Śpisz? cz.3 Skok z wysokości

skok
skok

Kończyłem kurs AFF [Accelerated Free Fall] w szkole, której samolot się rozbił. Jedyny w Polsce Piper Navajo przystosowany do skoków spadochronowych. Dwusilnikowy, czyli bezpieczniejszy od jednosilnikowych Cessn serii 200, a nawet niezawodnych, lecz starych Anów 2, którymi latałem. A jednak spadł. Jakże cieszyli się właściciele z jego zakupu jeszcze dwa miesiące temu, kiedy debiutował na polskim niebie.

Kabina samolotu przystosowanego do wynoszenia skoczków ma dwie ławki, na których plecami do siebie lub do burty tłoczą się jak sardynki skoczkowie. W bocznej burcie szerokie drzwi, przez które na wysokości 4 000 metrów od ziemi wyskoczą. Gdy zostaną otwarte słychać jedynie huk powietrza. Gdy skoczą rozpocznie się swobodne spadanie aż do wysokości 1800 -1300 metrów, kiedy otworzą spadochrony, ci mniej doświadczeni wyżej. W środku panuje skupienie, choć hałas uniemożliwia rozmowę. Wszyscy siedzą bardzo blisko siebie. Testosteron i adrenalina buzują. Instruktorzy – szkolą swoich kursantów zatem na ich barkach ciąży odpowiedzialność, kursanci – wiadomo wykonują swój drugi, piąty skok w życiu, boją się jak diabli, w najgorszym położeniu są chyba uczestnicy skoków tandemowych, nieświadomi niczego. Ktoś im zrobił imieninową niespodziankę, koledzy z pracy zrzucili się na super prezent, lub sami wpadli na pomysł uczczenia 18, 30 lub 40 urodzin. Zostali przypięci do pilota tandemu sami nie mając spadochronu, aż do ziemi będą z nim połączeni na dobre i na złe. Pilot tandemu również dosłownie związany jest uprzężą ze swoim pasażerem, który wisi przed nimi jak kangurze dziecko. Kiedy wszystko idzie dobrze – dla niektórych to super frajda. Inni już więcej nie spróbują skoku, jeszcze inni zapiszą się na kurs AFF, niektórzy będą mieli problemy nawet w samolotach pasażerskich a jeszcze inni zostaną instruktorami z wieloma tysiącami skoków na swoim koncie. Nie raz żartowaliśmy w czasie startu, że nas, skoczków awaria samolotu nie rusza, mamy przecież spadochrony!

Tymczasem w czasie katastrofy, kiedy samolot był zbyt nisko lub gwałtownie spadał, kiedy mijały sekundy nikt nie wyskoczył, gdyż nawet nie zdążył zbliżyć się do burty, zwłaszcza tandemowcy. Żeby, spięta ściśle i mocno, dwójka mogła skoczyć ku ziemi musi się najpierw z ławki przesunąć na pośladkach ku burcie, pasażer [najczęściej przerażony] jest z przodu, więc musi jako pierwszy usiąść w otwartych drzwiach na podłodze samolotu i następnie wychylić wraz instruktorem/pilotem i runąć w dół ku ziemi. Swobodne spadanie z wysokości 4 000 metrów trwa około 55-60 sekund, potem następuje otwarcie czaszy. Gdy czasza spadochronu jest otwarta prawidłowo ryzyko wypadku maleje niemal do zera, co najwyżej mniej doświadczeni skręcą sobie nogi przy przyziemieniu.

To smutne, tragiczne wydarzenie, ta nieszczęsna bezradność, kiedy już wiedzieli, że coś jest nie tak i nic nie mogli zrobić [najpewniej padł jeden silnik i pilot utracił sterowność, gdy maszyna położyła się na jedno skrzydło] nasuwa mi cytat z Romana Brandstaettera.

Całe nasze życie jest jak kamień rzucony w wodę. Nigdy nie wiemy, jakie kręgi zatoczymy naszym upadkiem, czyją śmierć spowodujemy i kogo uzdrowimy. Ile niepokoju wzniecimy dokoła siebie, ile katarakt zdejmiemy ze ślepych rzek.

Piper Navajo miał być sukcesem a okazał się grobem, skok tandemowy miał być super prezentem od kolegów, żony, męża lub rodziców a będzie dla nich poczuciem winy do długiego przepracowania w terapii. Lipcowy weekend miał być kolejnym dniem pasjonującego hobby a był ostatnim dniem życia. Uznajemy te refleksję za banalną dopóki nie stajemy w obliczu śmierci. To między innymi mit nieśmiertelności sprawia, że marnujemy swoje tu i teraz kompletnie nie rozumiejąc, że tylko tu i teraz mamy. Jutro się poprawię, pojutrze się tym zajmę, gdy już zdam egzamin, gdy kupię nowy ciuch, gdy spłacę mieszkanie, gdy wyjadę do Londynu – wtedy zacznę żyć. Gdy oni mnie zrozumieją, gdy oni naprawią mi państwo, gdy szef mnie doceni, gdy znajdę pracę – wtedy zacznę żyć! Na razie jeszcze nie, nie mogę, zastanowię się, zbiorę siły – zwłaszcza, że to ich wina…to oni powinni..

