Stary człowiek

Stary człowiek czuje się źle, wszystko go boli. Lekarz rodzinny w przychodni potakuje, potakuje. Wiadomo, stary człowiek narzeka, jak to stary człowiek. Na coś chory być musi. Całe szczęście jest z nim jeszcze ktoś młodszy. W końcu udaje się wydębić skierowanie na geriatrię, nowy oddział. Przez chwilę można poczuć się nieco optymistyczniej, promyczek nadziei. Geriatria, tam pracują ludzie z powołaniem, jest szansa, że przeprowadzą badania, postawią diagnozę. Oddział owszem piękny. Niestety żadnych znajomości, ot przypadkowy człowiek, przypadkowy lekarz, typowy przypadek. Słabe wyniki krwi, wychudzenie, uogólnione bóle – na pewno rak. Rak, rak, rak – brzmi jak echo. A jeśli to rak, to dalsze leczenie w zależności od rodzaju raka w innym specjalistycznym oddziale. Badania jednak nie potwierdzają wstępnych przypuszczeń, że to płuca albo głowa. Podają krew oraz trochę wzmacniających kroplówek. Poprawa wyników krwi. Sukces. Jednak pacjent wciąż się uskarża. Może to prostata? W takim razie biopsja. Ale na wynik biopsji trzeba czekać dwa tygodnie, na wynik hormonów tydzień, na jeszcze inny trzy, na dalsze badanie jeszcze jakieś dwa tygodnie. Pacjent do domu. Jak to domu? Do domu. Wstępna diagnoza postawiona. Przecież jest poprawa. Na wyniki stary człowiek może czekać w domu, choć słabnie w oczach i już nie chodzi samodzielnie. W nocy zawał. Kolejny. Nic nie można zrobić. To przecież stary człowiek, cokolwiek co można byłoby zrobić może go zabić. Ale teraz też jest bliski śmierci. Jak to stary człowiek – stwierdza lekarz. Po tak zwanym ustabilizowaniu wypisuje pacjenta do domu. Na pozostałe wyniki pacjent może czekać w domu. W statystyce obu oddziałów jest świetny wynik, pacjent wyszedł żywy pomimo wieku i to z poprawą.

W końcu jest wynik i kolejny – jednak nowotwór. Tłum w przychodni, stary człowiek ledwie daje radę odczekać wiele godzin w poczekalni. Konsultacja. Nic nie można zrobić, to za stary człowiek. Telefony, poszukiwania. Całe szczęście stary człowiek nie jest sam, ma wsparcie młodszych od siebie. Prywatnie, tylko prywatnie trzeba załatwiać sprawy z lekarzami – doradzają znajomi, doświadczeni na własnej skórze. Telefony, potwierdzenia, znajomi. W przychodni długie oczekiwanie – dwa miesiące do urologa, trzy do onkologa, cztery do hematologa i to w innym mieście. Pieniądze, potrzebne pieniądze, całe szczęście stary człowiek ma wsparcie młodszych od siebie. Jest diagnoza. Nie ma miejsca w szpitalu. Niewiele można zrobić, bo stary człowiek jest za stary. W domu nie ma warunków. Jak to nie ma warunków? Można wystąpić o zakup materaca przeciwodleżynowego, o opiekę domową, o wynajęcie stojaka do kroplówek – ale to trwa, wszędzie kolejki, wszędzie dwa tygodnie, trzy miesiące. Tu trzysta złotych, tam pięćset, tu nie można się dać spławić, tam trzeba dzwonić trzy razy, w innym miejscu prosić, a czasem błagać. Trzeba umawiać się prywatnie, dziękować prywatnie, prosić prywatnie. Prywatnie: czyli pieniądze, pieniądze, pieniądze. Całe szczęście stary człowiek ma wsparcie. Urolog jest od pęcherza a kardiolog od serca. Żeby ktoś zajął się wątrobą potrzebna jest konsultacja hepatologiczna, a gdy wyniki krwi są słabe hematologiczna a to przecież w innym mieście. W innym mieście kolejki jeszcze dłuższe, bo to jedyny specjalista w regionie, najlepszy. Prywatnie? Prywatnie też trzy tygodnie, bo to jedyny specjalista, najlepszy. Każdy kolejny lekarz nie ma pojęcia o diagnozie lub badaniu poprzedniego lekarza, to przecież inna specjalność. Nawet nie tknie się spraw, które dotyczą innego organu, niż ten, którym się zajmuje. Na tym polega profesjonalizm. To stary człowiek, nic nie można zrobić, wszystko co można byłoby zrobić mogłoby go zabić. Chory jednak słabnie. Nic dziwnego, to przecież stary, schorowany człowiek – mówi lekarz. Po co wciąż podajecie krew, jeśli nie ma ani ostatecznej diagnozy, ani podjętej terapii? Naszym obowiązkiem jest ratowanie życia – mówi kolejny lekarz i wypisuje pacjenta do domu, bo przecież nic nie można zrobić, zbyt słaby stan zdrowia pacjenta.

