klan

i cykl ofiarniczy

Tao 55. Klan i cykl ofiarniczy

Wybitny antropolog kanadyjski Rene Girard opisywał ciąg ofiarniczy jako system nieustannej rotacji pomiędzy sprawcą i ofiarą. Uważał, że przemoc jest nie tylko czynnikiem kulturotwórczym (głównym mechanizmem kulturotwórczym) lecz również naśladowanie przemocy (mimetyzm) tworzy wzorce społeczne realizowane nieświadomie przez zbiorowość. Fantazmat, czyli zbiorowa imaginacja pcha społeczności z jednej strony do zachowań ofiarniczych, z drugiej zaś każe je ukrywać. Znajdowanie kozła ofiarnego, na którego społeczność zrzuca odpowiedzialność symboliczną za grzechy i nieszczęścia uruchamia ciąg ofiarniczy. Jednakże represja, samosąd, agresja, odrzucenie (społeczne napiętnowanie) odbywa się już w rzeczywistości realnej. To prawdziwy lincz – dawniej fizyczny dziś medialny, to wyszydzenie w mediach społecznościowych lub zmasowany hejt blokujący serwer, wszelkiego rodzaju ostracyzm lub rzucona plotka.

Fantazmat czyli iluzja, imaginacja opiera się jednak na archetypowej, mitotwórczej warstwie. Mit w pewnym sensie jest gotowy by go uaktywnić. Takim mitem jest na przykład pojęcie obcego. Obcy to wróg, który może nam zaszkodzić, na przykład przynosząc niebezpieczne idee, zaraźliwie poglądy lub innowacje, może również zagrozić ekonomicznie. Idea obcego nieustannie jest wykorzystywana przez cynicznych polityków i ideologów – i to wokół mitu obcego buduje się mechanizm kozła ofiarnego. Mit obcego zaczyna być stopniowo przenoszony do sfery rzeczywistej – obcy może przynieść pasożyty, obcy może zakażać chorobą, obcy wreszcie spiskuje by pod osłoną nocy zabrać nasze mienie, a może nawet cześć naszych córek i wreszcie nasze życie. Ten mit ludzkość opowiada sobie od czasów starożytnej Grecji do dzisiejszego dnia. Mit zagrożonej wyspy, oblężenia, osaczenia i wreszcie zdrady sojuszników oraz zdrady najgorszej, wewnętrznej. Oblężona twierdza upada tylko wtedy, gdy ktoś od środka otwiera bramy. To wróg najgorszy, przebrany jak my, mówiąc jak my, żyjący wśród nas – jednak wyradza się z naszego plemienia, dokonuje sprzeniewierzenia, otwiera bramy.

Gdy dochodzi do kaźni kozła ofiarnego następuje oczyszczenie. Jednakże jest chwilowe. Tłum rozchodzi się do swych domów nasyciwszy oczy całopaleniem lub gilotyną, szubienicą lub katowskim toporem. Jeszcze chwilę temu wył z radości, gdy kat podnosił odrąbaną głowę lub gdy czarownica na stosie wzywała piekło wyjąc. Szczęśliwy widz zasiada do kolacji, w duchu rad jest, że nie znalazł się na szafocie, że zastąpił go sąsiad, na którego padło podejrzenie. Co prawda sąsiad nosił jakieś znamiona obcego – choćby nazwisko lub kolor włosów, wyznawał inną religię lub poglądy jednak był sąsiadem, był w pewien sposób swój. Jego dzieci bawiły się z naszymi dziećmi. Ta wątpliwość, ta straszna niepewność co do winy kozła ofiarnego i świadomość, że można było znaleźć się na jego miejscu, że kat i w następny piątek będzie gotów do kaźni na rynku, ten okropny lęk – nie daje spokojnie zjeść kolacji. Trzeba będzie grzech wątpliwości ukryć przed sobą i przed dziećmi. Tak powstaje mit zabójstwa. Ukrywanie winy własnej i niewinności kozła ofiarnego. Częstokroć sam akt ofiarny zostaje ukryty, zakopany w legendach i oczywiście zautoidealizowany lub transpasywnie przypisany jakimś onym. Tym z dworu, tym z magistratu, tym obcym. Nas przecież przy tym nigdy nie było.

