Projekt Lotos

Miłość - Marta K.

Projekt Lotos – Miłość – Marta K.

Barcelona – szalona noc

Październik 2013- byłam z koleżanką w Barcelonie na kilkudniowym wyjeździe. Zwiedzałyśmy, dużo chodziłyśmy, jadłyśmy, to był niesamowicie przyjemny czas. Przedostatniego wieczoru poszłyśmy na kolację a ja bardzo chciałam namówić koleżankę do pójścia na imprezę, ponieważ uwielbiam tańczyć i pomyślałam sobie, ze Barcelona – bez chociaż jednej imprezy, to jakiś emerycki wyjazd.

Weszłyśmy do jakiegoś irlandzkiego pubu, gdzie grali muzykę na żywo, stałyśmy, śpiewałyśmy z tłumem, było cudownie. W pewnej chwili zaczepił mnie mężczyzna, wyglądał na kogoś w podobnym wieku, mial piękny uśmiech i dobre oczy, mial na imię Henry i pochodził z Kanady, z Montrealu. Zaczęliśmy rozmawiać a jego kolega rozmawiał z moją koleżanką, choć ona chyba nie miała ochoty na ten kontakt i oznajmiła, że wraca do hotelu, ja stwierdziłam, że zostanę i zostaliśmy we dwoje- Ja i Henry. Poszliśmy dalej na imprezę, tańczyliśmy, śmialiśmy się, spacerowaliśmy do rana, odprowadził mnie do hotelu około 5, całowaliśmy się jak szaleni przed wejściem do hotelu.

On nie mial telefonu, wiec zaproponował, żebym zapisała jego numer, bo następnego dnia mieliśmy się na chwilę spotkać przed jego wyjazdem, za miesiąc mieliśmy się spotkać w Paryżu, ponieważ miał być w Europie. Pożegnaliśmy się. Wpadłam do pokoju, zapaliłam światło, obudziłam koleżankę i powiedziałam, że się zakochałam i że Henry jest miłością mojego życia oraz, że za miesiąc spotkamy się w Paryżu. Koleżankę niezbyt to wzruszyło, zapewne nie była zadowolona z przerwanego snu, wiec nakazała mi iść spać. Położyłam się.

Barcelona – ból głowy

Wstałam ok 13 z wielkim bólem głowy (trochę za dużo wina), zaczęłam odtwarzać poprzedni wieczór i przypomniałam sobie, ze mieliśmy się spotkać, ale nie wiedziałam gdzie. Sięgnęłam po telefon aby zadzwonić do Henry’ego a tam, w Blackberry, zamiast cyferek – literki! Pomyślałam sobie – całe szczęście w Blackberry jedna litera to jedna cyfra, zapisałam numer, dzwonię – „nie ma takiego numeru”… dzwonię jeszcze raz- to samo. Koleżanka skwitowała – „Na pewno podal Ci zły numer”.

Wkurzyłam się, nie wierzyłam. Sprawdziłam w internecie jak wyglądają kanadyjskie numery i już zauważyłam, że wpisałam o jedną cyfrę za duzo… tylko nie wiedziałam którą, próbowałam różnych kombinacji i nic. Wróciłam do domu, nie moglam zapomnieć o nim. Szukałam wszędzie. Znałam jego imię, miasto, wiek, zawód (ale to, co wiedziałam było bardzo ogólne – na zasadzie „nauczyciel”), nie znałam firmy, nazwiska, nic więcej.

Odnaleziony

Szukałam go na setki sposobów, których nie bedę opisywać, bo zajęłoby to ze dwa wpisy ;) wreszcie znalazłam! Dokonałam niemożliwego. Pomógł mi też kolega- w znalezieniu nazwiska i tak znalazłam go na Twitter (specjalnie założyłam konto), napisałam. Długo nie odczytywał, ale pewnego dnia odpisał a ja nie moglam w to uwierzyć. Pisał, że też mnie szukał w Barcelonie, ale musiał wracać i wiele innych pięknych rzeczy. Okazało się, że numer podał mi dobry, ale jedna z środkowych cyfr była moją pomyłką. W Święta Bożego Narodzenia przestał pisać. Napisałam do niego jeszcze raz, ale nadal nie odpisywał, więc w wielkim smutku i rozpaczy przełknęłam te wszystkie emocje i szłam dalej

Wielka Miłość – trójkąt

Kilka tygodni później poznałam Jego, miłość od pierwszego wejrzenia, szybko razem zamieszkaliśmy. Było nieziemsko, rozumieliśmy i czuliśmy się bez słów, coś nieopisanego! Było tylko jedno ale – od samego początku – jego była żona, z którą, do dziś z resztą, prowadzi firmę. Powiedział, że mają bardzo dobre relacje, wiec uznałam to za fakt. Faktycznie były dobre – aż za dobrze, ale ja jestem tolerancyjna, więc przecież sobie poradzę. Nie z takimi rzeczami sobie radziłam.

