Smacznego!

Miró
Miró

Podsumowania, rankingi, testy, foto-quizy, dziesięć zdjęć roku, sto zdjęć roku, sześćdziesiąt tekstów roku, człowiek roku, polityk, sportowiec, samorządowiec, gospodyni wiejska, dziecko roku, kobieta roku, mężczyzna, mężczyzna leworęczny, piosenkarz, piosenka, książka, artysta muzyki pop, artysta rockowy, artysta jazzowy, plakat roku, pomyłka roku, przegrany roku, dziesięć najlepszych banków zdaniem klienta, trzy najlepsze firmy  zdaniem banków, trzy najgorsze banki zdaniem firm, najszybszy Internet, najwyższa stopa wzrostu, najwyższy pomnik Jana Pawła, najstarsze buty Franciszka, najlepiej sprzedający się samochód popularny, elektryczny samochód luksusowy, najsłynniejszy zegarek, romans, mezalians, fitness, budynek, pokój hotelowy, największa klapa filmowa, muzyczna, aktorska, sportowa, największa afera, zbrodnia, mord masowy, epidemia, najdłuższy tunel, przemówienie, cukierek, bagietka, największa pizza, najwyższa temperatura…

Mamy zapamiętywać skrajności. Wyróżnij się albo zgiń. Nawet nie śpiewamy już starych piosenek, bo to przecież przebrzmiałe hity, pogardliwy oldskul. Nie wracamy do dawnych książek, gdyż największe wydawnictwa wydają w Polsce, w której czyta znikoma mniejszość, po 600 i więcej książek rocznie! To oznacza, że do księgarń trafia dziennie od kilkunastu do kilkudziesięciu nowości! Dziś filmy muszą w weekend otwarcia pobijać kolejne rekordy finansowe w milionach dolarów, gdyż widz zacznie masowo walić na seanse tylko wtedy, gdy usłyszy, że ustanowiony został rekord sprzedaży. Masowe zyski producenta oznaczają w mentalności konsumenta dobry produkt. A to oznacza nakłady na marketing sięgające nierzadko 25 %  i więcej kosztów wyprodukowania filmu. Najlepiej gdy filmowi, jak ostatniej części Batmana, towarzyszy rozgłos morderczy. Cóż musi być w tym filmie tak demonicznego, że przyciągnęło psychopatę z karabinem na seans? – pyta konsument i z wypiekami na twarzy rusza do kina. Ten sam rodzaj podniecenia co dawniej przy publicznych egzekucjach. Dziś nieco okiełznany mainstream’ową nową mową. Poniekąd w Berlinie, czy w Dublinie w Warszawie czy Krakowie, w Supraślu czy Mszczonowie musimy czytać rankingi, gdyż inaczej nie wiedzielibyśmy co myśleć, na co iść do kina, co czytać, co oglądać w necie, co oglądać w tv, kim być wreszcie? Inni muszą nam powiedzieć kim jesteśmy, co myślimy i w co powinniśmy uwierzyć, co potępić a co wybrać? Liczy się tylko masowa skala. Ilość. Ilość kliknięć, ilość sprzedanych towarów, ilość głosów, słupki oglądalności. Z jednej strony to efekt gospodarki wzrostowej, efekt kreowania popytu, z drugiej walki na marże jak w branży telekomunikacyjnej, czy reklamowej, gdzie ceny spadły na łeb w dobie kryzysu i pewnie nigdy się nie podniosą. Producent musi zwiększać ilość sprzedanych usług lub towarów lub ich zakres, gdyż ceną nie może już żonglować.

Gdyby w historii ludzkości wcześniej wymyślono słupki oglądalności i friedmanowską koncepcję wzrostu przez kryzys nie mielibyśmy ani dzieł Bacha, Vivaldiego ani Haydna, Gaguina, Modiglianiego ani Miró, książek Camusa, Cortazara ani Orwella, a także filmów Bunuela, Herzoga, ani Felliniego. Zmarły wczoraj Wojciech Kilar w jednym z wywiadów mówił, że u Mozarta nie ma kompozycji złych, ewidentnie słabszych, podobnie jak u Bacha czy Schuberta. Tymczasem jeśli po śmierci współczesnego artysty zostanie jedna, dwie kompozycje, pięć minut muzyki, to cud. Może przypominamy coraz bardziej rój pszczół, rój źle prowadzony przez pazernego pszczelarza, gdyż grożą nam zarówno pasożyty zatruwające kolejne pokolenia, których pszczelarz nie zwalcza, jak oszukany pokarm – cukier, na którym nie sposób zdrowo funkcjonować, choć słodki jest jak miód.

