Tao 38. Trickster oraz inne zjawiska transpersonalne (7)

kontekst nadaje znaczenie
kontekst nadaje znaczenie

Paradygmat naukowy choć „udaje” rzeczowość i konkretność jest w istocie uznaniowy, zwłaszcza w obszarze tak zwanych nauk o człowieku. Wszystko jest interpretacją, której jedynym celem jest zgodność z obowiązującymi normami naukowości. Podobnie rzecz się ma z endokrynologami, onkologami, gastrologami, czy kardiologami. W dodatku porównają objawy, z którymi zgłasza się człowiek – z obwiązującymi kluczami diagnostycznymi oraz procedurami i zastosują owe procedury na pacjencie w zgodzie z prawem i paradygmatem. Nie wobec pacjenta, czy we współpracy z pacjentem lecz „na pacjencie” ekskatedra stosując terapię. Stanie się tak nawet wtedy, jak w przypadku onkologii, gdy oficjalna wiedza zdefiniuje konkretny przypadek jako nieuleczalny. Medycyna podejmie bolesne, kosztowne leczenie, które nie jest leczeniem, gdyż nosi nazwę paliatywnego, czyli teoretycznie ma podtrzymać życie lub je przedłużać, nie może wyleczyć choroby, gdyż techniczne możliwości leczenia się wyczerpały ( w ramach paradygmatu). Tymczasem nierzadko poprzez podanie tzw. chemii skraca się życie i jego finał czyni się pasmem cierpienia. Wszystko jednak odbywa się w zgodzie z procedurami oraz w imię diagnozy z pominięciem jednak człowieka jako indywidualnej osoby duchowej, dla której życie nie jest jedynie serią procesów biochemicznych lecz przede wszystkim ciągiem wydarzeń duchowych!

Oczywiście medycyna transplantacyjna odnosi wielkie sukcesy, leczenie antybiotykami eliminuje poważne zakażenia, zaś banalna w XXI wieku chirurgia może uratować życie operując zapalenie wyrostka. Jednakże wciąż jest to leczenie objawowe, leczenie późne nie skupiające się ani na przyczynach dolegliwości wątroby lub trzustki, zęba lub nerki, ani na profilaktyce. Ponadto leczona jest wątroba nie zaś pacjent. Pacjent jest tutaj podobny do samochodu, w którym wymienia się pompę olejową lub naprawia przegub. Zdehumanizowany przez mechanistyczne podejście zachodnie w chwili przekroczenie gabinetu lekarza lub psychologa przestał być człowiekiem, stał się serwisowanym przypadkiem. Serwisant zmuszony jest niekiedy uznać, że uszkodzonego elementu nie da się po prostu naprawić, lub koszt naprawy nie został objęty gwarancją (refundacja z NFZ) lub, co gorsza podzespół lub nawet cały mechanizm – człowiek zestarzał się, zużył i nie można go skutecznie rewitalizować.

Cały czas, ani przez chwilę nie ma mowy o duszy, duchowości, emocjach, lękach, pragnieniach pacjenta. Nie towarzyszy pacjentowi w czasie rozmowy z lekarzem lub psychologiem ani ksiądz, ani szaman, ani nawet opiekuńcza matka. Cały kontekst wzmacnia poczucie alienacji i wmawia pacjentowi, że oto jesteś człowieku zepsutym urządzeniem biologicznym, którego naprawa jest trudna lub niemożliwa i na tym koniec. Śmierć, pustka, porzucenie wszystkiego co było tobą, czyli twojego życia przejawionego w realnym świecie. Teoria ewolucji i naukowe dogmaty jednoznacznie przecież stwierdzają, że gatunek ludzki, a tym bardziej jednostkowe życie, jest skutkiem wielomiliardowej, przypadkowej ewolucji, w ramach której samolubny gen dąży do reprodukcji, do podtrzymania gatunku, to jego jedyny cel. Człowiek jest opakowaniem dla ewoluującego białka, nośnikiem dla jajeczka i plemnika, których nie obchodzi samopoczucie opakowania. Torba ma donieść bagaż na miejsce. Człowiek ma się zreprodukować, wychować potomstwo i zginąć.

Duch przejawi się tylko przez chwilę jako pocieszenie, jako rytualna forma podtrzymania nikłej nadziej, że oto zestaw niedorzecznych i niespójnych baśni okaże się prawdą po śmierci. Bajki mają teraz nieoczekiwanie reanimować duszę w chwili śmierci ciała, jak choćby ta o dziewicy, która na skutek partenogenezy urodziła Boga, czy ta o zmartwychwstaniu ciałem, czy jeszcze inna o surowym sądzie, ciężkim życiu, którego sprawcą jest miłosierny, opiekuńczy i kochając Bóg! Lub choćby ta, że Stwórca sam siebie wysyła pod postacią własnego syna na ziemię, by umierając niewinnie w męczarniach przebłagać samego siebie za grzechy ludzi, których sam stworzył na obraz i podobieństwo swoje.

