Stół jest stołem…być może :)

Yoda master or saint Yoda?
Yoda master or saint Yoda?

Dennis Genpo Merzel, cytowany już przeze mnie, przywołuje słowa swego mistrza Maezumi: Trudno uwierzyć, że ludzie przechodzą przez tyle cierpienia i frustracji tylko po to, żeby sobie w końcu uświadomić, że stół jest stołem, a krzesło – krzesłem. Czy można  jakoś usystematyzować  kwestię ocen? Czy można się ustrzec lub wyeliminować oceny? Czy to w ogóle jest możliwe, ba czy to jest potrzebne? Sprawa ma się jak z przekonaniami. Kiedy mówię: Niektóre przekonania są ograniczające; wyrażam przekonanie o przekonaniach. Kiedy mówię: Oceny zamykają umysł w wąskich kryteriach; wypowiadam ocenę dotyczącą ocen. Czy nie ma wyjścia z tej straszliwej pułapki? [To też ocena, gdyż spora część przymiotników zawiera w sobie wartościowanie, podobnie jak słowo doskonałość] Czy nasze mózgi mogą funkcjonować bez wartościowania? Zdaniem niektórych psychologów wartości przekładają się na oceny, a konflikt wartości jest nieusuwalny, nienegocjowany i fundamentalny. Czy istnieje możliwość, choćby nadzieja, na niewartościowanie?

niebezpieczny Harry, zagrożenie mugoli
niebezpieczny Harry, zagrożenie mugoli

No cóż, jest kilka sposobów. Najpierw jednak warto się po coachingowemu spytać siebie o użyteczność oceniania lub nieoceniania w danej kwestii? Jeśli ktoś na przykład lubi Harrego Pottera, lub ceni Joanne Rowling, lecz równocześnie jako katolik trafia na rekolekcje księdza [czyżby to znajomy Anity :) http://www.youtube.com/watch?v=XlpiMYNPiAU&feature=related wtedy powstaje konflikt i miejsce dla pytania o użyteczność. Czego chcesz? Co będzie dla ciebie bardziej użyteczne – spyta coach – Harry Potter czy przestrogi księdza? A może to jakoś chcesz pogodzić?

Pierwszy sposób – to rozróżnienie. Świadome kierowanie strukturą wypowiedzi, z pytaniem o intencję: W jakim celu mówisz właśnie to, a nie coś innego?

Ocena: Szwagier, ten flejtuch i niezdara potrącił szklankę i zaplamił sokiem czysty, śnieżnobiały obrus. Gospodyni bardzo się zdrenowała zniszczonym obrusem.

Proroctwo: Szwagier potrącił szklankę i sokiem zaplamił czysty obrus tak silnie, że nie uda się tego w żaden sposób wywabić.

Interpretacja: Szwagier, chyba nieźle podchmielony, przewrócił szklankę z sokiem i zaplamił obrus.

Nadinterpretacja: Szwagier, chyba nieźle podchmielony, przewrócił szklankę z sokiem i zaplamił obrus. Jak go znam, mógł to nawet zrobić złośliwie, widząc jak śnieżnobiały jest obrus. Nie lubi swojej szwagierki.

Język E-prime: Szwagier, być może przez nieuwagę, potrącił szklankę z sokiem. Biały obrus uległ zaplamieniu. Jednak soku było niewiele, dlatego powstała stosunkowo mała plama, zajmująca około 3 centymetry kwadratowe. Doświadczenie uczy, że tego rodzaju plamy stosunkowo łatwo można usunąć przy pomocy nowoczesnych odplamiaczy. Zachowanie gospodyni świadczyło o jej silnym wzburzeniu z powodu plamy.

Opis faktów: Szwagier gospodyni potrącił szklankę i czerwony sok zaplamił biały obrus. Gospodyni zaczęła krzyczeć.

Opis sytuacji: Szwagier gospodyni potrącił szklankę i czerwony sok zaplamił biały obrus. Pani domu zareagowała głośnym krzykiem, a następnie zaczęła obwiniać krewnego o umyślne spowodowanie plamy. Nazwała go „nieuważnym flejtuchem”. Stwierdziła też, że obrus jest bardzo cenny. Przez kilka minut trwało zamieszanie. Wypowiedziano wiele słów.

dawny szef najpotężniejszej kongregacji
dawny szef najpotężniejszej kongregacji

Przy drugim sposobie daje nam pewną wskazówkę Anthony de Mello [jego pisma obecny papież za zgodą poprzedniego umieścił w indeksie ksiąg zakazanych :) De Mello napisał, że w chwili, gdy małe dziecko pozna nazwę ptaka, przestaje się nim interesować. Wielu badaczy po to, by dokonać nowych odkryć stara się „zapomnieć” wszelką wiedzę. Nie dokonywać żadnych złożeń, wejść w sytuację z czystym umysłem, jakby kompletnie nie znali danej dziedziny, w której eksperymentują [Edison, Planck, Feynman, Bor, Howking, a nawet Dowkins,  inni.] Paradoks – odrzuć wiedzę.

Po trzecie dzieci uczą nie tyle poprzez oceny, co poprzez memy, czyli podstawowe jednostki informacji kulturowej. Podobne do genów „cegiełki” budują życie społeczne i świadomość dzieci. Dzieci uczą się poprzez naśladowanie wzorców złożonych z memów. Pisałem o tym w moim Przebudzaczu neuronów. Nawet jeśli matka krzyczy: usiądź prosto, a ojciec dodaje: ładnie jedz gówniarzu i nie baw się jedzeniem – lecz sam siorbie przy stole – dziecko nie tylko odwzoruje siorbanie. Powtórzy w swoim dorosłym życiu atmosferę kłótni i agresji przy posiłku. Sorry, ale raczej nie zapamięta szczegółowych ocen, lecz atmosferę emocjonalną. Raczej wzorzec relacji, niż pobożne życzenia rodziców. Raczej nie spamięta tych wszystkich piątek, szóstek i trójek, lecz atmosferę presji lub przyzwolenia. Kto z dorosłych pamięta jaką ocenę dostał na drugie półrocze z matematyki w klasie trzeciej? Albo – ile mandatów zapłacił za przekroczenie prędkości, i jak duże to było przekroczenie? To raczej symbol i przypisane do niego znaczenie decyduje o wartości, niż najbardziej przemyślany kodeks. Ursula K. le Guin daje wiele przykładów w swoich powieściach. Mem, a potem symbol. Metafora zamiast interpretacji. Lepiej mieć lepsze symbole na swój użytek.