Nasze życie przeplatały cudowne uniesienia miłości i wielkie kłótnie o Nią. Jego najlepszą przyjaciółkę, która była obecna w każdej chwili naszego życia. Nie mogłam tego pojąć. Ciągle jak mantrę powtarzałam, że Ona jest dla niego najważniejsza, a on powtarzał, że to nie prawda i że to mnie kocha – nie Ją, ale ja widziałam, że jego słowa nie są spójne z czynami. Na mojej drodze stanął On i Ona – stworzyliśmy trójkąt dramatyczny, w którym każdy odgrywał swoją wyuczoną, nieświadomą rolę.

rozstanie
rozstanie

Rozstanie

Paradoksalnie w żadnym wcześniejszym związku nie czułam się tak kochana i tak odtrącana jednocześnie. On mówił mi piękne rzeczy i wielbił pod niebiosa a następnego dnia twierdził, że Ona jest jego najlepszą przyjaciółką i nigdy z niej nie zrezygnuje.

Po prawie 4 latach wspólnego życia, również naszych rodzin, On powiedział, że zmęczył się udowadnianiem tego, że mnie kocha oraz tym, że Ja nie akceptuje Jej….Świat mi się zawalił, poczułam, jakbym umarła…. Nikt nigdy wcześniej nie zrobil mi tego! To zawsze ja decydowałam o rozstaniu, zapewne na wszelki wypadek. Ale tym razem to On zadecydował i wyrwał mi serce z piersi. Nie moglam uwierzyć, że można się zmęczyć kochaniem kogoś…. A może można? Nie, to niemożliwe…

Już wtedy byłam po kursie mentora i rozpoczęła się moja podróż, zaczęłam nieco inaczej patrzeć na świat, ale raczej wierzyłam, że mam siłę, aby jednak dalej to wszystko budować, a raczej naprawiać, łatać… nie było szans, to już były zgliszcza. Wtedy jednak nie do końca rozumiałam co się stało i co to dla mnie oznacza, tak naprawdę – dla mnie świadomej.

Pilot z Kanady – zmiana

Na początku tego roku, kiedy sądziłam, że już jestem gotowa na nową znajomość, poznałam pewnego pilota z Kanady, który był w Polsce na kontrakcie. Opowiem o jednym kluczowym zdarzeniu, które głęboko rozpoczęło mój proces zmiany, oczyszczania i uzdrawiania.

To był pierwszy zjazd kursu Coacha – wiosna 2018. Między innymi rozmawialiśmy o integracji cienia, o tym jak próbujemy dostarczyć sobie miłość z zewnątrz i wiele innych tematów. Miałam spotkać się z Pilotem w piątek, przyleciał skądśtam, ale lot się opóźnił, więc przełożył na następny dzień. Następnego dnia byliśmy umówieni na wieczór, znów przełożył na kolejny dzień. Trochę mnie to zdenerwowało, ale przyjęłam.

Niedziela, jesteśmy na łączach, piszę, że jadę do domu, on że będzie o 18.30. Czekam i nic. O 18.50 on odwołuje. Ja wybucham płaczem, bo właśnie w tej sekundzie dociera do mnie to, o czym przed chwilą rozmawialiśmy na kursie! O tym, że nikt nas nie napełni, jeżeli sami nie czujemy się pełni! Poczułam to jak nigdy wcześniej, dotknęłam dokładnie tej emocji, dokładnie tej pustki i swojej cząstki miłości jednocześnie.

