Sen Chavez

Chavez

I znowu miałem sen. Przyszedł do mnie Hugo Chavez, nie ma się z czego śmiać. Może to kwestia zmęczenia, wysokości, intensywności wrażeń w podróży, może tak działają Andy? Hacjenda, patio, popołudnie. Rozglądam się i nagle spostrzegam, że to ruiny inkaskiej twierdzy. Chavez rozsiadł się wygodnie w niszy w jakiej sadzano mumie Inki w czas świętych ceremonii. Do pasa miał przypięty wielki pistolet, nie znam się na broni, ale był to chyba kolt, z bębenkiem, długą lufą i drewnianą kolbą. Wyjął go, wysypał wszystkie naboje z bębenka, broń położył obok i odezwał się:

-Widzisz synu, ja jestem chory i długo już nie pociągnę, Fidel jest niedołężny, a Raul, jego brat, stary i tchórzliwy, zawsze był w cieniu Fidela. Facet bez jaj.  Evo Marales*  jest miękki i sam nie wie dokąd zmierza, a  Ollanta*  zwąchał się z burżuazją, zdrajca. Lula* , ten stary łajdak, oddał władzę kobiecie, a co zrobi kobieta z taką władzą, nie wiadomo? Twoja Europa zdycha, Ameryka Obamy udaje, że nie zdycha, ale zdechnie, w Iranie Ahmadinedżat*  za chwilę przegra z brodatymi ajatollahami. Synu, tacy jak ty, białasy z obrzeża Europy, muszą się zaangażować – Chavez upił łyk piwa z kukurydzy.

-Zaskoczony całą sytuacją odezwałem się uprzejmie: – Z całym szacunkiem señor Presidente, ale moja rodzina wiele wycierpiała od komunistów i między innymi dlatego jestem ostatnią osobą, która popiera socjalistyczne poglądy, a tym bardziej wymienianych przez pana polityków.  Oprócz tego Polska nie jest żadnym obrzeżem.

– Nie chodzi o socjalizm – chrząknął Chavez – socjalizm to takie samo gówno jak kapitalizm, przecież mówię wyraźnie, chodzi o zaangażowanie się. Wy, Polacos zrobiliście rewolucję bez ognia i krwi, s o l i d a r n o s t. Tego nam potrzeba s o l i d ar n o s t. Człowiek tutaj przestał rozumieć co to jest wspólne dobro. Musisz mnie nauczyć waszej rewolucji zanim umrę, jak robić rewolucję bez rewolucji. Przyprowadź tu swoich i mnie naucz. Jesteście obrzeżem i na tym polega wasza siła.

– Señor presidente, to było 30 lat temu, a cała historia zaczęła się banalnie, od strajków z powodu podwyżek cen mięsa. Nikt już o tym nie pamięta, po za tym nie było żadnego sposobu, ani metody, raczej seria przypadków. W końcu,  dyktator, taki jak pan, proszę mi wybaczyć zbytnią asertywność, cały ten zryw zdusił przy pomocy wojska i milicji, a dzisiejsi Polacy są raczej wycofani, zajęci swoimi sprawami, gnuśni, nie w głowach im zmiana porządku świata, społeczne ideały i solidarność, zwłaszcza w Ameryce Południowej. Przyjeżdżają tu, bo jest stosunkowo tanio i egzotycznie, a butelka wódki kosztuje 10 złotych.

– W takim razie pozostaje nam tylko jedno – Chavez zeskoczył z niszy i wymierzył we mnie pistolet. W pierwszej chwili byłem spokojny, wysypał przecież kule, ale czy wszystkie? Twarz prezydenta gwałtownie stężała, jak kamienna maska. Padł strzał, lecz z lufy, zamiast kuli wypadł…

I wtedy się obudziłem :)