prof. Richard Dowkins - kto jak nie on jest synem szatana :)
prof. Richard Dowkins, twórca koncepcji memów - kto jak nie on jest synem szatana :)

Po czwarte: A jeśli wszystko jest ok? Zjadamy i jesteśmy zjadani. Decydują mechanizmy doboru naturalnego. W kopalni jest gorąco, zapylenie i brak światła, a na Cyprze susza i brak wody. Na południu dla niektórych za gorąco, na północy dla niektórych zbyt zimno. Jest jak jest. Człowiek – gatunek posiadający pewną zdolność do autorefleksji. Drapieżnik używający narzędzi drapieżnika. Lojalny wobec swego stada, lecz również silnie hierarchizujący. Poeta, wojownik, zdrajca, przyjaciel, uzdrowiciel, zabójca… W kopalni istnieje ryzyko nabawienia się pylicy, a na Cyprze udaru. Zjadasz, więc możesz również zostać upolowany. Tylko mieszkaniec współczesnego miasta jest zniesmaczony gównem, w które wdepnął. Od tysięcy lat ludzie doskonale zdają sobie sprawę, że pies wydala odchody.  Defekacja nie była zła ani dobra dopóki, wypreparowany z naturalnego rytmu życia, mieszkaniec postmodernistycznej metropolii nie wdepnął włoskim butem w psie gówno. A jeśli wszystko jest ok? Zamiast „czynić sobie poddaną” matkę naszą Ziemię, zgodnie ze starym religijnym mitem, może wystarczy się przyłączyć? Oceny bowiem, używane w zachodniej cywilizacji w powszechnym rozumieniu i zastosowaniu, wymyślone zostały w tradycji judaistycznej. W micie o początku świata, kiedy to Jahwe stwarza, próbuje i ocenia wyniki własnej pracy – łącznie z ludźmi [Pascal, Szestow, Kołakowski, i inni]. A potem wszystko co jest niezgodne z wolą Jahwe jest grzechem i będzie surowo ukarane.

Piąty sposób to pozycja obserwatora, a szósty potrzeba poznawcza, zadziwienie, zainteresowanie. Obserwator jak etnograf, antropolog raczej jest obecny, zauważa, z dystansu notuje, doświadcza. Widzi i słyszy, rejestruje zamiast wartościowaść. Badacz natomiast kieruje się nieodpartą ciekawością. Po siódme jest jeszcze twórca, który nadaje znaczenie, kreuje nową rzeczywistość, wychodzi po za znane definicje. Po ósme wszystko zależy od sposobu stawiania pytania. Gdy patrzymy przez dziurkę od klucza, widać tylko fragmenty. Poruszamy się po omacku, a pytania tyleż odkrywają, co zaciemniają obraz. Po dziewiąte można używać komunikatu ja, na przykład: W moim odczuciu ta potrawa jest zbyt gorąca; Czuję się zakłopotany i zawstydzony, kiedy ty, w czasie posiłku, dłubiesz w nosie. Wolałbym żebyś to robił w łazience; Nie mam ochoty na oglądanie komedii. W moim dzisiejszym nastoju mógłbym być nazbyt krytyczny i popsuć wam zabawę. W komunikacie tego rodzaju dbam o własne emocje i potrzeby i jednocześnie oddzielam je od cudzych poglądów, potrzeb i zachowań. Zamiast pouczać – mówię o sobie. Zamiast wchodzić na terytorium psychologiczne drugiej osoby, dbam o swoje terytorium. Po dziesiąte zabawa. Kiedy się bawisz, to wtedy kredki i farby wirują, nogi stepują, mąka fruwa, słowa same się kleją i pierogi wychodzą równiutkie, a nawet jakby uśmiechnięte. Zauważyłaś, że kiedy w czasie zabawy ktoś rzuci ocenę – czar pryska, magia mija. Wraca szare. W zabawie przestajesz się przejmować kryteriami – po prostu szalejesz, wygłupiasz się, cieszysz, tańczysz…

bracia Grimm - ich opowieści choć okrutne, to jednak akceptowane
bracia Grimm - ich opowieści choć okrutne, to jednak akceptowane

Och, jest tych sposobów bez liku, chyba nie wymieniłem wszystkich. Można dzieci, a nawet siebie kształtować w inny, nowy, stary, przedwieczny, prosty, odkrywczy sposób, tylko po co, jeśli pod ręką są oceny? Jeśli religia, kultura i społeczna norma – tego właśnie od nas oczekują? Oczekują? Na tym są zbudowane – na wartościowaniu, nakazie i zakazie, na kryteriach, które ulepiły naszą osobowość. Jak dowiadujemy się od księdza, z filmu poleconego przez Anitę, nawet Gestalt, nie mówiąc o Reiki są wymysłem szatana, podobnie jak Yoda. Harry Potter nie, a fiolka z krwią [wiadomo kogo] tak. Ciekawe z jakiego powodu na tej liście nie ma braci Grimm, Andersena, wspomnianego Słowackiego, czy Mickiewicza z jego wywoływaniem duchów? :) Choć znaczenie presji religijnej w niektórych krajach osłabło to przecież jest moda, trend, popularność, czy jak w filmie z Patrice Leconte Śmieszność – lęk przed ośmieszeniem, wykluczeniem, opresją.

