Qi

ponoć prawdziwa fotografia prawdziwego ducha i to w welonie

Sporo ludzi wierzy w duchy. Chodzą na szkolenia, odkrywają ciała astralne, przyglądają się aurze, uczą się zaklęć i magicznych rytuałów.  Są też tacy, którzy poszukują niemierzalnej energii nazywanej ki, qi lub chi, maną albo praną. Ich zdaniem jest tak subtelna, że żadna aparatura fizyczna nie potrafi jej namierzyć. Oczywiście racjonaliści śmieją się w kułak twierdząc, że niczym się to nie różni od wiary w anioły, Ducha świętego i działania magii liczb, a psychiatrzy dodają, że tego rodzaju skłonność jest charakterystyczna dla osobowości obsesyjno-kompulsywnych.

Spór jest natomiast bezzasadny i kompletnie zbyteczny. Człowiek, który dostarczyłyby materialnego dowodu na istnienie duszy nie tylko otrzymałby nagrodę Nobla, a pewnie został był prorokiem lub co najmniej biskupem nowej religii, lub Naczelnym Empirystą Wszechczasów. Do tego czasu jednak wiara w duchy daje nadzieję na uzyskanie wpływu w obszarach, dziedzinach, sprawach, w których wpływ utraciliśmy. Zatem dzięki wszelkim magiom i magicznym rytuałom, tak usilnie uzasadnianym przez mistrzów w sposób niekiedy przesadnie racjonalny, zyskujemy poczucie wpływu i kontroli. Uzasadnienia? W nich pojawiają się wszelkie znane i opisane techniki wpływu od posłużenia się autorytetem, po regułę wyjątkowości i niedostępności, aż po wszelkie mechanizmy znane choćby z sekt jak: bombardowanie miłością, budzenie lęku i rekompensowanie go magicznym zyskami, integrowanie się przeciwko innym, którzy nie znają prawdy, przypisywanie przypadkom magicznego sprawstwa itd. Pozyskani dla magiczności nuworysze stają się często zagorzałymi zwolennikami danej magicznej dyscypliny z upodobaniem cytując tekst Szekspira [ten o granicach poznania]

praca z energią czy z latarką?

Racjonalnego dowodu nie ma i najpewniej szybko nie będzie. Jednak to, co służy lub szkodzi w magicznych obrzędach i energetycznych oczyszczalniach ma w pierwszym rzędzie związek z efektem placebo, czyli autosugestią. Przeklęci przez czarownika Zulusi umierają ze strachu lub z wycieńczenia biegnąc w sawannę dopóki nie padną (nocebo, negatywna sugestia i jej skutek). Racjonalni Europejczycy zdrowieją pod wpływem pastylek z fruktozą i obecności prestiżowego lekarza (placebo i pozytywna sugestia). Jeśli techniki wpływu i sugestie uzupełnimy technikami hipnozy, to wpływ na klienta może być ogromny. Nie tylko ujrzy on aurę, ale poczuje się uzdrowiony, zarówno fizycznie jak i duchowo, co więcej, to uzdrowienie może być rzeczywiste dzięki osobistym siłom odpornościowym i układowi immunologicznemu. Duch zatem może być użytecznym konceptem kosmologicznym, a jeśli ktoś tego potrzebuje, nawet bytem przenikającym przez ściany. Już Jezus mówił, że to wiara uzdrawiała kolejnych nieszczęśników, ale większość wolała wierzyć, że tak działa energia Wielkiego Maga.

Qi
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

3 komentarzy

  1. moze tak, moze zwlaszcza w necie jestesmy tylko duchami, a w realu, czy to nie jest to samo- ludzie o nas pamietaja, jak pamieta sie o duchu, starzy kuple, ludzie z rodzinnej wioski, dalsza rodzina, dawne milosci – dla nich przeminelismy: „a byl taki jeden, pojechal, nie pamietam kiedy wyjechal”
    w fizyce wszystko jest energia, a my to przeciez ciala fizyczne, realne dzieki makrofizyce ale juz w koncepcji kwantowej znikami do postaci nieustannie porzadkujacej sie energii,

  2. Nikt nie chce się podzielić cząstką swojego ducha? To ja mam tylko tu straszyć? Hello?

  3. Wierzymy w duchy, bo sami nimi jesteśmy. Nawet jeśli brzmi to tajemniczo i absurdalnie, to jeśli głębiej sie nad tym zastanowimy lub wejdziemy w świat ducha, to możemy odkryć skąd bierze się ta wiara i jak ją we własnym zyciu realizujemy.
    Literatura wierzy w ducha. Nie tylko romans gotycki, ale także nasz, polski, „poważny” romantyzm, od Mickiewicza, przez pisma jego młodszego kolegi „Króla Ducha”, aż nie-boski świat Zygmunta Krasińskiego.
    A czym jesteśmy my, pisujący po blogach? Duchami internetu. A czym są nasi wciąż kochani zmarli? Kościół, coraz bardziej laicki, wierzący w żywych i duchów obcowanie, obchodzi święto zmarłych (dlaczego nie święto duchów, albo nie „dziady”?)
    Wczoraj rozmawiałam z koleżanką buddystką na temat szitro. Jest to praktyka dla zmarłych. Zastanawiałyśmy się, czy można ją robic również w intencji dawno zmarłych osób. Bo „przepisowo” skutkuje najefektywniej podczas 48 dni po śmierci, ale żaden lama tybetański „nie zabrania” robienia jej w intencji zmarłych wcześniej. A więc? Monika pwiedziała–„no tak, przecież ja też jestem zmarła”, więc dlaczego ktoś nie mógł by mi pomóc ta praktyką? Brzmi absurdalnie? W świetle nauk buddyjskich chyba nie. Umieraliśmy juz tyle razy (buddyjskie bardo), przechodziliśmy przez te bramy Hadesu nie raz, więc…
    Zycie łaczy się ze śmiercią. W każdej niemal chwili. Ten świat jest duchowy, czy chcemy tego, czy nie. Czy to kosmologiczny koncept? Zapewne. Jak mówią lamowie—na głębszym poziomie i smierć jest „konceptem”.
    W dzieciństwie, młodości nie wierzyłam w duchy. Zakładałam się z dziewczynami o paczkę fajek i wchodziłam w nocy samotrzeć na cmentarz, one czekały pod bramą. Nigdy nie spotkałam tam żadnego ducha, sama tam straszyłam. Dziś nie jestem już tak wyzywająco odważna :)

Komentarze są wyłączone.