Tao

52

Tao 52. Kontrsugestywność i nieetyczny familiaryzm

Kontrsugestywność (Covey) i nieetyczny familiaryzm (Fukuyama) stanowią kolejne dwa zjawiska wraz transpasywnością, których doświadczamy zarówno jako pracownicy i menedżerowie, uczniowie i nauczyciele, sfrustrowani wyrobnicy Mordoru (warszawska dzielnica biurowców na Mokotowie) jak i twórcy mordorowej korpoświadomości. Nieświadomość zbiorowa przesycona jest w naszym kraju archetypami zadanej nam klęski i wyzysku, wciąż toczonej rozmowy między panem, wójtem i plebanem, którzy u Żyda bankiera siedzą w kieszeni i z Niemcem handlują na wojnie jak Wokulski.

Covey sporo pisze o proaktywności, czyli dążeniu do sukcesu, przejawianiu kreatywności, owym przysłowiowym już, amerykańskim optymizmie, który każe wierzyć, że Dolina Krzemowa może powstać wszędzie i każdemu przynieść innowacyjną szansę oraz niebotyczny majątek. Przeciwieństwem wychodzenia w stronę aktywności, tworzenia szans, autokreacji, poszukiwania rozwiązań jest nieufność wobec zmiany. Postawa nieufności, sprzeciwu wobec sugestii i argumentów proaktywnych sprawiają, że idea killerzy w rodzinie, w małym zespole pracowniczym (lub nawet wielkiej organizacji) gotowi są zabić każdy pomysł w zarodku. Wystarczy ich kilku a niekiedy nawet jeden by koncept, który jeszcze chwilę temu wydawał się co najmniej ciekawy, nigdy więcej nie został podjęty. Najniebezpieczniejszy jednak zabójca pomysłów ukryty jest w głowie jednostki, która nie wierzy w te wszystkie liberalne banialuki, coachingi, metoringi, efektywne techniki sprzedaży, techniki wpływu i cały ten rozwój. Trzeba nie tylko zdelegalizować coaching i całą tę rozwojową, lewacką hucpę lecz wszystko, co wykracza poza przewidywalną normę.

Kontrsugestywny obywatel w nowych trendach, prezentowanych zwłaszcza pod hasłami: rozwój, zmiana, sukces – wietrzy podstęp, wyczuwa wrogą manipulację i niebezpieczne zaproszenie do porzucenia starych nawyków. Poniekąd słusznie. Nie brakuje w tym nowym, polskim eksperymencie kapitalistyczno-demokratycznym dziesiątków hochsztaplerów, którzy najzwyczajniej chcą zarobić na wmawianiu innym, że dzięki proaktywności można zarobić. Istnieje cały network (czyli sieć dystrybucji) polegający na uczeniu ludzi jak mają tworzyć network ucząc innych jak tworzyć network, dzięki nauce którego zarobią ucząc jak tworzyć network. W istocie trenerzy tego rodzaju zmiany nic nie sprzedają ani niczego nie tworzą, nie powstaje żadna wartość poznawcza ani intelektualna, żaden rozwój osobisty ani duchowy. Przekazywany jest wyłącznie mechanizm tricków oraz system budowania sieci. Słowo sprzedaż zostaje skrzętnie ukryte (budzi nieufność) i zastąpione zostaje: efektywnością, targetem, skutecznością, inwestowaniem. Niektórzy ludzie jednak w nadziei na proaktywny, amerykański cud dają się uwieść sieciowej piramidzie. Oczywiście w czasie manipulacji i manipulowania ludźmi jak mantrę powtarza się stwierdzenia o konieczności porzucenia nawyków, o wychodzeniu ze strefy pozornego komfortu – co budzi dodatkową nieufność osób, które najzwyczajniej nawyków zmieniać nie chcą. Czy to dlatego, że zadawala je, i w pełni satysfakcjonuje, przyjęty styl życia, czy też z powodów nieco głębszych, dziedzictwa, które w nieświadomej przestrzeni polskich archetypów podpowiada im, że właśnie kolejny raz pan, wójt lub pleban dogadują się ponad ich głowami. I owszem – dogadują się. I owszem manipulacja istnieje, podobnie jak nieetyczna sprzedaż i pompowanie ludzkiego ego fałszywym wzrostem.

