Tao 25. Cognoscere

taniec, rytuał, mistrz
taniec, rytuał, mistrz

– Czy musimy zabić mistrza? Oczywiście, że nie, rzecz jasna tak. Kontekstowość natury ludzkiej i naszych wyborów zależy od miejsca, czy też jak chcą niektórzy psychologowie i antropologowie, od poziomu na jakim funkcjonuje człowiek i jego grupa odniesienia. Jedni nazywają te etapy rozwoju poziomami logicznymi, inni wartościami, jeszcze inni stadiami, fazami, szczeblami. Być może jednak jest tak, że nie ma szczebli tylko są nisze, dziury, wioski mentalne, osady, osiedla, miasteczka. Wielu nigdy nie opuszcza swojej doliny. Owszem gdzieś tam podróżują, coś tam widzieli, mogli nawet zmienić miejsca zamieszkania lecz ich głowy i dusze pozostały w Czykrzykoczynie, Wężymordziu Kościelnym, Jasnocie Ciemnej, Wólce Męczącej, Ciemiędze Dolnej w jakimś Podlesiu, Zalesiu, Międzylesiu, Międzytorzu, Poddębiu, w rodzinnym krajobrazie zupy pomidorowej i niedzielnego rosołu. Oczywiście rosół jest dobry, jeśli ktoś ma zgodę na jedzenie mięsa, z którego go ugotowano, ba – najlepszy, taki z własnej roboty makaronem i słodką marchewką. Co jednak począć ze swym upodobaniem do rosołu, jeśli pewnego dnia ukochana osoba, na przykład dziecko, odmówi jedzenia wywaru z zabitego zwierzątka? Co, jeśli sam ów miłośnik ekstraktu z mięśni cielaczka lub kurczaka dojdzie do wniosku, że zupa, choć wciąż smaczna, jest zupą śmiertelną, która już mu nie pasuje, od której odszedł? Wówczas zaczyna się powoli wyprowadzać z Czykrzykoczyna lub Wólki Męczącej lecz swoi tak łatwo go nie puszczą. Co gorsza może chcieć w Wólce pozostać na wieki, to przecież zna, tam tylko czuje się dobrze. Jednakże ów bachor niewdzięczny buntuje się, wredny partner odmawia udziału w starych rytuałach, żona jędza nieoczekiwanie się zmienia, studiuje coaching albo malarstwo średniowieczne. Zamiast rosołu podaje nieokraszoną kapustę. Wówczas ów człowiek jedną nogą stoi w Wólce a drugą? Drugą na rozstaju dróg, drugą w obcym świecie. Jeśli robi choćby krok na zewnątrz swojej wsi, po za granicę – swoi powiedzą: „inny jesteś Mariuszku, obca jakaś Aniu, dziwnie jakoś patrzysz Jolu, swój ale jakby nietutejszy Rafałku” – Em wziął oddech. Spojrzał na twarze ludzi ale tym razem wszyscy milczeli. Chwila wydawała się ważna. Nikt nie chciał jej zakłócić. Em kontynuował. – Im bardziej Wólka Ciemna, Zalesie nasze lub Poddębie wychowało ludzi niepewnych i lękliwych, im bardziej nastawieni są na przetrwanie i proste rytuały, które mają służyć za gwarancję bezpieczeństwa, tym życie ich jest prostsze. Do czasu. Dopóki jakiś wredny obcy go nie zakłóci. Co gorsza swój, jakiś niewdzięczny innowator.

Zapadła cisza.

– A mistrz? – Ulka spytała po długiej chwili niemal szeptem.