Oj, tu bym się nie zgodził… Tak, ale warto jeszcze uwzględnić…No, nie do końca bym się zgodził…Chyba nie całkiem jest tak, jak pan mówi…Raczej tak, ale w zasadzie…Ale przecież to nie całkiem jest prawda…Ale, ale zaraz, zaraz…Nie, no z tym się nie mogę zgodzić… No, gdyby to była prawda…No, nie wiem, nie wiem….Ale…Tak, ale…

:) :) :) [ cytaty w wersji ultra light]

Stół jest stołem…być może :)
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

46 komentarzy

  1. Majkelu, “Matrix Energetics” nie tyle daje informacje o samych matrycach co o pewnych technikach pracy ze zdrowiem. Natomiast pojęcie matryc energetycznych obijało mi się o uszy dużo wczesniej.Najwięcej dowiedziałam sie o nich na seminarium reiki II stopnia u Sebastiana Leosza, który odwołuje się do badań z zakresu fizyki kwantowej. Sporo informacji o matrycach jest w internecie. O Kronikach Akashy pisano juz w Wedach:) Generalnie kążda istota/organ/idea/wydarzenie ma swoją matrycę energetyczną. Z matrycami pracuje się np. w operacjach fantomowych. Zmiana wzoru energetycznego organu powoduje dopasowanie się organu do tej zmiany. Osoby jasnowidzące mają dostęp do matryc energetycznych przyszłych wydarzeń. W dużym skrócie to jakby wzorce energetyczne, a wszystko w tzw. realu jest ich odwzorowaniem.

  2. Joanno:)
    “Może to nawyk umysłu-niepotrzebny-definiowania Światła w opozycji do Ciemności?:))” – być może, szczerze mówiąc to nie wiem co o tym sądzić, więc zawieszę osąd:) kurczę juz nie raz powołujesz się w swoich wpisach na tą książkę o matrycach, musi być dla Ciebie ważna, chyba też przeczytam, może ją znajdę na chomikuj.pl:) serdecznie pozdrawiam.

  3. Zosko, już teraz bardziej rozumiem ideę pracy z ego w buddyzmie. Bardzo dziekuje Ci za wyjasnienie. Mam ogromny szacunek dla buddyzmu, tylko nie wszystkie idee są dla mnie zrozumiałe.

    Majkel, czy definiuję widelec przez nie-widelec?:)) Może to nawyk umysłu-niepotrzebny-definiowania Światła w opozycji do Ciemności?:)) Nie wiem, tak sobie zadaję pytania:)) Cały czas mam w głowie ideę matryc energetycznych. Wzmacniam to, czemu poswięcam uwagę. I zwiększam prawdopodobieństwo występowania zdarzeń związanych z tą matrycą. Zgodnie z tą koncepcją lepiej byc za pokojem niz przeciwko wojnie.

    Ewelino, zrobimy ogromny tort i zaprosimy wszystkich blogowiczów:)) Nie umiem wklejać zdjęć. Zapraszam Was więc do wyobrażenia sobie, że tutaj znajduje się zdjęcie OGROMNEGO tortu bezowego pełnego truskawek i bitej śmietany:))

  4. Możemy mieć kontrole nad emocjami, ale zazwyczaj wymaga to pracy,kontrolowania emocji, jest wiele metod użytecznych do tego. Jeśli chodzi o buddyjski przekaz, to mówiąc z grubsza, jego sens polega na postepowaniu podobnym do tego, jakie opisał Majkel—najpierw zauważamy emocję i bezstronnie ją obserwujemy (w przypadku gniewu, który jest podstawą agresji to są mocne energie i nie tak łatwo to obserwować bo wciagają jak tsunami), a kiedy okazuje się, ze z obserwacją nam tak “średnio” idzie, wspomagamy się praktykami, które pozwalają nam doświadczyć, że inni (ci, co budzą gniew), są tacy sami jak my, można ich polubić, współczuć im, dobrze życzyć. Na tych, których lubimy, na ogól nie wywalamy agresji, nie? Co mnie zawsze zaskakuje w buddyjskich praktykach, że te, które dotyczą doświadczania bliskości z innymi, nawet z tzw. obcymi są tak potężne i skuteczne. Dlaczego tak jest? Może dlatego, ze tak naprawdę wszyscy mamy dobre serca i wystarczy tylko zwrócic na nie uwagę, a “energia podąża za uwagą” (tak chyba Joanna powtarza) i już ?

  5. Ewelino, marzenia się spełniają ;-) Chętnie Was zaproszę do siebie nad morze na nasiadówko-spacero-pogaducho-jedzenie ;-) Kwestia zgrania terminów. Wakacje niebawem ;) Wystarczy słowo, a podejmę działania.

  6. słucham Was ( tj. czytam) i tak sobie myślę … że, agresja jest raczej użyciem energii, którą nazywamy gniewem. Bo – jest bodziec – i jest nasza reakcja na przykład właśnie jako gniew. Najczęściej jest tak natychmiastowy że wydaje nam się, że między bodźcem a reakcją nie ma ułamka sekundy przerwy. Ale jest. A jeśli poddamy się gniewowi czy złości jak kto woli to użyjemy jej jako agresji właśnie. Agresja jest skierowana przeciw komuś lub czemuś, nie może istnieć tak ot sobie. Nie mówimy, że “czuję agresję”, czujemy złość, gniew. To raczej jest tak, że przetwarzamy naszą złość na agresję, żeby podać ją dalej a tym samym pozbyć się jej (albo odwrotnie). Reakcja złości to nawyk a nawyku trudno się pozbyć. Zwłaszcza, że uczucie złości pojawia się w nas w moment po narodzeniu zanim jeszcze umysł oswoi tę energię w ciele. Część psychologów w tym upatruje zresztą nasze przekonanie, że są to nawyki niezależne od naszej woli. Tak jak wcześniej Zośka pisze, że “nie mamy kontroli nad tymi emocjami”. Mamy tę kontrolę ale mamy też przekonanie, że to emocje rządzą nami. A to jest tylko przekonanie.

    (późno już a ja nie wiem na ile sensownie składam zdania :))

    Joanno – tort bezowy z bitą śmietaną i truskawkami to spełnienie moich marzeń tortowych. Jak Maciek go nie zrobi to same kupimy/zrobimy sobie taaaaki wielki i zjemy we dwie :)

    pozdrawiam,

    ps. Chciałabym Was poznać w “realu” (nie w Realu). Posiedzieć/poleżeć na łące pod drzewami, pograć w badbingtona (jak to się pisze ??), zjeść ten tort i pogadać o tym o czym tu sobei gadamy od 50 tysięc wejść :)
    taką mam fantazję :)