Jednakże krytykowanie en masse całego coachingu, czy też wszelkich metod i modeli rozwoju osobistego jest takim samym idiotyzmem jak krytykowanie automobili w XIX- wiecznym Londynie. Wymagano wówczas by przed jadącym pojazdem szedł człowiek z latarnią i dzwonkiem ostrzegając przechodniów. Sam zamysł był skądinąd sensowny co do intencji, gdyż pierwsze automobile były rzadkością w zamglonym mieście i tak nieprzewidywalnymi machinami, że nie tylko siały postrach lecz również zagrożenie dla pieszych. Szybko jednak wiek pary i silników spalinowych przeistoczył raz na zawsze przemysł, transport i komunikację. Powstała współczesna motoryzacja. Samochód rzeczywiście może być niebezpieczny. Na naszych drogach rokrocznie ginie więcej osób w wypadkach samochodowych, niż w wyniku toczących się aktualnie wojen, jednakże samochód pełni rozliczne pożyteczne funkcje w rękach odpowiedzialnych kierowców. Nie sposób zakwestionować jego istnienie zważywszy nawet problemy ekologiczne. Nie inaczej z obszarami rozwoju ludzkich kompetencji, poszukiwaniem granic naszych możliwości poznawczych i intelektualnych, dążeniem do bogactwa i szczęścia, do siły fizycznej i rekordów sportowych, do zdrowia i nieśmiertelności. Nie da się z tej drogi zawrócić.

w cieniu
w cieniu

Kontrsugestywny Polak narodził się dawno temu. Co prawda zaakceptował jakoś kapitalizm ale realnego socjalizmu nie porzucił, choć prawie go nie pamięta. Z pozoru to tylko zabawa w PRL-owskie wspominki i gadżety, w istocie zaś moc dawnych demonów, głos archetypowego cienia.

Po wojnie z Polski zniknął cały naród żydowski wymordowany w latach 1941-44, trzy miliony ludzi. Kolejnych kilka milionów mniejszości narodowych w tym niemiecki mieszczanin i kupiec, białoruski i ukraiński chłop, lecz również polski, międzywojenny urzędnik, ów prekursor polskiego mieszczaństwa – albo zostali rozporoszeni, albo zginęli. Współczesne polskie społeczeństwo w sensie genealogicznym i demograficznym ma korzenie ludowe, wiejskie. Wielki procesy migracji ze wschodu na zachód a także ze wsi do miasta, w tym również proces awansu społecznego definitywnie odmieniły losy polskiego społeczeństwa. W sensie demograficznym wszyscy pochodzimy ze wsi. Miasta dawały pracę i nieprawdopodobny skok kulturowy i cywilizacyjny. Zmianą dla milionów nowych mieszczan i robotników budujących socjalistyczną ojczyznę były nie tylko nowoczesne, jak na tamte czasy, fabryki lecz przede wszystkim brukowane, oświetlone ulice, murowane mieszkania, bieżąca woda w kranie, sklepy z żywnością i wreszcie masowy, powszechny dostęp do oświaty. Syty żołądek, ciepło w zimie, obute nogi i umiejętność czytania i pisania to ów wielki skok cywilizacyjny, o którym niechętnie dziś sobie przypominamy. Skok dla milionów Polaków, skok nie tak dawny, od którego wnuki i prawnuki dzieli zaledwie sześćdziesiąt kilka lat.