Na całe szczęście pozostaje nam wspaniała przestrzeń indywidualizmu, dzięki której zamiast napychać swoje Ego fast foodem jak wygłodniały biedak po czasach kryzysu, by się wreszcie odkuć, najeść, nazbierać, napakować, namieć. Możemy smakować. Smakować to znaczy: trochę, odrobinę, we własnym tempie, pomału, niewielkie ilości, na próbę, szczyptę. Smakować znaczy wiedzieć co lubię i poszerzać bukiet. Smakować znaczy wybierać. Smakować znaczy degustować. Smakować znaczy odrzucać bez poczucia winy i wstydu, oznacza mówić: nie. Smakować oznacza podejmować decyzję.  Nie sięgać po nielubiane, niechciane, niebezpieczne, niemoje. Smakowanie oparte jest na spójności i na gotowości wychodzenia ze strefy komfortu, z gotowych rozwiązań, gotowych podpowiedzi i rankingów popularności. Smakowanie zaczyna się od rozmowy ze sobą w odpowiedzi na dwa pytania: czego chcesz i co lubisz?

Siadam zatem do notesu i zabieram się za ćwiczenie, bardzo je lubię. Jakże ożywcza jest odpowiedź na te dwa pytania dla samego siebie…czego i wam życzę! Smacznego!

Smacznego!
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

12 komentarzy

  1. Dziewczyny, niestety wybicie polskiej inteligencji w czasie drugiej wojny światowej, następnie ucieczki za granice tych co mogli, jeszcze długo będziemy odczuwać w zderzeniu z ludźmi w realu. Wykształcenie nie daje człowiekowi ani obycia ani kultury,a poziom obecnych szkół jest jaki jest.

  2. @Magda turek trudno się z tym wszystkim nie zgodzić.

    Politycy będą teraz walczyć z jakimś ufo. A to nie żadne ufo, tylko często (na szczęście są ludzie, których rozumiem) brak naszych właściwych reakcji (typu stanowcze od przytomnej, dorosłej i trzeźwej osoby “nie możesz prowadzić, wsiadamy w busa”, “nie jest pan w stanie utrzymać kluczyków, a co dopiero kierownicy. samochód zostawić, wracać pkp”) kultury picia, kultury jazdy i kultury życia (?)

    Smakujmy to życie.Smakujmy i bez przesady nie możemy się wobec tego bać. Wszystko można powiedzieć. Kwestia doboru słów?

  3. @Dżo-ann masz niestety rację. To nie chodzi o kary ani pokazywanie krzyzy przy drogach.
    Jak mieszkalam w Irlandii, to zawsze mnie dziwily informacje o wypadkach drogowych. Bo prawie ich nie bylo. I nagle okazało się, ze najczesciej i najgorsze wypadki powodują Polacy.
    Pamiętam takie rozmowy u mnie w pracy (w biurze byli sami Irlandczycy). Wszyscy zastanawiali się, dlaczego to właśnie Polacy powodują te najgorsze wypadki.
    Był nawet taki pomysł w irlandzkim parlamencie, zeby moze wprowadzic ruch prawostronny, ze moze to jazda po lewej stronie sprawia, ze Polacy powodują te tragiczne wypadki.
    A mnie wzruszaly takie kruche staruszki, które prowadzily swoje male autka bardzo powoli i niepewnie. Nikt na nie nie trabil, nikt sie nie denerwowal za kołkiem. Piesi mieli zawsze pierwszentwo. Moj znajomy Irlandczyk, ktory byl w Łodzi latem, nie mógl sie nadziwic, ze nikt tutaj nie zatrzymuje sie na pasach.
    Bylam tez swiadkiem dosc niezwyklej sceny w Irlandii. Jechalysmy z moja kolezanka z pracy (Irlandka), na wesele innej kolezanki. W pewnej chwili zjechalysmy z autostrady w zlym miejscu. Przed nami zjechalo tam kilka samochodow, zrobił się zator. Kiedy udalo sie nam wyjechac z niefortunnego zjazdu, moja kolezanka siegnela po telefon i wykrecila numer Gardy, czyli ichniejszej policji, zeby ich poinformowac o problemie. Obiecali wyslac tam radiowoz. Opowiadala mi tez, ze zdarza jej sie dzwonic do Gardy, kiedy ktos znaczaco przekracza dozwolona predkosć. To co u nas jest uwazane za donos na policje, tam jest na porzadku dziennym i jest uwazane za powod do dumy.
    Uwazam, ze Irlandczycy sa swietnymi kierowcami. Prowadza pewnie i jezdza szybko tam, gdzie nie ma ograniczen predkosci. Ale przestrzegaja wszystkich przpisow.
    Tego sie w ogole nie da porownac do polskich kierowcow.
    Oni po prostu maja poukladane w glowach.
    Maja tez swietne auta i bardzo dobre drogi.
    Kultura jazdy? W Polsce te dwa slowa sie wzajemnie wykluczaja.