  7. “A gdybyśmy przyjęli koncepcję, że możliwe jet samo Światło?” – skoro mamy pojęcie światła to mamy też jakąś jego definicję, chociażby roboczą. Negacja definicji wywołuje w naszych głowach nowe pojęcie na przykład pojęcie ciemności. Nie mogę za bardzo wyobrazić sobie sytuacji w której mam pewne pojęcie światła, nie tworząc jednocześnie w sobie pojęcia ciemności jako jego przeciwieństwa.
    Co do agresji wydaje mi się, że jako emocja jest ona wywoływana przez myśli, wobec tego gdy pojawia się w nas agresja to jedyne co możemy zrobić w tej właśnie chwili to nie utożsamiać się z nią, w sensie, być jej świadomym, jednak jest to działanie doraźne. Prawdziwa praca z agresją zaczyna się gdy pracujemy z myślami ją wywołującymi, w dużej mierze nieuświadomymi. Jako kierowca przez całe lata “rzucałem w powietrze” niby niegroźne, szeroko rozpowszechnione epitety typu ” jak Ci ludzie jeżdżą” pod adresem innych kierowców. W którymś momencie zacząłem łapać się na tym że wystarczy drobny przyczynek na drodze by odpalał we mnie straszny agresor. Zacząłem więc pracować nad sobą ale nie tyle koncentrując się na samej negatywnej emocji, co właśnie na przekonaniach o samych kierowcach. Pozytywne efekty przyszły szybko. ..oczywiście są to tylko moje doświadczenia i nie twierdzę że nie ma innych metod pracy z agresją.

  8. W buddyzmie nie “wykorzenia się” egoistycznych zachowań przez nazywanie ich złem (to a propos notki o obgadywaniu), nie traktuje się ich jak grzechu (tak moze jest w chrześcijanstwie), traktuje się je jak CIERPIENIE i dlatego uzywa się antidotum na to cierpienie, odpowiednich praktyk. Czyli, tak jak to postulujesz, nie karzemy się za “posiadanie” ego, nie fundujemy sobie konfliktu wewnętrznego, tylko stosujemy skuteczne środki, by ograniczyć cierpienie wiażące się z egoistycznymi zachowaniami.Czyli jesteśmy dla siebie bardzo życzliwi. Robimy to z troski o nas i innych i bez biczowania się.

  9. Czyli jak uświadomię sobie, ze jestem agresywna, to mam to zaakceptować, wtedy się wzbogacę bo mogę agresji użyć do obrony życia, a w innych sytuacjach po prostu “dam jej wolne”? Mogę sobie wyobrazić, że osobnik agresywny będzie skuteczniej bronił zycia własnego dziecka niż osobnik łagodny, ale trudno mi sobie wyobrazić, ze osobnik agresywny po uświadomieniu sobie i zaakceptowaniu własnej agresji w innych przypadkach, już nie tak bohaterskich, po prosto da jej wolne. Z tego, co wiem z życia, emocje (zwłaszcza gniewu i lęku, bo z nimi najczęsciej wiaże się agresję) nie ustępują tak łatwo i nie masz nad nimi takiej kontroli, zeby po prostu decyzyjnie “dać im wolne”, chyba , ze mówimy o agresorach z kreskówek dla dzieci.

  10. Tak sobie jeszcze myślę, ze np. mogę uświadomić sobie, ze obgaduję ludzi i nie chcę tak dalej. Mogę albo nazwać to złem i wykorzeniać.Być czujnym, karac się za wszelkie przejawy. I wtedy zafundować sobie konflikt wewnętrzny i rozkręcenie mechanizmów obronnych. Lub uznać to w sobie, zastanowić się nad intencją takiego działania. I wtedy mogą się pojawić inne, bardziej służące mi i innym sposoby realizowania tej intencji. Bez walki wewnętrznej. Z życzliwą uwagą dla siebie

  11. Zośko,ww mojej mapie to nie są adekwatne przyklady:) Jeżelil ktos kradnie, to najwyraźniej jest to w zgodzie jego systemem wartości /nie mówię o kleptomanii/. Chodziło mi o sytuacje, w których nie akceptujemy jakichs naszych zachowań/części. Jeżeli nie akceptuję świadczenia nieprawdy, to tego nie robię.
    Jeżeli nie akceptuję swojej agresji, to mogę ją tłumić czy zaprzeczać jej. Jeżeli zaakceptuję ją w sobie, to mogę korzystać z niej np. do obrony zycia. A w innych sytuacjach dać jej wolne:))

  12. Joanno,
    a jeśli zaakceptuję fakt, że kradnę, obmawiam ludzi, świadczę nieprawdę, etc (to wszystko zachowania egoistyczne), to też “zaakceptowane odejdzie na zasłużony wypoczynek” ?

  13. Babciu Kasiu, to ja tez trochę prowokacyjnie:
    “Nie ma przecież Dobra bez Zła i Cienia bez Światła.” A kto tak powiedział? Parę koncepcji filozoficznych? A może to postracjonalizacje? Ludzie tak sobie wymyslili, żeby poradzic sobie z cierpieniem?
    Tak sie ostatnio zastanawiam,jak filtry przyjetych przez nas koncepcji wpływają na nasze zycie. I nie tylko nasze. A gdybysmy przyjęli koncepcję, że możliwe jet samo Światło? Ludzie za tym tęsknią, bo tak budują wyobrażenia Nieba i tym podobnych światów równoległych:)) Jak by to założenie zmieniło nasze oczekiwania i działania? Czy zakladając, że Jasna Strona Mocy nie może istnież bez Ciemnej Strony nie wzmacniamy paradoksalnie tej drugiej? Energia podążą za uwagą:))

    “A potem już tylko peace i love…” No właśnie, czemu nie?:)))

    A zupełnie z innej strony. Właśnie mi się pojawił obraz, jak Maciej przygotowuje dla nas tort z okazji okrągłej liczby wejść, a Bolek, Kotlet i Feluś mu kibicują. Ja poproszę bezowy z truskawkami i bitą śmietaną:)))

  14. Zosko, może to kwestia definicji ego? Pewnie inaczej je rozumiem. Ja tylko mam znak zapytania związany z przekazem, że jakaś część człowieka jest “nie OK” i konsekwencji takiego myślenia. Zainspirował mnie poprzedni artykuł Maćka. Ileś lat temu nieustannie się odchudzałam. Walczyłam z tłuszczykiem, którego w swojej koncepcji miałam za duzo. Nie akceptowałam go. I w pewnym momencie zmieniłam myślenie i strategię. Metaforycznie “pogadałam” z nim. Podziękowałam mu za to, że chciał mnie chronić. Zapewniłam, że już sobie sama poradzę.Zadziałało:)) Waga spadła i taka “spadnięta” utrzymuje się do dzisiaj bez wysiłków z mojej strony:) Stąd moje myslenie najpierw o zaakceptowaniu, bo wtedy to zaakceptowane może odejść na zasłużony wypoczynek:)

  15. w buddyzmie ego się akceptuje (choć w medytacji doświadczasz jego iluzorycznej natury), ale to nie znaczy, ze pobłażasz mu jak niekochanemu dziecku. Uleganie ego zawsze prowadzi do mniejszego lub wiekszego cierpienia, nie tylko innych, ale i nas samych, więc kto chciałby obdarzać je (to ego) taką miłością?