Polska międzywojenna oraz okupacyjna, zwłaszcza na wsi i w małych miejscowościach była zanurzona w XIX a niekiedy w XVIII wieku. Panowały tu dawne, niereformowane od stuleci, stosunki społeczne (dominował pan, wójt i pleban) i własnościowe. Rolę pośrednią – kupca, hurtownika, rzemieślnika (i z tego powodu mieszczanina) spełniała społeczność żydowska lub niemiecka. W miastach takich jak Łuków, Zambrów, Ciechanowiec, Mońki, Węgrów, Leżajsk, Biłgoraj i setkach innych populacja mieszkańców pochodzenia żydowskiego liczyła w 1939 roku od 40 do 70 %. Na tak zwanych ziemiach odzyskanych lecz również na terenie Pomorza, Kujaw, Wielkopolski, Śląska podobne proporcje dotyczyły liczebności ludności niemieckiej. Po 1945 grupy te zniknęły – jak wiemy. W ciągu zaledwie dekady miejsce dawnych mieszczan wypełniła społeczność polska w największym stopniu rekrutująca się ze wsi, z rodzin małorolnych lub służby pałacowej. Po 1989 roku nie pisze się o tym w oficjalnym nurcie, przemilcza, że jakość życia oraz wpływ na własne losy polskiego chłopa w latach 1914 -1945 zatrzymał się poziomie niezmienionym od stuleci i w zasadzie w niewielkim stopniu różnił się od losu amerykańskiego niewolnika. Ciemiężycielem nie tyle był ów obcy, najeźdźca, ów polityczny wróg lecz przede wszystkim reprezentanci znanej i stabilnej triady – wójt, pleban i pan. W chłopskiej refleksji dołączał do nich Żyd – lichwiarz, który kupował przecież płody, sprzedawał środki produkcji, prowadził karczmę i sklep, udzielał paskarskiego kredytu na przednówku a potem domagał się spłaty – słowem reprezentował aparat ucisku, w dodatku był obcy kulturowo. Nie inaczej postrzegani byli przedstawiciele aparatu władzy, czy to z czasów rozbiorów, czy też z okresu międzywojennego. Chłop nie miał dobrego powodu by dostrzegać tu różnicę. Ponadto czy rzeczywiście chcemy naiwnie sądzić, że ukraiński, białoruski lub litewski chłop utożsamiał się z nową ojczyzną po 1914 roku, z wreszcie niepodległą Polską Piłsudskiego czy Paderewskiego? Czy stosunki na wsi zmieniły się po datach granicznych 1914, 1920, 1939, 1941? Otóż nie. Przyjeżdżał co najwyżej nowy najeźdźca, który nakładał nowe, cięższe ograniczenia i kontrybucje, niekiedy palił nieposłuszne wioski i mordował dla przykładu całe rodziny jednakże zawsze od chłopa chciał dwóch rzeczy – żywności i synów do armii. Czy miał na czapce cesarskie orły, swastykę, czy też czerwoną gwiazdę, czy też orzełka bez korony – był reprezentantem aparatu władzy, kolejnej armii, która wprowadzała swoje porządki.

Ten utrwalony stan rzeczy, podział na swoich i obcych, wyzysk i presja wzbudzał od wieków chłopską nieufność i reakcję w postaci kontrsugestywności. Z miasta, z dworu, na czołgach, czy też z nowymi agitkami nie przychodziło nigdy nic dobrego. Krótki okres po 1944 roku kiedy rozpoczęła się reforma rolna i parcelacja pańskich majątków, proces który miał zjednać chłopów dla nowej władzy, już w pięć lat później zmienił się w walkę z kułactwem i kolektywizację. Dla polskiego chłopa sytuacja powtórzyła się, nic nowego pod słońcem, znów był sam, zdany na siebie. Był pozornie na swoim lecz zewsząd kontrolowany i naciskany, wyzyskiwany. Własność prywatna okazywała się największym złem. Znów miasto i państwo potrzebowało od niego wyłącznie żywności i synów do armii. Zamknął się zatem jak zawsze nie tylko w kontrusugestywnej postawie broniąc swego lecz również w wąskim kręgu swoich. Jedyni, którym można było ufać w tym świecie, z którego chłop został wykluczony (lub raczej z pozycji niewolnika nigdy nie został do niego włączony) był członek najbliżej familii. Mógł być nawet leniwy, uzależniony od gorzałki, mściwy i głupi ale był swój. Jedyny, którego znało się od kolebki i jedyny, któremu można było zaufać. Nieetyczny familiaryzm stał się podstawową etyką. Nie ufaj obcemu, nie ufaj przyjezdnym i cudzym nowościom. One tylko z pozoru mają ci służyć. Kryje się za nimi przemoc i nowa forma wyzysku. Obcy zawsze reprezentował onych – pana, wójta lub plebana, zaborcę lub poborcę, wrogiego Żyda, Niemca, Ruska lub Polka. Owszem również Polak był obcym zwłaszcza dla tych, którzy pochodzili ze wschodu, zza Buga i bliżej im było do cerkwi niż do kościoła.