Następnego dnia się spotkaliśmy. Jednak kolejnego dnia moje ciało zaczęło chorować, miałam infekcję wszystkiego, łącznie z oczami! Wiedziałam, że to nie jest kwestia bakterii czy wirusów, ale mojego ciała, które daje mi sygnał, że to już ten moment, że już dość! Że teraz czas pokochać siebie, tak naprawdę i głęboko. Zawsze wydawało mi się, że tak jest, że miłość do siebie samej jest kluczem ale zapomniałam o tym…. Tego dnia poczułam, że się myliłam oczekując, że ktoś mnie napełni miłością,

Proces i integracja

Na pierwszym zjeździe kursu coacha opowiadaliśmy również o jednosekundowych decyzjach, a ja, z jakiegoś powodu, obok historii o Henrym i o tym, jak w czasie jednej sekundy zdecydowałam, że zostaję w tym pubie z nim, opowiedziałam również historię o moim ojcu a następnie o moim wołaniu o miłość, kiedy to sama nauczyłam się jeździć na rowerze, w nieświadomej nadziei, że ktoś to zauważy i mnie pokocha. Przypadek….? No jasne, że nie…..

Proces mojego uzdrawiania zaczął się właśnie tamtego dnia i trwa nadal. Każdy zjazd był magicznym doświadczeniem, ale zjazd drugi był też bardzo metafizyczny w swoim wymiarze i symbolach, już wtedy poczułam, ze zaczyna się integracja na głębokim poziomie, energii męskiej i żeńskiej, miłości od ojca i od matki, bo w połowie jesteśmy od jednego i od drugiego rodzica. Zaczęłam od mamy, ponieważ żyje i jest mi bliska. Ten proces jest osobną, długą historią, ale postanowiłam napisać o tacie, ponieważ to jest moment i dzień, w którym wysyłam ten post, jako działanie, które jest dopełnieniem myślenia i odczuwania siebie.

Powrót Henry’ego i rower

Integracja miłości z mamą dała mi dalsze wskazówki do odbierania sygnałów, które doprowadziły mnie tutaj, gdzie dzisiaj jestem. Pisząc o integracji, mam na myśli zrozumienie i odpuszczenie. Pilot był jednym z wielu synchronicznych sygnałów powrotu Henry’ego do mojego życia, które przychodziły do mnie na przestrzeni miesięcy, również w snach.

Niedawno, siedząc w pracy, zobaczyłam na telefonie powiadomienie – zaproszenie do znajomych na LinkedIn, to był Henry! Mężczyzna poznany w Barcelonie. Po prawie 5 latach znów pojawia się w moim życiu! W takim jego momencie! To wielki znak, bo właśnie teraz dzieją się w moim życiu niesamowite rzeczy i wielkie przemiany. To nie może być prawda….! A jednak! Zaczęliśmy pisać o sobie, o tym co się działo przez te wszystkie lata. On mi wyznał wiele cudownych rzeczy, ja jemu też i poczułam niesamowitą magię. Jedyne czego brakowało w tym wszystkim, to realnego doświadczenia (na moja sugestie odnośnie spotkania nie było odzewu).

Piękne pisanie i cudowne emocje, które się pojawiały, nie mogą zastąpić realnego doświadczenia! Mowię o tym moim wszystkim klientom i kiedy po raz setny usłyszałam to na prezentacji książki Macieja, czyli jak zwykle: kołczing – srołczing gadany nie działa! Trzeba klienta wsadzić na rower! To właśnie wtedy poczułam, że coś w tym wszystkim jest nie tak. Henry zaczął znów się jakby wycofywać i to mnie zaczęło niepokoić i pojawiło się mnóstwo różnych emocji, one wróciły.

Tata – poczucie winy

Właśnie dlatego zmiana nie zachodzi od samego mówienia czy myślenia, kluczowe jest działanie, a raczej połączenie tego wszystkiego! Wiele razy w myślach powtarzałam, że wybaczam mojemu tacie, że go kocham i że rozumiem, iż nie umiał inaczej. Ale to nic nie dało. Teraz już wiem, że brakowało działania. Świadomego działania. Takiego, które pozwoli mi uwolnić się od poczucia winy, które towarzyszy mi przez większość życia, od momentu, gdy jako około dziewięcioletnia dziewczynka powiedziałam tacie, że ma do nas nie dzwonić, gdy jest nietrzeźwy.

I nie dzwonił ani też nie przyjeżdżał, poza kilkoma „przypadkowymi” sytuacjami.  Bałam się działać w sposób zgodny ze sobą, ponieważ bałam się straty. W każdym kolejnym związku z mężczyzną dokładnie tak było. Ze związku na związek uczyłam się tego, rozmawiałam otwarcie, ale z działania nici, bo cały czas tak bardzo podświadomie bałam się straty i odrzucenia. Tylko mówiłam, zamiast działać tak jak chciałam działać.

połączenie
połączenie

Połączenie

Henry jest dla mnie tym działaniem, takim, które potrzebuję wykonać Ja. A raczej jednym z działań, acz bardzo ważnym. W przypływie tych wszystkich emocji, szczególnie lęku, który się pojawił w momencie jego wycofywania, nie bardzo wiedziałam co zrobić. A raczej pierwszym moim odruchem była chęć wejścia w stary schemat, czyli uruchomienie cierpienia porzuconego przez rodzica dziecka i wszelkich zachowań, które mogą takiej postawie towarzyszyć, łącznie z poczuciem winy, że pewnie to ja zrobiłam czy też powiedziałam coś niewłaściwego. Napisałam już na brudno wiadomość, ale jej nie wysłałam.