Autoidealizacja staje się zatem częścią sadomasochistycznego cyklu. My byliśmy tylko ofiarami. Jakże ofiara może popełniać zbrodnie? Przecież jest ofiarą. Kto mówi o odpowiedzialności ofiary, ten stoi po stronie sprawców, agresorów, tych którzy próbują zdobyć naszą twierdzę lub co gorsza popiera tych, co nocą chcą otworzyć bramy wrogowi.

Argumentacja i mechanizm są tu proste i skuteczne. Wrogiem może być każdy, więc każdy obawia się by nie zostać posądzonym o wrogie zamiary. Kto wprowadza pogląd etyczny, dzięki któremu można w ofierze dostrzec człowieka równego nam, ten w istocie rozsadza system, kwestionuje ideologię wiecznej obrony, nieustannej walki. Stoi więc po stronie wroga.

ofiara i cierpienie jako najwyższe dobro
ofiara i cierpienie jako najwyższe dobro

Mary Douglas antropolog brytyjska twierdzi, że społeczność, nawet współczesna, może rozwijać się tworząc klany, hierarchie lub rynki. Nieco podobnie patrzył na sprawę amerykański psycholog społeczny Clare W. Graves. Sądził, że dojrzałe społeczności tworzą dojrzałe, samoświadome grupy, zdolne pokierować własnym losem aż do poziomu wolnej jednostki odpowiedzialnej za długofalowe procesy. Jednakże podstawowym, bazowym poziomem jest klan, który stopniowo przeradza się w związki autorytarne oparte na przemocy i dominacji.

W ciągu ofiarniczym, w nieustannym zrzucaniu odpowiedzialności na wrogów zewnętrznych, którzy osaczają naszą polską twierdzę, w ciągłym wyszukiwaniu wrogów wewnętrznych, którzy gotowi są otworzyć bramy (np. poprzez liberalne lub laickie poglądy) wróciliśmy do klanu. Klan nie ma zwartej hierarchii. Podział, podobnie jak mechanizm ideologiczny, jest prosty i jednoznaczny – my i oni. W klanie nie ma znaczenia kompetencja ani doświadczenie – jedynym kryterium jest wierność klanowej ideologii, której strażnikiem jest starszyzna i klanowy kacyk.

To bardzo atrakcyjna oferta, gdyż klanowy system jest w istocie oparty na sadomasochizmie. Każdy może zostać oskarżony lecz również każdy może zostać doceniony i nagrodzony. Im bliżej jesteś spokrewniony ze starszyzną lub kacykiem, im jesteś wierniejszy ideologii klanowej, tym większe przywileje i zaszczyty możesz uzyskać. Ponadto klan jest w swym założeniu komunistyczny – wszyscy członkowie klanu mają równe prawa i wszyscy równy dostęp do podziału łupów, o ile zasłużyli się w walce. Klan jednak oprócz mechanizmu agresji wzmaga lęk i napięcie – z powodu wroga wewnętrznego. Każdy może zostać nagrodzony lecz również każdy może zostać oskarżony.

Nie wystarczy jeden akt lojalności by uzyskać nagrodę – trzeba być nieustannie gotowym, ciągle sprawdzanym, każdego dnia poddawanym próbie. Wystarczy jedna chwila słabości, jedno zawahanie, wątpliwość wobec klanowych zasad by zostać wykluczonym. Wyrok jest w rękach kacyka i starszyzny plemiennej – to ona nakłada karę lub wyklucza. System sądowniczy pochodzi z rozbudowanych hierarchii, tymczasem w klanie system to wola starszyzny wspierana ideologią. Dlatego w klanie, jak słusznie zauważa Girard, podstawnym mechanizmem jest mimetyzm, czyli naśladownictwo, trzeba zachowywać się tak samo, mówić to samo i wygłaszać identyczne poglądy. To jedyny sposób by perfekcyjnie, w każdej próbie sprostać klanowej ideologii. Dlatego też ideologia jest tak ważna. Jest mitotwórcza a jej sokami są archetypy – walki dobra ze złem, poświęcenia i heroizmu, lojalności i bohaterstwa, cierpienia jako ukoronowania, uległość jako cnoty, martyrologii jako centralnego doświadczenia.