  16. Joanno,
    w buddyzmie akceptuje się w pełni ego i nie uważa się go za “ciemną stronę mocy”, ani za cień w jungowskim sensie. Nie “wykorzenia się” też ego jak grzechu, co być moze robi się w chrześcijaństwie (tego nie wiem, tutaj jakby mnie ktoś pouczył, byłabym wdzięczna).
    Idea “biednego ego” siedzącego cicho w kąciku, bo się je zaakceptowało jak niekochane dziecko jest urocza, ale obawiam się, ze mało (psychologicznie) realistyczna.

  17. Jestem i ja. Zgłaszam się skoro wywołują do odpowiedzi. I na tym miejscu i o tej porze zgłoszę prowokacyjnie pochwałę prowokacyjnego wrzucania prowokacyjnie “wrogich” kamyczków do rzeki… I pochwałę Cienia, który przypomina , że jest Światło. Nie ma przecież Dobra bez Zła i Cienia bez Światła. I jakże się ta rzeka potem przepięknie konsoliduje, jak poznaje swoją moc, z jaką siłą porywa kamyczki do wspólnego tańca…
    A potem już tylko peace i love….

  18. Kochani, cudny spacer, z Gdyni do Sopotu, plażą. Ależ mi ten czas zleciał… A w Sopocie nagroda, goferek zjedzony ;-) do popicia w drodze woda z miętą z ogrodu mamy zerwaną miałam, słoneczko, ptaki… I myśli szkodliwe wyczesał nadmorski wiatr. Lekka i przewietrzona we wszystkie strony siadam do obiadu, a potem… potem to nie wiem…
    Pewnie kawa i książka dla ducha. I może jeszcze raz nad wodę? A co mi tam, jak szaleć to szaleć, dzień dziecka mam przez najbliższe dni, więc odpoczywam.
    Życzę wszystkim skarbów na stole i obok i za oknem ;-)

  19. 50 000….
    Ze swojej strony Dziękuje wszystkim ! za dzielenie się ” sobą ” na tym blogu …
    Wszystkiego co najlepsze ..dziś i dalej …
    czas mija …a my czasami w kółko się kręcimy wokół tego stołu ..i o tym samym chodż innymi słowami …
    Jestem
    Monika

  20. i jest ponad 50 tys wejść. ale szybko czas mija. taka dygresja bez związku :)

  21. Agnieszko Hawajko, a dla mnie monolog tutaj jest jak najbardziej OK:) Ja swoje wpisy tutaj traktuje jak autocoaching. Czytam artykuł Maćka, pojawia mi się refleksja, w czasie wpisywania konkretyzuje się. I uważałam za moc tego miejsca to, ze kazdy mógł dzielic sie swoimi refleksjami bez obawy przed krytyką ze strony innych czy koniecznościa tłumaczenia sie ze swoich poglądów. Miałam obraz leniwie toczącej się rzeki, do której wpływają różne strumyki-nasze wypowiedzi. Uwaznie czytałam wszystkie wpisy, bo byłam ciekawa świata innych. Czasem dialogowałam, gdy chciałam się podzielic z kimś czyms pozytywnym. W którymś momencie pojawiły sie podobne historie jak w innych miejscach w internecie-udawadnianie sobie racji, krytyka cudzych poglądów itp. itd. No i dlatego tak się w jednym wpisie rozżaliłam, bo brakowało mi tej poprzedniej energii:))

    Natomiast nadal się tutaj odzywam z nadzieją, że ta leniwa rzeka znowu w pełni wróci. Aczkolwiek mnie też czasem ponosi i wchodzę tutaj w męską energię przepychanki.

    A jeszcze co do zmiany pola. Spostrzegam to w taki sposób. Do rzeki wrzuciła swoje kamyczki Zmija i zaczęły rozchodzić się kręgi innej energii. Zaczęły pojawiać się inne w tonie wpisy-pouczajace,dyscyplinujące itp. itd. Ja też się w którymś momencie tym zaraziłam. Wystarczy jedno zakłócenie i leci domino:)))

  22. Vayho, czy znasz inne sposoby na dobre samopoczucie? Niekoniecznie wynikające z “jestem lepszy niz Ty/wy”? ;)))

    No tak, jestem cokolwiek złośliwa. Ale co tam, brak mi pokory i świętości. No i mam ego i nie zawaham sie go użyć:)))

    Frank Farrelly stosuje metodę prowokatywną w pracy z ludźmi. I jest bardzo skuteczny. bo osiągnął taki etap madrości i dojrzałości, ze przy prowokacji daje ludziom ogromną akceptację, poczucie bezpieczeństwa. Bez tej mądrości i dojrzałości prowokacja staje się agresją.

    Tak sobie jeszcze pomyślałam, że buddyjski przekaz sugerują wykorzenianie ego. Czyli mamy w sobie coś, co jest Ciemną Stroną Mocy i trzeba się tego pozbyć. Coś jak chrześcijańska koncepcja grzechu. I w efekcie człowiek jest cały czas w silnym konflikcie. A może inna scieżka? Po prostu zaacetować siebie w pełni? Niezwalczane biedne ego będzie wtedy mogło sobie czasem odpocząć i wyłączyc się.