Cały ów system wcześniej jednak unicestwił duszę i ducha i w swoich „programach naprawczych” konsekwentnie nie tylko neguje jej prawa, lecz przede wszystkim jej istnienie. Tym samym człowiek pogrąża się w osamotnieniu i niezrozumieniu samego siebie, gdyż rzeczy i stany, których doświadcza są według paradygmatu jedynie dysfunkcjami ciała, zgrzytaniem nadwozia, awarią pompy. Tym samym nie może uczynić nic żeby swój beznadziejny los odmienić. Na domiar złego religia współczesna stała się zestawem niezrozumiałych metafor i hipnotyzujących rytuałów. Nie ma w niej miejsca ani na cuda ani na duszę. Choć człowiek czasami czuje i rozpoznaje, że jest coś więcej niż tylko patologia i patologizowanie, objawy i dysfunkcje, że jest tam wewnątrz głos specjalny, który domaga się ujawnienia. Oczywiście sprytna psychologia znów nazwie go wspomnieniami, traumami, wewnętrznym dzieckiem, nada nazwy by konsekwentnie z paradygmatem odepchnąć duszę, usunąć ją z pola widzenia i odebrać jej głos. W tej przestrzeni kapłan usłyszawszy wyznanie człowieka, że właśnie rozmawiał przed chwilą ze swoją duszą i ta poinformowała go o potrzebie ekspresji, zareaguje podobnie jak psycholog lub lekarz, spatoliguzuje swego penitenta i wyśle na badania.

cdn.

Tao 38. Trickster oraz inne zjawiska transpersonalne (7)
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Dziękuję za post, który jest bardzo na czasie z moim myśleniem o terapii. Jak tylko mogę i gdzie tylko mogę walczę z takim rozumieniem pacjenta. Ktoś, kto szuka pomocy w niskim poczuciu własnej wartości, nie potrzebuje mieć tego na całe życie w papierach czy zapamiętanego jako świętość od autorytetu w głowie. On przychodzi się nauczyć lepiej sobie radzić, lepiej się oceniać, rozkwitnąć trochę jak unikalny kwiat i ja pojmuję że narzędzia, którymi właśnie ja dysponuję nie mogą służyć przytłoczeniu go, zadeptywaniu indywidualności, wysłaniu do domu pomocy społecznej poprzez udowadnianie fachowym słownictwem jak bardzo wedle specjalisty tam mógłby się nadawać. Ktoś, kto przychodzi po pomoc w wydobyciu swoich najlepszych cech na światło dzienne, poradzenie sobie z lękami czy lepsze rozumienie tego, jak działa ma w sobie ten potencjał, w zdrowej części. Narzucanie czegoś, kategoryczne wiedzenie czegoś lepiej, popisywanie się i tryumfowaniu własną elokwencją to dla mnie rozgrywanie z jakiejś mocno niedojrzałej części w samym lekarzu czy innym autorytecie.

    Psychoterapia, którą ja wyznaję (też trochę jak wiarę) to nadawanie znaczeń, razem z pacjentem, niewidzialnemu gołym okiem światu jego przeżyć, odnajdywaniu nowych bardziej twórczych perspektyw, spojrzeń na trudne doświadczenia. Odkrywanie, ale i dawanie – burzenie i umniejszanie często potrafi sobie sam dać w nadmiarze, ja jestem po to też żeby zbadać dlaczego nie może wyjść z tej pułapki, czego jeszcze nie zobaczył, co umożliwiłoby mu uwolnienie się raz na zawsze z powtarzającej się trudności. Ludzie bywają trudni, nie powiem że uwielbiam z nimi pracować, ale rzeczywiście lubię patrzeć na nich bardziej lekkich, dojrzewających, na nich w ich własnych zmianach, które ze sobą przynoszą.

    Zepsuty mechanizm biologiczny brzmi strasznie, pejoratywnie w każdym calu; po co komu żargon medyczny do życia potrzebny? po co diagnoza? Według mnie chodzi o pomoc w konkretnym obszarze. Lekarz nie da nikomu nieśmiertelności to fakt, jego zadaniem jest dobrze robić swoją robotę w służbie czyjegoś zdrowia.

Komentarze są wyłączone.