Mitologia klanowa złożona jest z mitów sadomasochistycznych. Poświęcenie ideologii aż do poświęcenia życia jest w systemie klanowym najwyższym aktem lojalności i w zasadzie jedynym. Wszystkie inne są niewystarczające, gdyż mogą być fasadą potencjalnego zdrajcy. Tylko trup, który poniósł ofiarę w imię klanu jest godny zaufania. W istocie wszystkie dobra i zaszczyty są własnością klanu i kacyka – wszystkie zatem, w każdej chwili mogą zostać odebrane bez podania przyczyny. Jeśli członek klanu waha się by ponieść ofiarę już to samo jest wyrazem braku lojalności. Bowiem istota ludzka również jest własnością klanu.

Prawo, zasady, negocjacje, wymiana handlowa, przepisy, prawa człowieka, osoba ludzka jako podmiot – powstaną dopiero w strukturze hierarchicznej. Dlatego współczesne klany dążą do unieważnienia dawnych zasad i dawnego prawa, w to miejsce wprowadzając ideologię i wolę klanu. W klanie jednostka się roztapia i to rozpuszczenie dotyczy również odpowiedzialności i decyzyjności. Jestem przynależny do zbiorowości, jestem częścią, jestem jednym z nich – może powiedzieć członek klanu. Nie musi dokonywać wyborów, podejmować decyzji – wszystkie one zostały zideologizowane, w pewnym sensie zostały już podjęte poprzez ideologizację wszystkich przejawów życia. Jednostka zrobi więc wszystko aby być częścią sytemu klanowego, pozostać dyspozycyjnym przedmiotem interakcji. Ta przedmiotowość wzmaga sadomasochizm, gdyż wahadło emocji wychyla się od przywilejów i bezpiecznego bycia częścią, do zagrożenia z wewnątrz lub z zewnątrz lub najgorszego z nich, kiedy możliwe będzie wykluczenie z klanu lub śmierć. W tym znaczeniu klan jest procesem permanentnej autodestrukcji. Samobójstwo rytualne, choć nierzadko odbywa się w prawdziwej walce, przynosi wreszcie ulgę i jak w strukturze mafijnej daje bezpieczeństwie dzieciom i rodzinnie. Zginął przecież bohater klanowy. Stąd klanowy kult cierpienia, śmierci i autodestrukcji jako najwyższej cnoty.

Dlatego też obserwujemy w Polsce tak silną ideologizację. Na przykład nagle temat aborcyjny, który dotyczy zaledwie około tysiąca takich przypadków rocznie, (z resztą wynikających z radyklanych, obecnych przepisów mających zastosowanie w sytuacjach skrajnych, precyzyjnie opisanych ustawą) stał się tematem numer jeden ostatnich dni. Zaostrzenie tego prawa, o które rzekomo toczy się bój, może zmniejszyć ilość aborcji o kilka procent, czyli kilkadziesiąt przypadków w – i tak znikomej liczbie – tego rodzaju drastycznych zabiegów. Argumentowanie, czy zygota jest już istotą ludzką czy też nie, lub czy zygota niezagnieżdżona w macicy lub nieprawidłowo zagnieżdżona – jest istotą ludzką, czy też nie – mija się z celem. Poszukiwanie podobnych argumentów natury biologicznej, czy też medycznej również. Nie znajdzie się również dobrych argumentów natury religijnej, gdyż ani katolicka teologia ani dogmatyka nie posługują się definicją człowieka, którą dałoby się zastosować w medycynie lub biologii. Nie ma też znaczenia, że codziennie tysiące kobiet doznaje samoistnego poronienia zapłodnionych komórek jajowych nawet o tym nie wiedząc. Podobnie dla ideologów nie ma znaczenia fakt, że rokrocznie Polki dokonują około 150 tysięcy zabiegów aborcyjnych w Czechach, na Słowacji i w Niemczech, gdzie prawo jest liberalne. Walka ideologiczna odbywa się wyłącznie w obszarze fantazmatu, w domenie cienia, gdzie dominują skrajne, negatywne emocje. Fakty są nieistotne. Ważne są artefakty, twory, mity, iluzje podszyte emocjami.