  4. Już po sylwestrze. Jednym uchem słucham wiadomości. Zastanawiam się czy istnieje i jakie to musiałoby być narzędzie do walki z “przyzwoleniem społecznym” na prowadzenie pod wpływem. No, tak jeśli rodzina boi się agresji ojca i posłusznie wsiada do auta, jeśli niepijąca żona nie potrafi wyperswadować pijanemu facetowi jazdy, jeśli babka z promilami któryś już raz, wiedząc o swojej przyswajalności alk, wsiada i wjeżdża w budynek. Pasażerowie pijanych kierowców nie reagują. Ludzie na parkingu nie reagują. Nie chcemy wchodzić w “gorące” sytuacje, bitki, bluzgów, z obawy że to ktoś znaczący, że komenda z alkomatem za daleko albo obudzi mściwość jegomościa w dobrym samochodzie.
    Potrafimy być głośno i jesteśmy słyszalni w grupie – wesołej, wiwatującej, rzucającej petardy, butelki (zawsze znajdą się tacy, co się przyłączą do pomysłu), ale tam, gdzie przydałby się ratujący głos rozsądku po cichu i karnie wsiadamy do samochodu, nie komentujemy na głos gościa, który kilka razy upuścił kluczyki i chwieje się jak majtek pokładowy podczas sztormu na morzu.
    Kiedyś mam wrażenie więcej się promowało postaw typu “trzeba jednak mieć odwagę cywilną”. Było mniej pracy, mediów, przebierało się w artykułach. Można się śmiać że siedemnastolatek mówił do siedemnastolatki “pani”, ale czy naprawdę śmieszne jest funkcjonowanie we wzajemnym (nawet jeśli sztucznym, to jakimś niż żadnym) szacunku, myśleniu o konsekwencjach? Czy media powstrzymają kogoś pijanego następnym razem przez pokazywanie zniczy i wspominanie tragicznych wypadków, smutnych wspomnień?

    Wybaczcie takie a nie inne mnie naszły myśli.

  5. Piękny tekst, dziękuję za te słowa. Czasem trzeba odwagi aby przestac robić to co się robi i zrobić miejsce dla rzeczy które kocha się robić. Wyjść ze strefy komfortu…Pozdrawiam