    To tak jak z Cieniem. Zaakceptować zamiast odcinać i wykorzeniać. To taka refleksja w sprawie poprzedniego artykułu o dążeniu do doskonałości

  23. PS swoją drogą taka mnie myśl naszła, jak łatwo ego pobudzić, podjudzić, moje szalało tu wielokrotnie i czasem udało się poskromić, a czasem przejmowało kontrolę i coś tu wpisywało “pod wpływem” egoimpulsu ;-).
    Wystarczy jedna wypowiedź “inna” i już faktycznie zapodajemy “mądrości”, miast dzielić się różnymi doświadczeniami. No masakra jakaś ;-) patrzę na moje pierwsze wypowiedzi i mam wrażenie, że byłam przodownikiem jakże jasnych i oświeconych i ponad wszystko racji. Brawo Agnieszko, naprawdę zuch dziewucha z Ciebie.
    Cieszę się, że mogłam tu śledzić swoją własną zmianę, bez interakcji z Wami, byłoby to mało możliwe, a z pewnością trwałoby dłużej.
    Teraz jednak mam taką refleksję, że owszem, wymieniamy się tu doświadczeniem swoim, ale rzadko kto chce się dołączyć do zwykłej rozmowy. Ufam, że to jest możliwe, nawet kiedy się nie widzimy. Możliwy jest dialog, nie zaś monolog ;)
    Kilkakrotnie chciałam pogadać, jeden Grerr się przysiadł na chwilkę, czasem Joanna, czasem Anita i jej Kraina Czarów, Ewelina też szepnie słowo, a i Monika B nastawi czujne ucho ;-).
    Fajnie, że jesteście uważni na znaki zapytania i zaproszenia do kącika pogaduch ;-) Może kiedyś uda się nam zsynchronizować ;-)

    wypowiedź vayhy uświadomiła mi coś. Bo ja mam taką potrzebę i widać za bardzo ją chcę urealnić, poznawać inne światy, łączyć je, dzielić się moim. (Ale na początku przecież byłam jedynie oświecona i mądra, więc potrzeba była z lekka przykryta egopapą, teraz tylko małym egopiórkiem:-))

    Ale jak mi ktoś bliski powiedział: na dobre rzeczy trzeba czasem poczekać trochę dłużej…
    Amen, idę na spacer wypróbować moje nowe sandały sportowe, w których mam zamiar przemierzać hawajskie wyspy z plecakiem ;-)

  24. Dzięki vayha za szczerość! To rzadki dar! I ocenię go bardzo wysoko ;-)
    Prosto i na temat piszesz. Czasem chciałabym być mężczyzną, na szczęście mogę się od nich uczyć, jak można sobie życie ułatwiać nie zaś komplikować ;-)

  25. Hej Jo. Z ojcami kościoła mam tyle wspólnego co Yoda z szatanem :) … chociaż starych mistrzów chrześcijańskiej miłości traktuję z ogromnym szacunkiem i uważam że prawdy zawarte w ich naukach nie mają nic wspólnego z tym cyrkiem, który ubrany jest w palki, cyboria, pektorały, lavaba i monstrancje.

    Świętość dla mnie jest terminem uniwersalnym i synonimem pokory. Pokory, której pozbawione są moje wypowiedzi na tym forum ale tylko pozornie, bo robię to z premedytacją a intencje w nich mam świadomą – chce wam trochę dopiec i Maćkowi czasem też ( a czemu nie?). Jak słusznie ktoś tu zauważył wchodzę często w rolę medrca czy eksperta – bo mnie bawi – to jak ludzie się tu pouczają nawzajem, dają rady a czasem nawet potrafią wchodzić w ostre konflikty między sobą i udawadniać swoje racje.

    No cóż, każdy załatwia tu swoje potrzeby w jakiś sposób. Wy, ja a nawet Maciek. :)

  26. :)

  27. “W tradycji wschodniej piękne jest to, że to uczniowie przychodzą do mistrza po radę a nie mistrz jeździ jak objazdowy sprzedawca lodów i dzieli się radami, opiniami i wartościami. Nie nawraca – tak jak my europejczycy przez lata.”

    stawiajmy sobie pytania..piękna refleksja (o..znowu ocena)..stawiajmy sobie pytania

  28. po co…? bierzemy “na tapetę” księdza, który mówi co mówi, zastanawia mnie “nasza” pierwsza reakcja na postać z ambony, ja w pierwszym odruchu się zaśmiałem, potem przyglądałem z niedowierzaniem, by w końcu wyłączyć film= oceniłem
    zatem, daleko mi do obserwatora i antropologa roli..ale się uczę, powoli

  29. Od czego zależą inklinacje do ferowania ocen, osądów, ograniczających przesądów? Od stopnia uzależnienia od własnego ego. Nawet jeśli poznam metodę nr 5 (obserwator), nie wprowadzę jej w czyn i pozostanę na gruncie teoretycznym, jeśli całe pole możliwej obserwacji zasłania moje własne ego. Niczego wtedy nie będę obserwować, moje spasione ego nie pozwoli na “beznamiętną” obserwację Wda się od razu w ocenę sytuacji, oszacuje ją zawsze na swoją korzyść. Nr 6 (kreator ciekawy świata) też odpada jak ego zajęte jest bez reszty przerabianiem swoich codziennych emocji (“trucizn umysłu”, jak je nazywa buddyzm); nie ma wtedy miejsca na coś innego od mojego wielkiego JA. Jestem wtedy wielkim pępkiem małego świata i ten świat mnie “nie rusza”.
    Jednym słowem, dopóki lgniemy jak szaleni do swojego ego (które jest tak naprawdę iluzoryczne) , a które pomimo swej iluzoryczności serwuje nam co chwila ten sam zestaw menu w różnych kombinacjach, a mianowicie —dumę, pożądanie, lęk, gniew—dopóty nie rozluznimy naszych sztywnych ocen, kryteriów, sądów.
    Dlatego uważam, wierzę i sądzę (ale nie pryncypialnie bo dojście do tej konkluzji zajęło mi prawie 35 lat eksperymentów na sobie i innych i nie zależy mi na tym, czy się z tym zgodzicie, czy nie, ja po prostu mówię, co wiem z doświadczenia i co potwierdza prawie każda religia), ze praca z ego (które tak naprawdę jest iluzoryczne) jest podstawą nieprzywiązywania się do osądów isztywnych kryteriów. “Wchodzenie w cudze buty” to już jest praca z ego. Metod jest wiele. W młodości pracowałam przez rok w przedszkolu i robiliśmy z maluchami non stop teatr. Lubiliśmy ten nasz całoroczny teatr. Polegał na tym, ze każdy maluch miał okazję zagrać wszystkie role w przedstawieniu, a więc raz był liskiem-chytruskiem, raz grożnym wilkiem, raz owieczką, a nawet słoneczkiem (ponieważ okazało się, ze jeden chłopczyk chciał świecić jak słoneczko…) W ogóle młodzi aktorzy (teraz pracuję z przyszłymi aktorami) mają lepiej pod względem możliwości pracy z emocjami, przepracowują to na scenie, odgrywają je, a więc nie traktują ich tak poważnie, jak my na scenie świata :)

  30. “Tylko mieszkaniec współczesnego miasta jest zniesmaczony gównem, w które wdepnął.” w tym zdaniu jest kwintesencja wszystkiego. Maćku, zgadzam się z każdym słowem.