Stary człowiek
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

6 komentarzy

  1. w czym tkwi poaradoks??ano w tym ,ze i tak pacjent umiera.
    a ludzkie traktowanie pojawia sie tam ,gdzie procedury zawiodly.
    to jeden wniosek.
    a drugi ,bardziej odkrywczy:
    ale przeciez nie o to chodzi ,zeby miec dobrego lekarza,tylko…zeby byc zdrowym
    ;)))))))
    wg koncepcji obszarow zdrowia Lalonde’a stan zdrowia jednostki w 50% zalezy od stylu zycia,w 20% od srodowiska,w 20% od cech genetycznych i tylko….10% od opieki zdrowotnej
    w zwiazku z tym:nie martwmy sie-gdy juz nas dopadnie koncowka zycia z diagnoza raka i nic sie nie da zrobic….mamy rozwijajaca sie medycyne paliatywna,do ktorej trafiaja lekarze o wiekszej empatii;))))))))i jakosc wizyt ,o jaka wszystkim nam chodzi.
    a wg wyzej przedstawionej koncepcji-
    stan naszego zdrowia w duzej mierze alezy od nas samych ,nie od lekarzy.
    przepraszam ,wczesniej wyslalam niepoprawiona kopie tekstu ,w zwiazku z tym ,ze w okienku nie widze wszystkiego;((((poszly moje na goraco spisane przemyslenia,a nie poprawiony tekst.zdarza sie.

  2. powiem cos ,co moze wywolac sprzeciw.
    z mojego punktu widzenia,z moejgo doswiadczenia,z racji przebytych doswiadczen,z racji spotkanych ludzi…..

    czasem stary czlowiek ma szczscie,ze mu rozpoznano nowotwor.

    to ,ze na cos trzeba umrzec,to stare medyczne powiedzenie,ktorego nie nalezy uzywac w stosunku do pacjenta.i niestety prawda.umrzec trzeba.pytanie …jak.

    lekarze nie sa winni ,ze czlowiek zachorowal, choc caly zal z tego powodu bywa,ze skrupia sie wlasnie na nich.przypisuje sie lekarzom boska wladze i oczekuje uzdrowienia,a w zamian otrzymuje …procedury….

    sami zas tkwia w systemie ,gdzie nie opieka nad ludzmi sie zajmuja ,lecz diagnozowaniem,rozpoznawaniem ,leczeniem ciala.tego ucza uczelnie.

    potem uczy zycie.
    jak ustawic sie w systemie,w ktorym nie pacjent jest najwazniejszy lecz procedura,bo za nia placi nfz.
    nie uczy sie ,jak bronic sie przed wypaleniem zawodowym,gdzie jesli nie pracuje sie na 3 etatch,zarabia sie 2500 zl.
    gdzie specjalizacja trwa 5-6 lat ,i masz szczescie jesli dostaniesz stypendium ministra-rezydenture…jak nie-raczej nie licz na etat,poszukaj sobie drugiej pracy /najczesciej na dyzurach…./i licz sie z tym, ,ze przez te 5-6 lat bedziesz bedziesz ciezko pracowal za darmo i pokornie znosil wszystkie pomysly dyrektorow i ordynatorow,jak wykorzystac entuzjazm i energie „darmowego pracownika”.jesli jestes szcesliwcem na rezydenturze-licz sie z zawiscia starszych kolegow, bo
    po egzaminie czesto pensja lekarza specjalisty jest nizsza niz uczacego sie.
    zatem nie nalezy liczyc ,ze ktos czegos bedzie chcial czegos nauczyc….to twoj problem…(.”masz pieczatke…to rob….dlaczego mam ponosic odpowiedzialnosc za twoje bledy????”)i tez jest w tym ziarno prawdy,bo system prawny nie broni lekarza…broni zmowa milczenia,tak bolesna dla rodziny i chorego,gdy naprawde blad w sztuce sie zdarza……ale to juz inny temat.

    no dobrze ,tyle o lekarzach,moznaby dlugo przytaczac przyklady ,jak droga i szkolenie wyglada.zazwyczaj trzeba samemu wypracowac sobie system wlasnej ochrony.wiadomo,ze latwiej przetrwaja najsilniejsi.a czasem takj wlasnie bywa….
    trzeba sie uodpornic,nauczyc sie pracy w zgodzie z wzorcem starszych kolegow- tych ,ktorzy przetrwali,ktorzy wpasowali sie i zrobili kariery,zdali egzaminy specjalizacyjne,podpisali kontarkty z nfz,i jakos sobie radza ,zarabiaja nie 2500 ale 7500,po niepowodzeniach w pracy potrafia „otzrepac sie” i kolejnego dnia robic swoje.
    lustrzane neurony zadzialaja;))))i wzorzec pracy z pacjentem powiela sie w kolejnym pokoleniu.

    oczywiscie to taki czarny scenariusz,w rzeczywistosci bywa mniej drastycznie,czasem zdarzaja sie nauczyciele z powolania i empatyczni szefowie,albo specjalizacja bardziej polega na samodzielnej nauce,albo poprzedni rezydenci przetarli juz szlaki ,pewne naduzycia nie moga sie zdarzyc.