________________________________

 * Evo Morales: Prezydent Boliwii, pierwszy Indianin na tym stanowisku, działacz związkowy  o skrajnie  lewicowych poglądach, polityczny przyjaciel Chaveza
  * Ollanta Humala: Prezydent Peru, początkowo prezentujący lewicowy, postępowy program, dzięki, któremu wygrał wybory, obecnie stronnik wielkich potentatów finansowych Peru
 * Luiz Inácio Lula da Silva: charyzmatyczny prezydent Brazylii, początkowo w dobrych stosunkach z Chavezem, po nim objęła urząd prezydencki była minister w jego rządzie – Dilma Rousseff
  * Mahmud Ahmadineżat: Prezydent Iranu startujący na kolejną kadencję, w nieoczekiwanej opozycji do wpływowych ajatollahów, przyjaciel polityczny Chaveza

Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

5 komentarzy

  1. O matko a ile można walczyć? Ja bym tak chciała, żeby ta Polska sobie tak odetchnęła, wyluzowała….. Żeby tak ludzie sobie jeździli po świecie, poznawali różne kultury ale w pokojowy sposób, a nie od razu ze spluwą i ideologią. Wcale nie uważam, że Polacy są wycofani, dopiero teraz mogą coś ze swoim życiem robić, jedni wyjeżdżają szukać dla siebie lepszego miejsca, inni się uczą, jeszcze inni nic nie robią….. Wystarczy naszego hymnu posłuchać, myśmy już się nawojowali…..

  2. Solidarność w imię przyszłości człowieka i ludzkości.
    Wezwanie mórz spotyka się z losami wszystkich ziem zamieszkanych. Nie tylko rozdziela te ziemie i utrzymuje w oddali, w odległości – ale także łączy.

    Tak. Morze mówi człowiekowi o potrzebie szukania się nawzajem. O potrzebie spotkania i współpracy. O potrzebie solidarności. Międzyludzkiej i międzynarodowej. Jakże doniosły jest fakt, że to właśnie słowo „solidarność” zostało wypowiedziane tutaj, nad polskim morzem. Że zostało wypowiedziane w nowy sposób, który równocześnie potwierdza jego odwieczną treść.

    Czyż przyszłość człowieka na całej ziemi, pośród wszystkich lądów i mórz nie przemawia za potrzebą tej właśnie treści? Czy świat – wielka i stale rosnąca rodzina ludzka – może trwać i rozwijać się wśród rosnących przeciwieństw Zachodu względem Wschodu? Północy względem Południa? A tak właśnie jest podzielony i zróżnicowany nasz współczesny świat.

    Czy przyszłość, lepsza przyszłość, może wyrosnąć z narastania różnic i przeciwieństw na drodze wzajemnej walki? Walki systemu przeciw systemowi, narodu przeciw narodowi – wreszcie: człowieka przeciw człowiekowi!

    W imię przyszłości człowieka i ludzkości trzeba było wypowiedzieć to słowo „solidarność”. Dziś płynie ono szeroką falą poprzez świat, który rozumie, że nie możemy żyć wedle zasady „wszyscy przeciw wszystkim”, ale tylko wedle zasady „wszyscy z wszystkimi”, „wszyscy dla wszystkich”.

    To słowo zostało wypowiedziane tutaj, w nowy sposób i w nowym kontekście. I świat nie może o tym zapomnieć. To słowo jest Waszą chlubą, ludzie polskiego morza. Ludzie Gdańska i Gdyni, Trójmiasta, którzy żywo macie w pamięci wydarzenia lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Nie możemy w świecie współczesnym iść dalej naprzód, popędzani imperatywem zawrotnych zbrojeń, bo to oznacza perspektywę wojen i samozniszczenia. Właśnie: nie tylko wzajemnego zniszczenia. Zbiorowego samozniszczenia.

    I nie możemy iść dalej naprzód – nie może być mowy o żadnym postępie, jeżeli w imię społecznej solidarności nie będą respektowane do końca prawa każdego człowieka. Jeżeli nie znajdzie się w życiu społecznym dość przestrzeni dla jego talentów i inicjatywy. A nade wszystko dla jego pracy.

    Tu, nad brzegiem Bałtyku, wypowiadam więc i ja to słowo, tę nazwę „solidarność”, ponieważ należy ono do stałego przesłania społecznej nauki Kościoła. W tym duchu przemawiali ojcowie i teologowie. Stąd się zrodziły encykliki społeczne ostatniego stulecia, a w czasach ostatnich nauczanie Soboru oraz obu współczesnych papieży, Jana i Pawła, między innymi również Janowa Encyklika o pokoju Pacem in terris.