    Gdy czytałam Twój wpis przypomniały mi się pewne konwersatoria na studiach- był to albo przedmiot język demokracji, albo totalitaryzmu (mieliśmy z tą samą panią dr więc nie pamiętam ;)). W każdym razie, na tych też zajęciach, pani doktor opowiadała nam o tym jak przedziwne są rodzaje w różnych częściach świata. I tak w Polsce mamy w liczbie mnogiej rodzaj męskoosobowy (wszystko co jest rodzaju męskiego i jest człowiekiem) i rodzaj niemęskoosobowy (wszystko pozostałe czyli dzieci, kobiety, psy, kalaruchy, kupy, wszystko w jednym worku :)). W języku angielskim nie mamy rodzajów męski, żeński i nijaki. Prawdopodobnie dlatego też kobiety miały tam od wczesnych stuleci dużo większe możliwości bycia chociażby królową rządzącą (w przeciwieństwie do Polski ;))

    A w pewnych plemionach indiańskich (nie pamiętam jakich, ale są ;)) rodzaje określa się poprzez kształty. Tzn gruba i niska kobieta będzie miała ten sam rodzaj co gruby niski facet, albo gruby krótki pal drzewa, albo gruba krótka kupa ;) (no i włączył mi się wątek fekalny ;)). Natomiast długi chudy patyk będzie miał taki sam rodzaj jak długie chude drzewo albo dziecko…

    Coś wyczuwam, że Indianie lepiej mówią o otaczającej ich rzeczywistości. Opisują rzeczywistość. Bez oceny :)

    I do czego zmierzam… do tego, że oceny mamy w bardzo wielu przypadkach zakorzenione w samej gramatyce języka. I taka refleksja mi przyszła- czy jeśli nadejdzie czas oświecenia, zacznie zmieniać się kultura, sposób patrzenia i sposób mówienia- czy będziemy mieć nowe słowa? całkowicie nowe konstrukcje zdań, których będziemy się uczyć od maleńkości? chciałabym dożyć takich czasów… o ile już ich nie dożywam, bo przecież zmiany już są, tylko na ten moment mikro… :)

  31. Zapisane, dzięki ;-) A na smoka poczekam grzecznie.
    Idę się suszyć, bo taka zachlapano-przechlapana jestem, może mnie słonko oświeci ;-)

  32. Polecam ksiązki Bartletta “Matryca Energetyczna” i “Fizyka cudów”. A co do “skrzydła smoka” to dowiem się czegos w przyszłym tygodniu:)

    W sprawie świętości obie mamy przechlapane. Vayha chyba z Ojcami Kościoła jest w bliskiej komitywie. Bo poglądy zbliżone:)))

  33. O, a to ciekawe co piszesz o zdrowiu… Google nie znają “skrzydła smoka”, chętnie dowiem się czegoś więcej.

    A elastycznie między światami równoległymi to by było oświecenie z turbodoładowaniem ;-) no i mega świętość zarazem (na to drugie nie mam szans, jako kobieta rzecz jasna ;-))

  34. Ewelino, dobrej zabawy:))

    Agnieszko Hawajko, a jak by się tak dało elastycznie miedzywymiarowo między swiatami równoległymi. To dopiero by byla zabawa:))) Jest taka technika dot. zdrowia. Przy jego zaburzeniu utrzymuje się myśl, ze w którymś ze swiatów równoleglych nasze ciało jest zdrowe /opisana w “Matrix Energetics” Bartletta/.. Kolega, który mocno siedzi w takich sprawach mówił mi, ze istnieje podobna stara technika medytacyjna -“skrzydło smoka”.

  35. mam kilka komedii romantycznych na dvd. poćwiczę i spróbuję :)

  36. Ewelino, jest dobrze ;-) Równowaga jest. Mało mówisz, dużo piszesz, wychodzi pięknie tak jak ma być.
    A tym pchnięciem to może niby to przypadkiem “wpadnij” na kogoś… wiesz, tak się potknij i już Ty pchać nie musisz, a chętnie takie domino bym zobaczyła. Z drugiej strony ono już się toczy w “podaj dalej”, bo nie wiem jak Wy, ale u mnie zatacza naprawdę duży krąg to domino podaniowe ;-)

  37. Agnieszko – ja jestem czystym przykładem używania za dużo słów. Na zewnątrz tego nie widać bo ja raczej mało mówię a lubię słuchać i obserwować. Ale za to uwielbiam pisać, pisać i pisać. a tu słów potrzeba mnóstwo żeby wyrazić to co chcę powiedzieć. Nie ma tu równowagi żadnej ale mówię sobie,że to ekologiczne wyjście. Bo ja piszę ile chcę a nie zmuszam nikogo do przetrawiania tego co piszę.
    Ale moja niecierpliwość nadal jest totalna. Miewam czasem poczucie, że stoję wśród śpiących ludzi ( obrazek armii chińskiej mi od razu przyszedł do głowy). tylko do tego obrazka dorzuciłabym mnóstwo głośników z potokiem słów. i czasem mam ochotę popchnąć jedną osobę i sprawdzić jak zadziałałby efekt domina. takie dziecięce fantazje :))

  38. Dla mnie kluczem do bycia jest “uważna elastyczność”, wielowymiarowość i łagodne przełączanie się między wymiarami swoimi i otoczenia. Trenuję codziennie, wychodzi różnie ;-), ale każde “płynne przełączenie” daje mi ogromnego kopa energetycznego.