Paulo Coelho pisze tak w swoim słynnym Alchemiku: 

Kiedy jem, nie zajmuje mnie nic poza jedzeniem. Kiedy idę, to idę, i tyle. A jeśli przyjdzie mi walczyć, jeden dzień nie będzie lepszy od drugiego, by umrzeć. Bo nie żyję ani w przeszłości, ani w przyszłości. Dla mnie istnieje tylko dzisiaj i nie obchodzi mnie nic więcej. Jeśli kiedyś uda ci się trwać w teraźniejszości, staniesz się szczęśliwym człowiekiem. Zrozumiesz, że tak jak pustynia tętni życiem, tak jak niebo jest pełne gwiazd, tak wojownicy walczą, bo jest to nieodłącznie wpisane w człowieczą dolę. I wtedy twoje życie stanie się świętem, wielkim widowiskiem, ponieważ będzie tą chwilą, którą żyjesz, żadną inną.

Śpisz? cz.3 Skok z wysokości
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

7 komentarzy

  1. sorki za literowki

  2. ja chyba nawet nie szukam radosci
    jak sie tak glebiej zastanawiam ,co mi te radosc sprawia ,to chyba …piekno…
    i to piekno jet czasem w czyms co dech zapiera
    a czasem a takiej zwyklej chwili jak ta w ogrodzie,w ulewnym deszczu po skwarze,
    a stereo swierszczy wieczorem,w najpiekniejszym sierpniowym niebie….
    bo takie momenty sprawiaj ,ze wszystko staje sie nagle oczywistem przestrzenne,ciagle… ,jakby znikal czas ,i smierc,i granice ciala….
    i wowczas czuje sie naprawde szczesliwa/chic nawet nue bardzo umiem to wytlumaczyc,na czym to polega…..
    ;(((

  3. Kot skradający się za forsycją – ładne @ania. Dla mnie śmierć, którą jakoś próbuję oswoić jest takim wiecznie skradającym się czarnym kotem wśród tego, co kwitnące i żywe. Jestem typem depresyjnym, który gdzieś w sobie dużo spraw nauczył się spostrzegać inaczej, narzucić sobie pozytyw w myśleniu i radość w szukaniu radości.

    Życie jest dla mnie samo w sobie tak proste i skomplikowane, ciekawe, że jest sensem samo w sobie. Nawet a nawet zwłaszcza kiedy odsłania bezsensy i wytęża mi mózg.
    Pozdrawiam :)

  4. moze wlasnie dlatego ,ze juz stanelam w obliczu smierci wlasnej, mojego dziecka,a takze wielu osob ,z ktorymi mialam do czynienia z powodu pracy zawodowej…z powodu wiejskiego dziecinstwa, bliskosci natury, smierci kochanych osob i zwierzat …. z powodu nieodganiania widma smierci….latwiej mi byc dzis tu i teraz.

  5. “a tymczasem… siedze….. pod grusza
    a swiat obok plynie lewniwie i niczego mi wiecej nie trzeba, wrecz przeciwnie….”

    bo jak robie to robie- cala soba czyszcze, zbieram ,przycinam, podlewam,nawoze,mysle , jak pomoc na lisc skrecony i czarna plamke …na to i na na tamto

    a czasem tylko jestem w ogrodzie, razem z kazda zakwitajaca czy przekwitajaca roza, pszczola, sikorka,kotem skradajacym sie za forsycja,dalekim odglosem syreny statku,sloncem wedrujacym odwieczna wedrowka ze wschodu na zachod \
    nie mysle ,jestem juz nie razem ,ale w tym,jakby troche pszczola i jednoczesnie lwia paszcza, z ktorej zbiera miod,skradam sie bezszelestnie i spadam zdrzewa ,tryskajac sokiem dojrzalych papierowek

    kiedys odejde jak jednoroczne kwiaty, jak koty i ptaki….i po mnie przyjda nastepni ,jak ja przyszlam po innych.ten dom ,ten sad niejedno juz widzial ,niejedno juz przezyl…..
    i ja tez spokojnie w proch sie obroce

    ale teraz
    ja w calym wszechswiecie i caly wszechswiat we mnie na laweczce pod grusza…..

    wczoraj przeczytalam “Gdziekolwiek jestes,badz ” Jona Kabat-Zinn i zrozumialam o co chodzi w tym nicnierobieniu. Przeciez zanam to od zawsze…..

  6. ehhh… i na co mieli wpływ Ci skoczkowie?

  7. Było lato gorące jak obecne, byłam w ciąży. Stałam na przejściu dla pieszych, włączyło się zielone dla mnie , kontem oka widziałam zbliżający się samochód, czekałam aż zwolni….. Nie zwolnił, kierowca przejechał skrzyżowanie na czerwonym…. Byłam tu i teraz z moim dzieckiem, gdyby nie uważność, mogłoby nas już nie być…. Czy kierowca zauważył?

Komentarze są wyłączone.