W sporze ideologicznym chodzi wyłącznie o sadomasochistyczne napięcie, które jest źródłem rozkoszy. W obrębie zideologizowanych grup klanowych częstokroć jedyną rozkoszą jest rytuał przemocy i presji, cierpienia i ulgi, krzywdy i winy. Sinusoida, której dynamika jest ciągle odnawiana – pomiędzy doznawanym i zadawanym bólem, pomiędzy rozkoszą krzywdy (nikt nie cierpi tak jak my) a błogością zemsty (sprawiedliwość jest po naszej stronie).

Klan musi nieustannie dostarczać sobie paliwa, uzasadniając własną ideologię ustawicznym zagrożeniem. Nie ma tu przemyślanej strategii i geniuszu politycznego jak chcą niezliczeni publicyści. Jest natomiast klanowa ideologizacja życia, która dotyczy najpierw członków klanu a następnie wszystkich, których klan chce anektować. Naiwne jest też przekonanie, że znaczenie mogą odgrywać argumenty lub negocjacje. Z ideologią nie można negocjować, gdyż opiera się na wierze i relacjach klanowych, których istotą jest sadomasochistyczne kontinuum od sprawcy do ofiary, która staje się kolejnym sprawcą. Cykl ofiarniczy zmienia sie w nieustającą wendettę. Sadomasochistyczna sinusoida działa jak rollercoaster, w którym neurotyczna małość stapia sie z neurotyczną wielkością, cierpienie zadawane miesza się z doznawanym a wczorajsza ofiara staje sie dzisiejszym sprawcą.

Cdn.

Tao 55. Klan i cykl ofiarniczy
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

1 komentarz

  1. Zgadzam się. Trudno, oj trudno byłoby się z tym tekstem nie zgodzić. Ciekawe, ja wczytuję się teraz w “zrozumieć cierpienie” autorstwa 76-letniego psychiatry Vittorino Andreolli’ego. Myślę o swoim myśleniu o pracy z ludźmi, o ludziach w ogóle, tym bardziej że ten pełen pasji człowiek czuje się pokonany przez cierpienie i otwarcie o tym mówi.
    Łzy są pierwszymi słowami, kiedy się rodzimy. Przyglądam się włoskiemu światu i ludziom, którzy wcale, okazuje się, nie różnią się w okrucieństwie czy w zadawaniu niepotrzebnego cierpienia od naszego polskiego podwórka. Te same bezpardonowe zachowania wobec starszych ludzi zamykanych na cały dzień w ciemnych piwniczkach za karę – taka odmiana od przypinania do kaloryferów. Nie pociesza mnie to wcale. Mam w sobie nadal ogromną dawkę buntu, wkurzenia, rosnącej guli w gardle na to, co nie powinno się dziać, nie powinno się wydarzać, a się wydarza. Nie wiem kiedy polegnę na cierpieniu? Być może to nieunikniona ostateczna konfrontacja i wyleczenie z dzięcięcej wiary w możliwość lepszego świata, z dobryzmu? A może mam w sobie jednak na trwałe jakiś rodzaj siły doszukiwania się sensu i rozumienia mocy płynącej z trudnych, ludzkich doświadczeń? Sama widzę siebie najbardziej jako melancholiczkę, co pozwala mi szukać rożnych optyk cierpienia.

Komentarze są wyłączone.