– Mistrz musi zginąć. Mistrz przeżywa tylko w świecie mistrzów. Zważywszy, że takich światów, takich Wólek Męczących, w których nagromadzenie mistrzów na kilometr kwadratowy jest wystarczająco duże by ludzie przywykli, jest stosunkowo mało, wszędzie po za enklawami, mistrzów się zabija. To nie przypadek, że na świecie są uniwersytety, miasteczka akademickie, ośrodki, instytuty o wyjątkowej sławie. Oczywiście znamy ich osiągnięcie kulturalne, naukowe, twórcze. Jednakże zanim one się zrodzą istnieje pakt, niepisana umowa, która umożliwia mistrzom przeżycie. Swego rodzaju „żelazny list”, który chroni mistrzów. Daje im, przynajmniej czasową, nietykalność. W innej niszy – zginą.

– Z jakiego powodu? – spytał Jarek.

– Och, tak było od wieków. Należy wyssać mózg pokonanego mistrza. Uczty kanibalistyczne były na porządku dziennym i w wielu Wólkach pozostały codziennym rytuałem. Ludzie nawet nie uświadamiają sobie, że w różnych świątyniach pożerają swoich bogów żeby się uświęcić, to przecież takie naturalne. Ofiara z mistrza stała się częścią kultury. Do tego dochodzą zazdrość, poczucie słabości, złość, gdyż mistrz wytyka błędy a niekiedy boleśnie konfrontuje z rzeczywistością. Co gorsza pyta o cel życia, o sens tego co robisz, a przecież większość ludzi żyje bez sensu, powtarza rytuały ze swojej niszy. Zjada te rosoły, stroi się, powtarza mody, klepie komunały, powiela stereotypy, gdyż one w niszy są gwarantem szczęścia. Tak jak cukier i szynka. Dopóki nie wiesz, że one szkodzą, że uszkadzają twoją trzustkę i wątrobę wydają się szczęściem per se. Ostatnio pewien znajomy lekarz powiedział mi, że pali papierosy bo to lubi! Pali, bo lubi! A znajomy psycholog, że butelka wina do kolacji to nic złego. Zajmuje się uzależnieniami, wypija codziennie flaszkę wina i udowodnił sobie, że to nic złego! Inna psycholożka tak pokierowała swoim życiem, że w efekcie, jako przeszło czterdziestoletnia kobieta, ponownie wprowadziła się do toksycznej matki. Wróciła do punktu wyjścia, do dzieciństwa.

– No właśnie, oni przecież wiedzą.Wiedzą, że matka jest toksyczna, że cukier niszczy trzustkę. Wiedzą co to jest cukrzyca, syndrom DDA i nowotwór płuc, więc o co chodzi, o tanatos? O freudowski instynkt samounicestwienia, który popycha ich do autodestrukcji? Chodzi o jakieś pragnienie zagłady? – spytał Olaf.

– Postjungiści z Arnoldem Mindellem na czele twierdzą, że człowiek rozdrapuje bolesne miejsca by się uleczyć, zabija mistrza by przejąć jego siłę i skonfrontować się z własnym dzieciństwem. Dopóki tego nie uczyni wciąż ucieka przed własnym cieniem. Jednak zabicie mistrza skazuje go na wieczne wygnanie, zaś rozdrapywanie ran na ciągły ból, z którym w końcu nie może żyć. Niektórzy z tego powodu wracają do swych toksycznych matek by ich zatruły, wypijają butelkę wina dziennie, zadymiają się nikotyną by nie czuć, by pozostać w dzieciństwie, w niszy, w Wólce Męczącej, w Poddębiu, by móc powiedzieć toksycznej matce: „wspaniały ten twój rosół, pyszny twój sernik na maśle i cukrze” i zasnąć, za życia śniąc o niewinnym dzieciństwie. Umownie nazywa się to teraz: „piąteczek”.

– I…? – spytał Paweł.

– I co: „i”? – Em wzruszył ramionami.

– I co z tym zrobić? Czyli jak żyć? – Paweł zaśmiał się.