    wracam do kontrowersyjnej tezy ,ze :
    stary czlowiek ,samotny i zmeczony ma szczescie ,ze zachorowal na nowotwor.

    po pierwsze w takiej sytuacji nagle rodzina odrywa sie o codzinnego kolowrotka i probuje zorganizowac sie w pomocy…jest zainetresowanie ,uwaga,czas.
    taka diagnoza zazwyczaj robi wrazenie-w im mlodszym wieku-tym wieksze,choc tez czasowe,ale „rak” zatrzymuje kazdego bardziej niz „udar”czy „zawal” czy powolne umieranie z powodu starczego otepienia i dziesieciu chorob cywilizacyjnych…..

    po drugie….gdy juz zapadnie ropzoznanie i lekarze rozloza rece „tu juz sie nic nie da zrobic”/kolejna sentencja ,ktorej nie wolno mowic pacjentom…./
    pacjent zostaje zapisany do …opieki paliatywnej.
    i tu ma wieksza szanse na spotkanie lekarza,o jakim cale zycie marzyl;)))))))))
    bo to niszowa specjalizacja dla tych wszystkich ,ktorzy za bardzo sie nie potrafia wpasowac w system bezdusznych procedur…gdzie w koncu leczy sie pacjenta i rodzine,gdzie mniej wazne sa procedury ,a istotne relacje…gdzie uczy sie ,ze czlowiek to nie tylko choroba,leczenie to cos wiecej niz srodek przeciwbolowy w pospiechu wypisany…to lekarz ,ktory wchodzi do domu pacjenta,nie tylko w wymiarze fizycznym.Pomimo cierpienia fizycznego-jest emaptia,kreatywnosc w szukaniu „najlepszych rozwiazan”,jest czas na rozmowe .na pogodzenie sie ze smiercia.a zcasem takze na wiel jeszce inncy ,bywa,ze najwazniejszych rzeczy….

    taka troche inna medycyna.szkoda ,ze najpierw trzeba „spotkac” raka;(((((

  3. Aż mnie korciło, żeby opisać swoją historię pielgrzymowania po lekarzach, ale w sumie nie trzeba, u mnie zmienia się tylko stwierdzenie ” ale to stary człowiek ” na ” młody organizm da sobie radę” …. a destrukcja postępuję bez litośnie. Patrzę na swoje dzieci i nie mam siły się cieszyć , że są. Myślę, co będzie jak mnie zabraknie, a przecież w zasadzie mnie i tak nie ma. Na szczęście to już było, teraz walczę o innych. Wysyłam do dobrych lekarzy takich z powołania, często prywatnie czasem a NFZ. Taka ostatni deska ratunku. Informuję jak dostać skierowania, żeby oszczędzić najwięcej pieniędzy na to co w przyszłości. Wiem co przeżywają i są bardzo zdziwieni jak im mówię co czują. Tak, co oni czują, bo ja już z tego wyszłam. Nie do końca, ponieważ to jest we mnie ale jednak. I to mnie nakręca. Nie życzę nikomu chorób ale jak widzę, że już się zalęgła to nie pozwalam się jej rozwijać. W końcu zaczęłam wykorzystywać swoją spostrzegawczość. Chociaż nadal widzę złe rzeczy to wiem ja je eliminować. Nie wszystkie ale jednak. Znalazłam w końcu cząstkę siebie :) Przestałam się bać.

  4. Struktura tego kołczołana przypomniała mi o technice reorientacji. Bardzo ciekawy przykład podaje Jeffrey K. Zeig, jeszcze z czasów kiedy szkolił się w psychoterapii u Ericksona i był gorliwym palaczem fajki. Erickson (jak to Erickson) opowiedział mu historyjkę o swoim przyjacielu, który palił fajkę. W tej transowej opowieści użył słowa „był dziwny” kilka razy. Zeig w efekcie rzucił palenie i był świadomy, że Erickson uruchomił jego wewnętrzną siłę motywacji. (szczegóły: Jeffrey K. Zeig, ‚Confluence; The Selected Papers of Jeffrey K. Zeig’ 2006, p.75-77) Serdeczności.

  5. Istnieją zarówno lekarze, nazwijmy ich troszczący się, oraz lekarze w opozycji do tych. Zdarza się spotkać wspierającego i troszczącego się oraz tego, który generalnie traktuje pacjenta jak numer w bazie danych. Rzekomo nie powinno się spoufalać z pacjentami, bo to może spowodować jakieś, „niechciane”, relacje. I tu znajdą się tacy, którzy nowopowstałą relację będą eksploatować niczym węgiel z kopalni odkrywkowej.

    Dający do myślenia artykuł…Dziękuję!

  6. To jest bardzo prawdziwe. Tak się dzieje w bardzo wielu miejscach. Mnóstwo zrealizowanych procedur, tylko pomocy żadnej. Bardzo to przykre.

Komentarze są wyłączone.