    Ewelino, też tak czuję, że czasem za dużo słów używamy i za szybko chcemy coś przeskoczyć. Wiem to po sobie, moja niecierpliwość była przeogromna, na co traciłam ogrom energii…

    Równowaga… Lubię mieć jej świadomość i poczucie, że nawet kiedy jest “źle” jest dobrze ;-)

    I faktycznie, śmiech pomaga mi często tę równowagę zachować.

  39. tylko czemu ma służyć wyzbycie się wartościowania ? czy tylko temu żeby się wyzbyć ? trochę jak z nałogiem. walcząc z jednym można łatwo wpaść w inny,prawda ? a gdyby to wartościowanie zostawić tylko i wyłącznie dla siebie. nie dzielić się tym z nikim ? nie mówić innym “,że warto coś zrobić” albo “nie idź tam, nie warto”. bo może jeśli pilnowałabym się by nie dzielić się z innymi tym co warto a co nie to może w końcu sama bym doszła do przekonania,że …nie warto wartościować. dopóki rozdaję na prawo i lewo co warto a co nie to mam zajęcie, poczucie zmiany ba! naprawy nawet świata i ludzi. A i czyste sumienie, że nie pouczam i nie rozkazuję a tylko mówię co myślę. tylko po co ? W tradycji wschodniej piękne jest to, że to uczniowie przychodzą do mistrza po radę a nie mistrz jeździ jak objazdowy sprzedawca lodów i dzieli się radami, opiniami i wartościami. Nie nawraca – tak jak my europejczycy przez lata.
    mi najbliższy jest sposób nr 9 i 10. Chyba za dużo słów używamy. za dużo i za szybko chcemy wszystko zrozumieć ? może ?

  40. chyba zdaniem tradycji wschodniej jest albo osobista mapa, ktora tak czesto wciskamy innym uwazajac ze jest obiektywna, ha,ha,ha “obiektywna”, albo oswiecenie i wtedy stol okazuje sie byc stolem, czyli jak to rozumiem rzeczy sie upraszczaja, znika ego, a co do swietego Yody “Yodo ufam tobie” – szacun, smiech to dla mnie najlepszy sposob

  41. Agnieszko Hawajko, w życiu to różnie:)) Świadomość, ze to tylko mapa nie towarzyszy mi cały czas i potrafię się zapędzić np. w ocenach. Natomiast na szczęście często mi się “odgina”-przychodzi refleksja, ze sie zagalopowalam. Czyli to, o czym wcześniej pisałam-zawsze mozna cofnąć się o krok i zweryfikować swoje spostrzeganie. Ćwiczę też coś innego i coraz lepiej mi to wychodzi:)) Staram się wejść “w buty” drugiej osoby, zrozumieć jej mapę.. I nawet w przypadku takich wypowiedzi jak w filmie cytowanym przez Anitę rozumiem przyczyny takich a nie innych wypowiedzi księdza. W jego mapie on walczy ze złem.A zło to wszystko to, co wg niego mieści się w określonej definicji lub co mu przekazały ważne dla niego autorytety. Rozumiem przyczyny takiego zachowania /treści wypowiedzi, emocji/ księdza. Co nie oznacza, ze takie poglądy podzielam . Szczególnie w stosunku do mojego ukochanego Yody:)))

    I jeszcze co do wcielania teorii w zycie:) Uważam, ze jestem odpowiedzialna za swoja mapę, czyli swój obraz świata. To ja decyduję, gdzie kieruję uwagę. Co i w jaki sposób włączam do swojej mapy.Czy żyję w fajnym czy niefajnym świecie:) Natomiast wiem, że nie mam monopolu na prawdę. Rozmawiając z ludźmi czy prowadząc szkolenia pokazuję im fragment swojej mapy, a nie objawioną prawdę o świecie:)

  42. PS Może nie jestem odosobniona z tym wcielaniem teorii w życie (że tak rozwinę mój skrót myślowy :-))

  43. Joanno, a powiedz, jak u Ciebie w życiu z tym, co piszesz? Bom ciekawa Twego doświadczenia.
    (Może nie jestem odosobniona :-))

  44. Mogę mieć cały czas świadomość, ze wszystko, co spostrzegam to moja prywatna mapa rzeczywistości. To próba opisu świata i w każdej chwili może ulec zmianie. Jeżeli mam tego świadomość to zamiast pryncypialnych stwierdzeń “tak jest i koniec” komunikuję sobie i innym”tak mi się wydaje”, “teraz tak to spostrzegam”. I w każdej chwili mogę to spostrzeganie zmienić.

    Bardzo mi się podobają uśmiechnięte pierogi:)))

  45. W świąteczny poniedziałek przytrafiła mi się taka oto sytuacja: Idziemy z mężem na spacer, a raczej z niego wracamy. W oddali zauważam kobietę, której niedawno wrzuciłam 10zł, pisałam tu już o jej zdziwieniu, o spojrzeniu, o tym, że dałam pieniądz na ulicy ot tak, z intencją żeby przysłużył się tej osobie najlepiej jak może… I teraz widzę tę niską kobietę. Mija nas i mówi kłaniając się głową: Wszystkiego dobrego! A jej twarz promienieje. I znowu przez ułamek sekundy widziałam “to” spojrzenie, które jest ponad wszystkim, które mówi wszystko. Odpowiedzieliśmy, odwzajemniając uśmiech i ukłon, potem nasze trzy światy się rozeszły. Każdy ze swoim poszedł dalej.
    Czuję, że to jeszcze nie jest koniec tej opowieści, że los pisze kolejną odsłonę i z radością ją przeczytam ;-)

    Cieszę się, kiedy mam te momenty w życiu przyjmowania spraw takimi jakie są, rzeczy też są wtedy takie jakie są. I nawet nie pojawia się w głowie żaden przymiotnik.
    Najpiękniej mi jednak patrzeć w czyjeś oczy. Bo kiedy kogoś “widzisz naprawdę” w głowie nie ma żadnego głosu, jest przestrzeń, ciepło w sercu i duszy.

    I choć te stany “rozpoznania” są rzadkie, to jednak są. Pojawiają się w odpowiednim momencie i przypominają o tym co JEST i jakie JEST.

Komentarze są wyłączone.