– Z większości Wólek, Poddębi, Międzylesi i Międzytorzy jest wiele dróg wyjazdowych. Świetnie pokazał to film sprzed lat „The Truman Show” Petera Weira. Barierą jest tylko cukier i lęk, że go zabraknie i niemiłe łaknienie, które udaje głód. W filmie klosz, pod którym żyje Truman, jest realny. Szczerze mówiąc wiele kloszy ma podobny charakter, są bardzo namacalne – Em ziewnął, skłonił się i wyszedł. Zza drzwi rzucił tylko, że idzie spać

Tao 25. Cognoscere
5 (100%) 1 vote

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

5 komentarzy

  1. Ostatnio pomogło mi zweryfikować pewne sprawy związane z systemem myślenia, bardzo fajne narzędzie. Zawsze byłam w konflikcie emocje kontra struktura i twarde stanie na ziemi. No i co się okazało, że mój system myślowy, jak najbardziej związany jest z emocjami i tego powinnam się trzymać. Umiejętność funkcjonowania w strukturze, czyli zmysł organizacyjny, przewidywanie, dopinanie tematów ( bardzo odległy od emocjonalnego życia) dostałam w spadku po tacie ;) I jak to złożyć do kupy to działa :) Mój styl myślowy ( trwały , niezmienny) aby się rozwijać, potrzebuje odpowiedniego stylu działania :) genialne w swojej prostocie. Style działania są zmienne :) Pawle, może tylko potrzebujesz rozpoznać, co tak naprawdę jest Twoją siłą przewodnią, a co tylko elementem wyuczonym :)

  2. Idę prosto, jak śpiewał pewien Pan Staszewski. Po co ? Bo to dla mnie ważne ! Coraz więcej pytań, a odpowiedzi już są gotowe. Proces dochodzenia do gotowych odpowiedzi to proces stawiania się samym sobą. A co do Mistrza i Mistrzów to ja spotykam i nie zabijam, nawet ostatnio spotkałem na Warszawskich Targach Książki ;).

  3. Z tego wynika, że sens życia czy inaczej mówiąc cel życia dla każdego człowieka jest inny i każdy określa go sam (a raczej odkrywa). Zarazem cel dla wszystkich jest taki sam – obudzić się. Jak się obudzić jak wszyscy dookoła śpią i wcale nie chcą myśleć o pobudce ? Cały świat dookoła (oprócz pewnych wyjątków) to jeden wielki usypiacz.
    Zaraz, zaraz. To zarówno usypiacz jak i przebudzacz. Reszta zależy od nas.

    Został mi jeden dylemat (przynajmniej na teraz :)) Z jednej strony budzik dzwoni, a z drugiej trzeba żyć, zarabiać pieniądze. Jak pogodzić istotność przyziemnego, codziennego życia (pieniądze, obowiązki) z wyniosłością duchowego przebudzenia ?
    Użyć codziennego życia do przebudzenia ?

    „Ludzie nawet nie uświadamiają sobie, że w różnych świątyniach pożerają swoich bogów żeby się uświęcić, to przecież takie naturalne.” Taka zasłona dymna przed sobą i swoim cieniem ?

  4. Oj tak! Dostrzegam coraz więcej rys i pęknięć na swoim „kloszu”. I wciąż szukam kolejnych z nadzieją, że klosz się rozpadnie. Bezpowrotnie.

  5. Ostatnio poznałam duszyczkę, która w darze otrzymała intuicję, śnienie i czytanie w ludziach. Rozwijało się to w niej całkiem naturalnie, póki żyła babcia. Nikt jej jednak nie powiedział, że inni tak nie mają. Co ciekawe, w rodzinie jakby mieli do niej o to pretensję. Co śmieszniejsze, ciągle ktoś uważa, że trzeba jej pilnować, bo sobie w życiu nie poradzi. A radzi sobie świetnie bez niczyjej pomocy. Ostatnio pojawiły się w moim życiu osoby, które starają się mnie sprowadzić na drogę wiary, więc jakby nie patrzeć idę właściwą… Swoją 😄

Komentarze są wyłączone.