    Solidarność musi iść przed walką. Wówczas ludzkość może przetrwać. I może przetrwać i rozwijać się każdy naród w wielkiej ludzkiej rodzinie. Bo co to znaczy solidarność? Solidarność to znaczy sposób bytowania w wielości ludzkiej, na przykład narodu, w jedności, w uszanowaniu wszystkich różnic, wszystkich odmienności, jakie pomiędzy ludźmi zachodzą, a więc jedność w wielości, a więc pluralizm, to wszystko mieści się w pojęciu solidarności. Sposób bytowania ludzkiej wielości, mniejszej lub większej, całej ludzkości poszczególnego narodu bytowania w jedności godnej człowieka.

    Powiedziałem: solidarność musi iść przed walką. Dopowiem: solidarność również wyzwala walkę. Ale nie jest to nigdy walka przeciw drugiemu. Walka, która traktuje człowieka jako wroga i nieprzyjaciela – i dąży do jego zniszczenia. Jest to walka o człowieka, o jego prawa, o jego prawdziwy postęp: walka o dojrzalszy kształt życia ludzkiego. Wtedy bowiem to życie ludzkie na ziemi staje się „bardziej ludzkie”, kiedy rządzi się prawdą, wolnością, sprawiedliwością i miłością.

    Kiedy przed rokiem byłem w Indiach, podszedł do mnie niespodziewanie wnuk wielkiego Mahatmy Gandhiego i powiedział mi: „Dziękujemy ci za twoją Ojczyznę, za Polskę”. Dlaczego tak powiedział wnuk niestrudzonego obrońcy praw człowieka i niepodległości swojego olbrzymiego narodu? Nie pytałem o wyjaśnienie, nie zdążyłem nawet, w tłumie. Jednakże czuję potrzebę podzielenia się tymi słowami z wszystkimi w Polsce – one są do nas wszystkich powiedziane – a zwłaszcza z Wami, ludźmi morza, bo Wy chyba najlepiej znacie drogę do Indii.

    Przybywając tutaj, nad morze, do Gdyni i Gdańska, miałem głęboką powinność powiedzenia tego wszystkiego, przeprowadzenia tej podstawowej analizy. Myślę, że nawet gdyby ten papież, który przybył do Was, nie był Polakiem, też musiałby to uczynić. To tak ważne zagadnienie.

    Fragment przemówienia papieża Jana Pawła II do ludzi morza. Gdynia, 11 VI 1987 r., nr 3-4.

  3. Padł strzał, lecz z lufy, zamiast kuli wypadł… motyl o skrzydełkach pawia z Peonu na Szpitalnej w Krakowie, wzleciał nad głowę Macieja, okrążył go trzy razy i uniósł się nad lasy tropikalne zmieniając wszystko, co piękne w jeszcze strojniejsze i barokowo bujniejsze, w Egipcie zatrzymał się przy pustym śmietniczki jako ocierający się Kot – Pan Kot z Wielkiego Wiersza. Po kocim grzbiecie pocałował jako puma pocałował śliczna grzywiastą lwicę gdzieś niedaleko ogrodu Chaveza. Ciesząc się samym swym istnieniem i tą iście Behemocką sonatą :-) A wtedy dojrzał cierpiącego człowieka w Jemenie. Drgnęło w nim wszystko. Rozejrzał się i jako…

  4. Myślę, że Polacy mają w genach „zaangażowanie”. Różnica polega na uaktywnieniu tej cechy. Młodzi jak widać po ACTA, dość sporą. Starszym tak jak Pan mówi wycofanie jest w głowie. Wspólne dobro, to jest to…
    A może My swoje „zaangażowanie” dzisiaj definiujemy inaczej?
    Mógł Pan oczywiście odpowiedzieć Hugo Chavezowi jak Juan Carlos…

  5. mógłby więcej nauczyć się od Czechów. Podziwiałem ich że udało im się przeprowadzić aksamitna rewolucje i rozdzielenie od Słowacji tak pokojowo.

Komentarze są wyłączone.