Już teraz uważnie przyglądam się temu, czemu stawiam opór, bo teraz jestem świadoma i doświadczam tego, że to, czemu stawiam opór, jest oporem przed wejściem w niedziałający już wzorzec, mój konektom (sieć neuronalna) już zaczął się przebudowywać i nie chce korzystać ze zużytych wzorców. Czasem jednak jest sygnałem oporu przed czymś nowym, nieznanym, ale być może dobrym dla mnie.

Już teraz wiem też, że Henry pojawił się moim życiu, abym mogła pozwolić mu zostać tam, gdzie jest, ale bez żalu, pretensji czy złości. Z miłością i akceptacją. Dokładnie tak, jak to poczułam odwiedzając grób mojego taty ostatnio. Weszłam na cmentarz, mijałam duże kosze na śmieci, które były wypełnione po brzegi. Na mojej drodze leżała czerwona reklamówka. Pomyślałam, że powinnam ją podnieść i wyrzucić, bo przecież leży właśnie na mojej drodze. Jak pomyślałam, tak zrobiłam.

Poszliśmy na grób, zapaliliśmy świeczkę, przywitaliśmy się, pożegnaliśmy i udaliśmy się w stronę wyjścia. Przechodziliśmy obok tych samych śmietników a ja zobaczyłam, że reklamówka, którą przed chwila upchnęłam na siłę do kosza, leżała znów na chodniku, ale już zupełnie dalej, z boku, totalnie nie było mi po drodze, aby ją podnieść. Zostawiłam ją tam, gdzie wyfrunęła. Pomyślałam wtedy, że widocznie tam jest jej miejsce. Tak, jak miejsce mojego taty jest już gdzieś w przestworzach a Henry’ego być może gdzieś równie daleko.

Poczułam wyraźnie, że Henry jest jak moja niespełniona miłość, jak miłość do ojca. Rownież taka, której fizycznie nie doświadczam, ale to wcale nie znaczy ze jej nie ma! Poczułam, że czas i to odpuścić.

Odpuszczenie

Poczułam też, że to niczyja wina, że jest jak jest, każdy zrobił tak, jak umiał na tamten moment i na pewno był to właściwy moment. Czasem ktoś musi odejść z naszego życia dla naszego dobra. Jak coś się kończy, to się kończy. Nie trzeba się tego kurczowo trzymać, a ja chciałam się trzymać Henry’ego niczym taty, bo cały czas moje ciało pamiętało to ogromne poczucie winy i ogromną odpowiedzialność za to co się stało. Potrzebowałam też poczuć te wszystkie emocje po raz kolejny, żeby je zrozumieć i doświadczyć w sposób świadomy a następnie odpuścić.

Już wiem, że jego zachowanie i ucieczka z kontaktu wzbudziła we mnie uczucie małej dziewczynki, która pragnie wreszcie zaznać miłości ojca. Zrobi wszystko aby ją dostać, nauczy się jeździć na rowerze, bez niczyjej pomocy, aby tylko zasłużyć na miłość. Ale dzisiaj już umiem jeździć na rowerze, codziennie uczę się kochać siebie i nie będę wpychać na siłę do kosza nie swoich śmieci.

Nie uciekam też ze strachu, jak wtedy, gdy miałam 19 czy 20 lat i zobaczyłam tatę z jakąś kobietą w supermarkecie, a nie umiało mi przejść przez gardło „cześć tato”. Napisałam Henry’emu bardzo osobistego maila, właśnie dzisiaj, takiego jak chciałam i byłam gotowa wysłać.Miał się pojawić właśnie teraz, kiedy potrafię to przyjąć, pobłogosławić i oddać. Tak też zrobiłam.

