czasie wychowania, w mediach, w systemie edukacyjnym, reklamach, nie prowadzi (z reguły) do szczęścia. Ścigamy się z innymi, zamiast zrozumieć, pokochać i pojednać się z sobą, swoją unikatową osobowością i historią. Ulegamy złudzeniu, że osiągnięcie celu (które z natury w znaczeniu skutku jest krótkotrwałe), a tym samym sukcesu, da nam szczęście. Sukces zaś jest ulotny.

Wejście na Mount Everest, jak i odczytanie pozytywnego wyniku dowolnego (jakiegokolwiek) egzaminu, trwa jedną lub co najwyżej kilka chwil, pomiędzy którymi rozgrywa się prawdziwe, codzienne życie. I to w nim – a nie w tych krótkich, ulotnych, chwilach sukcesu – znajduje się kwintesencja życia. Porównaj czas wspinaczki, do czasu osiągnięcia szczytu, czas edukacji, do czasu radości z dyplomu. To wszystko prowadzi do wniosku, iż sukcesem najprawdopodobniej jest samo życie. Zdolność dostrzegania i doceniania jego chwil, jest wszystkim czego potrzebujemy, o ile tylko przestaniemy się okłamywać, że sukces (pokonanie kolejnego etapu w dowolnej dziedzinie) da nam szczęście.

projekt lotos (4)
projekt lotos (4)

Obecność

Ten kto robi to co kocha, osiąga sukcesy bez wysiłku i nigdy o sukcesy nie zabiega. Mają dla niego wtórne znaczenie, bowiem szczęście osiąga zanim osiągnie sukces. Jest to szczęście wynikające z obecności i radości wykonywania tego, co się kocha. Taki „człowiek sukcesu”, nie potrzebuje do jego osiągnięcia niczyjej aprobaty, oceny czy tabliczki potwierdzającej zdolności lub kompetencje. On sam dla siebie jest najlepszym uczniem, mistrzem, egzaminatorem, świadectwem i dyplomem. I jego stan psychofizyczny, jest wystarczającym kryterium oceny własnego dobrostanu, o który dba w każdej chwili. Chwili, a nie każdego dnia.

Bo dla niego liczy się przede wszystkim tu i teraz; ta właśnie chwila. I tylko w takiej sytuacji widzę sukces, co nie oznacza, że odbieram Ci prawo, do postrzegania go w zupełnie inny sposób. Ważne jest, byś jednak go poszukiwał wewnątrz siebie, bo z mojego doświadczenia wynika, że tylko tam możesz go znaleźć.

Tekst jest fragmentem książki „Kłamstwa”.

Adam Sornek
________________________________________________________

więcej od Adam Sornek: http://coaching.sornek.pl

a także http://facebook.com/adamsornekcoach/

_________________________________________________________

zobacz inne wpisy Projekt Lotos: http://blog.bennewicz.pl/projekt-o-nazwie-lotos/

a także http://blog.bennewicz.pl/projekt-o-nazwie-lotos-katarzyna-zemla/

oraz http://blog.bennewicz.pl/projekt-o-nazwie-lotos-ania-lipko/

_________________________________________________________

zapraszamy również na http://coachingdao.pl

oraz na http://instytutbennewicz.pl

Projekt Lotos – Adam Sornek
5 (100%) 2 votes

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.