sześciu albo siedmiu

Sześciu albo siedmiu – koan

Na początku miał wrażenie, że widzi sześć diabłów, choć tylko trzy twarze dostrzegał wyraźnie a siódmej wcale. W kącie, choć pod oknem, siedział siódmy. Wszyscy w czarnych garniturach. Każdy z koloratką. Pierwszy, którego twarz widział z profilu, siedział najbliżej, zamówił ogromną porcję. Co chwilę rechotał choć prawie się nie odzywał. Łupież na jego kołnierzu sprawiał niechlujne wrażanie. Sypał się z tłustych, gęstych włosów i nieprzystrzyżonej brody. Ten był leniem. Kręcił głową, przyglądał się innym z głupawą miną i gdy rozchylał usta czuć było nieprzyjemny zapach niemytych zębów.

Naprzeciwko siedział szczupły, wysoki o rzadki włosach. Zjadał kęs i perorował wymachując rękami. Znowu kęs i dowcip lub pointa. Wtórował mu grubas siedzący obok lenia. Z chudym opowiadali żarty, na które pozostałych pięciu reagowało aplauzem. Grubas zgrzany, o niezdrowej cerze pełnej pryszczy, w przepoconym ubraniu, był rzecz jasna obżartuchem a chudy żartowniś używał chełpliwej mowy, był gadułą, błaznem i plotkarzem – w jednym.

Czwarty siedział obok obżartucha. Jadł zupę. Czasem tylko chichotał. Po prostym, ostrym nosie spływały mu kropelki potu, które skapywały na łyżkę lub wprost do zupy. Kiedy śmiał się z żartów plotkarza zaciskał wygolone, sine policzyli, natomiast gdy rechotał z żartu obżartucha szturchał go łokciem. Wtedy łakomczuch krztusił się lub wypluwał kawałek pokarmu co jeszcze bardziej rozbawiało pozostałych.

Piąty siedział obok chudego plotkarza. Podobnie jak kłamca, (ten czwarty, ten o sinych policzkach) – piąty jadł zupę. Nie mówił nic. W zasadzie nawet się nie śmiał. Jedyny gest jaki wykonywał to ruchy łyżką i ukradkowe poprawianie zaczeski na szczycie głowy. Długie proste włosy zapuszczone na skroniach przylegały do czaszki. Miał tak brudne okulary, że najprawdopodobniej dostrzegał tylko kształt talerza, od którego z resztą nie odkrywał wzroku. Był, co oczywiste, chciwcem i skąpcem. Prawda, stukał też łyżką w blat, w chwilach ogólnego podniecenia.

Szósty siedział po lewej stronie chudego plotkarza. Piąty po prawej. Szósty był łysiejącym brunetem z kręconymi włosami. Wielki, kartoflowaty nos był nie tyle oznaką pijaństwa, pijakami było wszystkich siedmiu, co lubieżności. Owszem szósty był sprośnością, lubieżnością, wyuzdaniem i domyśliłbyś się w nim zarówno kazirodcę jak i pedofila. Jadł szybkimi, gwałtownymi kęsami, jak pies, który odrywa kawałek mięsa od kości. Po kolejnym żarcie klepał się w uda i kołysał na krześle tak beztrosko, że chudy błazen, odruchowo przytrzymywał jego oparcie. Inaczej upadłby na podłogę.

Siódmy, siódmy, którego twarzy nie widział siedział najdalej zasłonięty kolejno przez lenia, obżartucha i kłamcę. Siódmy był złością. W gruncie rzeczy żaden z sześciu nie potrafił rozpoznać czy siódmy wybucha gniewem, czy też okazuje satysfakcję jakiej doznają sadyści a może po prostu jak inni – miał chwile wesołości?

*

Jedli. Żartowali. Jak to podróżni. Chwila odpoczynku w drodze. Dokąd jechali? Spojrzał na parking. Ach tak, wysiedli z nowiutkiego busa. Lakier lśnił w świetle latarni. Ekskluzywny model.

– Przepraszam – podszedł do stolika próbując wstrzelić się w pauzę pomiędzy dowcipami. – Dokąd ojczulkowie jadą, jeśli można spytać?

– Tam, gdzie pan – odpowiedział kłamca.

– Kolega żartował, pojedziemy, dokąd pan zechce – dodał błazen puszczając w jego stronę porozumiewawcze oczko a lubieżnik zatarł ręce.

– Oczywiście to kwestia ceny – powiedział skąpiec.

– I prowiantu na drogę – dodał żarłok.

– Zanudzi się pan z nami – stwierdził leń ziewając.

– I zamęczy – podsumował siódmy z dziwnie radosną nutą w głosie. Siódmy, którego twarzy dotąd nie widział.

– Przepraszam, dlaczego w takim razie śnię o was?

– To sen o ludziach, ciebie nie dotyczy – powiedział jeden.

– Nie wierz mu, to sen o tobie – odezwał się kolejny.

– To nie jest sen – stwierdził inny z rechotem.

– Ależ oczywiście, że jest, trzeba mu wyjaśnić co i jak, po prostu. Żeby na przyszłość rozumiał o co w tym wszystkim chodzi.

– Ale musi zapłacić.

– I to słono – dodał kolejny zacierając ręce.

– Zaraz, zaraz – pogubiłem się, który z was jest który? Przestańcie mówić jednocześnie, proszę. Muszę was rozróżnić. Musze rozpoznać, który jest który! –  krzyczał, ale żaden go nie słuchał. Mówili jeden przez drugiego.

____________________________________

zapraszamy do WROCŁAWIA

zapraszamy na unikalny warsztat do SOSNOWCA

zajrzyj do naszej księgarni

a także na stronę Instytut Kognitywistyki 

____________________________________

inne koany

starsze koany

o duchowości na blogu

 

Sześciu albo siedmiu – koan
Oceń artykuł

Udostępnij:

Maciej Bennewicz

Założyciel i pomysłodawca Instytutu Kognitywistyki. Twórca podejścia kognitywnego m.in w mentoringu, tutoringu, coachingu oraz Psychologii Doświadczeń Subiektywnych. Artysta, pisarz, socjolog, wykładowca, terapeuta, superwizor.