Dziś zatem, podobnie jak przed dekadami i stuleciami, wszystkie polityczne gry, o których miasto pisze w gazetach i telewizja mówi w wiadomościach, mają dla naszej ludowej duszy ów nieunikniony pierwiastek obcości, nacisku, manipulacji. Nie można im wierzyć, trzeba z dużą ostrożnością przypatrywać się im zza płota, nieufnie odwracać głowę. Kontrsugestywny mechanizm działa niezawodnie – im bardziej ktoś nas przekonuje, im bardziej mu zależy, im silniejsza jest agitacja i argumenty wzmożone – tym nieufność nasza wzrasta, tym bardziej karmi się nasza naszość, tym mocniej utwierdza się podejrzliwa nuta, że obcy znowu chce nas oszwabić. Oszwabić, otóż to. Szwab to przecież obcy. Mówiący dziwnym językiem, ktoś kto zamierza zbyt tanio kupić i zbyt drogo sprzedać a jak nie, to walnie nahajką. Podobnie jak Żyd – symbol obcego, który choć zniknął (słowo holocaust jest przecież tabu) może wrócić po swoją kamienicę, młyn lub karczmę i zażądać zapłaty. Nie inaczej Niemiec, który pewnego dnia przyjedzie do Przasnysza lub Nowej Soli i zażąda swego. Dzisiejszy hejter, nieufny ksenofob z wielkich blokowisk, trochę rasista, trochę nacjonalista, przyuczony do internetu i korpopracy, czekający na grillowy piąteczek, jedyną ulgę od ciężaru korpotyrki, ów wiecznie nieszczęśliwy i wciąż oszukany prawnuk Janka Muzykanta musi odrzucić wszystko czego nie rozumie,  co wykracza poza ściany jego M4. Musi, gdyż w archetypalnej przestrzeni nieświadomości zbiorowej nie tylko wciąż słyszy dobiegające go odgłosy biesiady, w której pan z wójtem i plebanem śmieją się w głos z jego mizernego losu, lecz jak od stuleci biesiadują jego kosztem.

Owe cienie przeszłości, choć nawet historycznie nieznane lub zapomniane stały się nie czym innym, jak archetypami, treścią nieświadomości zbiorowej, zgniłą ściółką, którą wypychamy swoje polskie sienniki nierzadko za sprawą polityków, którzy chętnie demonami szczują.

 cdn.

Tao 52. Kontrsugestywność i nieetyczny familiaryzm
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

5 komentarzy

  1. No proszę, wystarczy na 2 tygodnie wyjechać na urlop, a tu taka zmiana na blogu! Super!
    Świetny wpis, bardzo wiele mi wyjaśnia, dziękuję :-)
    Czekam na kolejny. Zwłaszcza na taki, który wyjaśni, czy postawę kontrsugestywną można w ogóle zmienić i ew. jak to zrobić.
    Co jest przeciwieństwem postawy kontrsugestywnej? Założenie, że wszyscy ludzie są OK? Że praktycznie zawsze robią wszystko najlepiej jak potrafią? Że większość ma dobrą wolę?
    Jak taką postawę pogodzić z wielowiekowym doświadczeniem wyzysku i ucisku?
    Czy można z tego chocholego tańca wyjść – jako jednostka i jako społeczeństwo?

  2. mam pewien paradoks historyczny. Biorąc pod uwagę że większość współczesnego społeczeństwa polskiego pochodzi od chłopów a pańszczyzna to właściwie pewna forma niewolnictwa, to można by było stwierdzić że nasi zaborcy uwolnili naszych pradziadków.

  3. @Paweł zachęcać –> pytać –> słuchać –> parafrazować –> zachęcać –>… ;)

  4. Niesamowite. Powstaje pytanie jak rozmawiac z tymi ktorzy takie postawy prezentuja ?

  5. Świetny wpis panie Macieju. I gratuluję nowej odsłony strony – dawno tutaj nie zaglądałem i proszę, jaka niespodzianka :-)

Komentarze są wyłączone.