Szołbiz i LemOn

Mało oglądam telewizji, choć sporo filmów. Wczoraj po latach oglądałem Manhattan Woody Allena. Niesamowite jak Allen potrafi ze swojej biografii tworzyć nowe dzieła, wciąż jakby o tej samej postaci, a jednak świeże, inspirujące. Jego obrazy trafiają przecież do zupełnie nowego pokolenia, którego nie było na świecie w czasach kiedy kręcił takie filmy jak: Annie Hall, Zelig czy Hannah i jej siostry. Dwa filmy O północy w Paryżu – 2011  i Manhattan – 1979 dzieli epoka – 32 lata. Coś magicznego łączy te dwa filmy, choć przecież tak różne. Opowieść o mieście? O pisarzu? O neurozie, z której pisarz czyni temat swojej książki? O miłości? O niewierności? Allen jest aktywnym filmowcem od 1965 roku. Byłem wtedy dzieckiem. Człowiek instytucja.

Czasem jednak, nieoczekiwanie, miło, zaskakująco telewizja pokazuje perełki. W popkulturowej sieczce, w tasiemcowych produkcjach, które są formatami, czyli sprawdzili je Brytyjczycy, Holendrzy, Szwedzi, Bułgarzy i Turcy – wszędzie zarobiły kasę, bo schlebiają gustom masowym, dlatego są pewniakami jak fast food – nagle pojawia się dzieło gotowe, twórca dojrzały, przekaz wybitny.

W Polsce, dość biednym kraju na dorobku, gdzie średnia płaca, to wciąż trochę ponad tysiąc złotych, rynek odbiorców sztuki jest maleńki. Może to również kwestia skali, kwestia języka, w którym tworzymy dla potencjalnych 38 milionów, a w tej gromadzie tylko 30% rocznie czyta jakąkolwiek książkę łącznie z encyklopedią krzyżówkowicza. A niewiele ponad 5% kupuje legalnie płyty. Kluby muzyczne tylko w dużych miastach. Filmy niemal wyłącznie komedie romantyczne. Seriale – przede wszystkim sagi obyczajowe. Oficjalny rynek dystrybucji funkcjonuje jak sieć sprzedaży dóbr szybko zbywalnych. Książka, płyta, film, wiersz musi trafiać w powszechne gusta i szybko się sprzedać, jak batoniki, pączki i hot-dogi. Powszechne gusta, czyli jakie? Rządzi nimi algorytm dystrybucji i zmyłka marketingu. Na play listach radiowych wygrywają te utwory, których emisja opłacona jest przez wytwórnie i pojawiają się po prostu częściej niż inne. Komputer wyklika je trzy razy na godzinę. Rządzi kasa, wydawcy i warszawka. A warszawka miele się, lansuje, spotyka i popiera.

W Polsce ubiegłego wieku płyta Stinga lub Beatlesów, kosztowała krocie – pensję mego ojca. Po Miłosza albo Hłaskę stało się w nocy, przed księgarnią jak po masło i kawę. Dziś proporcje i dostępność zmieniły się ale ponad 50 złotych za krążek i nierzadko 30, 40, 60 za książkę, to wciąż sporo pieniędzy, czasem 1/20 pensji. Ponadto brakuje kompozytorów, wytwórni, niezależnego rynku, niezależnych środowisk opiniotwórczych, a przede wszystkim bogatych, świadomych odbiorców. Dlatego tak ważny jest Internet. W zasadzie poza małymi niszami kultury jedyna przestrzeń kreowania zjawisk niezależnych, twórczych i wybitnych – to Internet. A tu nagle w wielkiej telewizji coś takiego. Daj im Boże zdrowie, i odporność na polski szołbiz. Genialny talent już mają. Ciekawe czy i  jak będą grali za 32 lata :) Gorąco im kibicuję na starcie!

LemOn:

Szołbiz i LemOn
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

7 komentarzy

  1. Jeden z moich ulubionych cytatów z Allena—“Co tu mówić o znalezieniu sensu, kiedy czasami nie można nawet trafić do Chinatown” (z perspektywy mieszkańca NY, oczywiście)

  2. Fajnie chłopcy z Lemona wymiatają. Telewizja to kultura masowa, jako taka jest OK, ale mamy przecież też tv kultura, a ludzie pracy po pracy chcą poprzeżuwać obrazki.

  3. Dobre kawałki poznaję po tym jak mi ciary po plecach lecą :)
    Książek jest dzisiaj mnóstwo. Jak produktów w hipermarkecie. 3 lata temu wyłapałem jedną perełkę. Nazywała się “Coaching czyli restauracja osobowości”.

  4. To jakie czytamy książki, jakie oglądamy filmy itp to nasz wybór, co jakiś czas pojawiają się perełki i fantastycznie jest je wyłapywać. Niestety są też tacy, którzy przez całe, życie będą tylko meble zmieniać ( jak to pan panie Macieju kiedyś opisał sąsiada) i dzięki temu stolarze więcej zarobią. Ja bym zaczęła od rozbudzania w dzieciach wyobraźni, zabijanej z niesamowitą pasją przez dorosłych. Komu umiera wyobraźnia nie potrafi czytać, nie potrafi zanurzyć się w inny świat. Substytutem stają się gry, ale one bazują jakby na poziomie fizyczności, kogoś trzeba zatłuc, krew się leje, im bardziej brutalne tym lepsze. Dzieci trzeba uczyć czytać ze zrozumieniem, ale rodzicom jest łatwiej załatwić zaświadczenie o dysleksji niż z dzieckiem ćwiczyć.Poza tym trzeba szukać książek , które dziecku się spodobają. Mój synek na przykład musi mieć książki gdzie są ilustracje, Jak widzi obrazek łatwiej mu się skupić na słuchaniu. I tak powoli, jak dziecko wsiąka w książki to potem rośnie książkowy dorosły.

  5. Przyłączam się do kibicowania grupie Lemon:)

  6. i cos w tym jest ,ze tasiemce przemina bez sladu i wspomnienia,za rok ,ba…za miesiac czy dwa nikt nie bedzie pamietal ,co bylo w odcinku 835;)))) perelki zachwyca kolejne pokolenia.
    podobnie chyba z ksiazkami……
    zycie nabralo tempa-ksiazki starzeja sie szybciej……w natloku nowych pozycji-czy to muzycznych,literackich czy filmowych maja sznse przetrwac te,ktore maja w sobie cos wartosciowego,cos co gra na strunach duszy;))))))))))))))))))))

  7. Wszystko się w mediach miksuje. Króluje kultura 2.0 i infotainment ze swoim pomieszaniem informacji z rozrywką. Jedna informacja goni drugą, a im łatwiej podana i szybciej zaspakajająca bezrefleksyjne patrzenie tym lepiej. Po pracy, po “rytualnym” włączeniu tv, często by szybciej zasnąć. Trzask prask i serwowana jest szybka, mętna “duchowa” strawa, po której duch żałuje że nacisnął czerwony guzik pilota.
    Ale, ale :-) się czasowo i w gustach zgrałam, bo ten kawałek Lemon, odsłuchany godzinkę temu w necie, i mnie przykuwa. Jakiś taki, jak nie do telewizji…

Komentarze są wyłączone.