Proces i przepracowanie

Jeśli coś jest w życiu na naszej drodze do przepracowania, to przyjdzie to do nas pod różnymi postaciami: upierdliwej sąsiadki, wrednego szefa, zdradzającego męża, fałszywej przyjaciółki. Wystarczy mieć oczy i serca otwarte i obserwować, bo każde relacje, w które wchodzimy, są dla nas informacją. Ja tego doświadczam i dokonuję wielkich odkryć i naprawdę uważnie obserwuję świat, bo wiem, że poprzez świat mówię sama do siebie.

Wiem również, że nie jesteśmy w stanie przebudować wzorca, najczęściej pochodzącego z rodziny, właśnie będąc w tej konfiguracji. Możemy to zrobić w innych relacjach, częściowo z pozycji obserwatora. Dlatego też robimy innym to, co nam zrobiono, aby zobaczyć w nich swoje własne emocje, porzucamy ich, przejawiamy agresję, ale też uśmiechamy się, otaczamy opieką, stosując mechanizm projekcji. Ludzie są dla nas lustrem naszych własnych doświadczeń.

Klucz do serca

Poczucie winy to jeden z moich najsilniejszych atraktorów (wiodących przekonań), które nazwałam i zaczynam przebudowywać, bo mam już teraz narzędzia do pracy. Atraktor nie jest ani tylko dobry, ani tylko zły. Czasem nam służy a czasem szkodzi. Wiem, że służy mi wtedy, kiedy biorę odpowiedzialność za swoje działania, za te, za które powinnam i mogę, ale nie muszę. W miejsce winy wbudowuję odpowiedzialność za swoje życie. Działam.

Kilka miesięcy temu wychodziłam do pracy i po powrocie zobaczyłam, że klucz od górnego zamka został w drzwiach. Wysunął się z gumowego uchwytu. Wtedy nie wiedziałam co to znaczy dla mnie. Wczoraj to się znów wydarzyło, właśnie dokładnie po warsztatach. Wtedy jedyne pytanie, na które nie umiałam sobie odpowiedzieć to: O co potrzebujesz zadbać, aby strzec klucz do swojego serca? Dzisiaj już wiem, że potrzebuję nieustannie otulać siebie troską i miłością oraz uważnością, aby nie zostawić klucza w zamku tak, by każdy przechodzący znajomy lub nieznajomy, mógł go sobie znów wziąć.

Niemal codziennie dostaję takie małe lekcje, które odrabiam, z różnym skutkiem i w różnych tematach. Ale wszystko nabrało takiego tempa, że jeśli moja praca domowa nie jest odrobiona jak być powinna, to zaraz dostaję nową. Tak, jakbym od nowa uczyła się chodzić, czasem się potykając, ale od razu wstaję i idę dalej sprawdzając co było przeszkodą. To jest coś niesamowitego!

Miłość i pasja

Wiem też, że jeśli robimy coś w życiu z miłością i pasją, to będzie to naszym największym świadectwem autentyczności i dzięki temu możemy robić rzeczy niemożliwe. To wszystko zapamiętał we mnie Henry i zapewne mój tata również a przede wszystkim wiem i czuję to Ja.

Postanowiłam napisać o miłości, bo to najważniejszy i zarazem najtrudniejszy dla mnie temat. Teraz staję się spójna, korzystając z zasobów, których mam nieskończoną ilość, bo przecież zawsze pomagały mi realizować się w pracy.

Każdy fragment tej opowieści dotyczy jakiejś osoby lub osób, dlatego, że każda z tych osób jest niesamowitą częścią mojej drogi do siebie. Bycie w zgodzie ze sobą to jednocześnie bycie w zgodzie z innymi, takie jest sedno miłości. Żyjemy w sobie i z ludźmi- poprzez ludzi określamy siebie w sobie, zupełnie jak kot Schroedingera – jest lub nie jest w zalezności od tego kto patrzy i jak patrzy.

Jestem wdzięczna wszystkim, których spotkałam na swojej drodze poprzez Instytut, każdemu z Was, tak właśnie miało być. Wiele waszych słów, gestów, emocji, było moimi wskazówkami i podpowiedziami, ja łączyłam i łączę kropki. Dziękuję Wam z całego serca, nawet nie wiecie jak dużo sobie od Was wzięłam. Jestem przede wszystkim wdzięczna sobie, że wybrałam się w tę piękną podróż.

Marta K.

_______________________________________________________________

zobacz także o Projekcie lotos

ostatnie o Projekcie lotos

zapraszamy również na coachingdao.pl 

oraz na stronę Instytutu Kognitywistyki

Projekt Lotos – Miłość – Marta K.
3.6 (72%) 5 votes

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.