  6. Na Lotwie wyjatkowo jak nigdy wolne z tej okazji to 4 dni, wiec mam czas na przemyslenia o minionych miesiacach.Przesuwam tasme pamieci i zastanawiam sie co mialo najwiekszy wplyw na mnie w minionym roku oraz co sobie wzielam z tych lekcji.
    Poczatek lutego , nagly pobyt w szpitalu spowodowany zagrozeniem zycia.Nic nie dzieje sie przypadkiem, moj organizm dal mi wyrazny sygnal. Pod wplywem tej niesubordynacji ciala i mozgu, po uswiadomieniu sobie ze wszystko moze sie zdarzyc rowniez i mnie zwolnilam tempo i zmodyfikowalam sposob patrzenia na swiat. Zycie jest tylko jedno , przynajmniej to tu i teraz w powloce ludzkiej, a ja chce zyc.To doswiadczenie nauczylo mnie patrzenia z wiekszym dystansem na to co zachodzi we mnie i wokol mnie. Zmobilizowalo mnie do realizacji marzen – jak podroz do Tromso zeby zobaczyc zorze polarna , czy uczestnictwa w zakonczeniu Royal Academy mojej corki w Londynie nie baczac jak wiele mam “pilnej” pracy.Uswiadomilam sobie jak bardzo lubie swoje zycie i mam wdziecznosc jego przezywania kazdego dnia.
    Drugim kluczowym wydarzeniem byl kurs coachingu w Norman Benett. Moge smialo powiedziec , ze byla to najlepsza moja inwestycja w roku 2013 – w siebie.Korzysci osobiste i zawodowe po tym kursie przyspieszyly decyzje o planach zrobienia kursu Master&Team Coach w obecnym roku. Zycie sie nie zatrzymuje, wie ja rowniez tak w rozwoju osobistym jak i zawodowym.
    Co mi dal rok 2013 ? Nowe znajomosci, wiekszy dystans do siebie i tego co mi sie zdarza, wieksza kontrole nad swoimi myslami, duzo pozytywnych przezyc rodzinnych.
    Wiem co chce i coraz czesciej uswiadamiam sobie co jeszcze lubie.Wiem rowniez , ze panujac nad myslami mam szanse wplywac na to co sie dzieje nie tylko we mnie ale i wokol.
    I chociaz juz dzisiaj wiem ze Nowy Rok bedzie duzym wyzwaniem dla mnie, niekoniecznie wyczekiwanym i latwym to, podchodze do tego ze spokojem i obserwacja swoich mysli i zachowan.Bo jak to powiedzial Epiktet ” Istoty ludzkie niepokojone sa nie przez rzeczy, ale przez wlasne spojrzenie jakie na nie maja” A ” we mnie jest plomien ktory mysli i wiatr na pozar i na zagle /Z.Herbert/ Zwlaszcza ze na zakonczenie kursu Coach Biznesu moja karta byl jacht z dwoma kadlubami – katamaran z serii Talent.. Oj bedzie sie dzialo……
    Pozdrawiam noworocznie Wszystkich zyczac wielu fascynacji w roku 2014 podczas podrozy jaka jest zycie :-)

  7. Panie Macieju przepełnia mnie wdzięczność.Mam w sobie dużo spokoju,dużo siły,dużo otwartości na nowe,morze ciekawości.Jestem ta sama, a jednak inna.Uczę się z pokorą ale nie bez oporów.Idę do przodu.Czuję to i wiem to.Jestem Pana wielką dłużniczką.Życzę Panu tego co piękne i dobre, pozdrawiam najserdeczniej.

  8. Bo to trzeba być smakosze, żeby nie napchać się pierwszym daniem :)

  9. Czy rzeczywiście można w życiu robić jedynie rzeczy, które się chce robić i lubi?
    I jak to zrobić?
    Wbrew pozorom, to pytanie nie wynika z mojej kontrsugestywności.
    Tylko z … nadziei?

  10. O tak! Smakowanie, spowalnianie samemu czasu by móc przez chwilkę podelektować się np. małą duchową przyjemnością?
    Przyszła mi refleksja nad relatywizmem, jak wszystko jest względne a potrzeba wytresowana w i wyniesiona ze szkoły “by być najlepszym”, ‘by prześcignąć innych i mieć pozycję”. To tak, jak z młodym artystą, który bierze pędzel i daje ujście ważnemu tematowi na płótnie. Jeśli rodzice są np. właścicielami sklepu to ten pomysł oznacza dla nich, że dziecko będzie teraz bujać w obłokach i siedzieć w nędzy do końca życia.
    Co innego, gdy dziadek jest uznanym malarzem, wykładowcą asp, rodzice tworzą grafiki i każde z nich ma własną pracownię. No, i Ty, powiedzą, odziedziczyłeś talent, tu i tam oszlifują diament, ale łatwiej choćby o pędzle, których nikt nie wyrzuci do śmieci.
    Można malować, choć pewności, że się będzie uznanym już za życia albo pośmiertnie jak van Gogh nie da nikt. Oczywiście upraszczam, bo każda z możliwych dróg jest po swojemu trudna i miejscami żmudna, nie jest tak, że ktoś ma generalnie lepiej albo gorzej. Życie jednak ciągle wymaga od nas odnajdywania się w stosunku do kogoś, czegoś, ktoś nas porównuje do innych, mamy blokadę coachingową na siebie, bo inni są już w tak zaawansowanym miejscu, malują tak, że nikt ich nie dogoni. Jedni idą “po swoje” lepiej i półki ich dziecinnych pokojów pełne są pucharów a ściany dyplomów.
    Po co się ścigamy?
    Takie smakowanie życia sprzyja spokojowi. Pozwala wyrwać się z szaleńczego wyścigu i nie odrzeć się z poczucia bezpieczeństwa w miejscu, w którym się jest?

  11. dziękuję!

  12. Dzięki i wzajemnie ! :-)

Komentarze są wyłączone.