Była to sprawa smaku

Tak smaku

Tao 59. Lenin i las

Historia

Wszystkie sprawy są polityczne jak mawiał dyktator rewolucji bolszewickiej Włodzimierz Ilicz Lenin. Dziś można śmiało naigrywać się z wodza rewolucji. Kiedyś, w moim dzieciństwie, za taki żart można było trafić do więzienia. Niedawno byłem świadkiem wspomnień na temat stanu wojennego w Polsce. Ktoś powiedział, że miał wtedy roczek, ktoś inny nawiązał do legendarnego już braku Teleranka – ówczesnego programu telewizyjnego dla dzieci, ktoś jeszcze, że miał lat cztery i pamięta płacz babci a ktoś jeszcze, że stał w kolejce po cukier i zmarzł. W rozmowie – Tadeusz Kościuszko mylił się z Tadeuszem Mazowieckim, Lech Wałęsa z Lechem Kaczyńskim, Anna Walentynowicz z Walentyną Tiereszkową, Kazimierz Dejna z Kazimierzem Górskim, Kazimierz Górski z Kazimierzem Wielkim, Maria Skłodowska – Curie z Janem Marią Rokitą. Ktoś spytał czy Curie, to polskie nazwisko, podobnie jak Chopin? Historia, ta sprzed dwudziestu lat, sprzed trzydziestu pięciu i ta sprzed pięciuset stały się workiem rozmaitości bez znaczenia dla wielu młodych ludzi. Ktoś, coś, komuś, gdzieś…w jakim celu? Kogo to obchodzi? A kogo to obchodzi? A co to ma za znaczenie? Z historii wyłaniają się mity, uproszczenia, obrazki, slogany i przy całej zebranej, usystematyzowanej, genialnej wiedzy, przepastnych zasobach Internetu, tysiącach książek i artykułów – historia niczego nas nie uczy. Niewielu ją zna, jeszcze mniej rozumie.

Zima

W skrócie zatem warto przypomnieć klika przemawiających do wyobraźni faktów. 35 lat temu na 10 dni przed świętami na ulicach stały czołgi i transportery polskiej armii – blokujące przejazd. Na skrzyżowaniach uzbrojone warty wojskowe i milicyjne. Próby podjęcia strajków lub protestów zostały spacyfikowane przez Zmotoryzowane Oddziały Milicji tak zwane ZOMO. Zginęli ludzie. Obowiązywała godzina policyjna oraz zakaz opuszczania miejsca zameldowania. Meldunek był obowiązkiem obywatela. Za jego brak można było trafić do więzienia. Paszporty należało zdeponować w urzędzie. Wydawano je tylko na wyjazd. Wyjazdy i cały ruch graniczny wstrzymano. Przez kolejne lata opuszczenie kraju było możliwe tylko po uzyskaniu wizy. O wizy wjazdowe do obcych krajów było trudniej niż obecnie w loterii wizowej do USA. Barierą także były koszty. Ówczesna pensja w PRL była równowartością kilkudziesięciu dolarów.

Zakłady pracy zmilitaryzowano, kierownictwo objęli w nich wojskowi a pracownicy wykonywali rozkazy. Wszystkie dobra od cukru, poprzez masło, po benzynę były na kartki. Zarówno miesięczny przydział benzyny jak i niektórych produktów wystarczał co najwyżej na klika dni, czasem na tydzień. Wyłączano prąd, czasem na klika godzin w ciągu dnia. Telewizja i radio nadawały wyłącznie programy propagandowe. Przez pierwszy okres stanu wojennego dziennikarze programów informacyjnych występowali w mundurach wojskowych. Za krytykę władzy, choćby w pracy, roznoszenie ulotek, nie mówiąc o bardziej aktywnym zaangażowaniu w działalność opozycyjną można było trafić do więzienia. Czynnych działaczy opozycji aresztowano już w nocy 12 grudnia. Małe dzieci, internowanych obojga rodziców, umieszczano w domach dziecka. Obowiązywały doraźne sądy wojskowe. W czasie zgromadzeń (wszystkie uznano za nielegalne z wyjątkiem powoływanych przez władzę) milicja powszechnie używała przemocy, biła, gazowała, oblewała zimną wodą, używała amunicji gumowej i ostrej. Powszechne było łapanie demonstrantów i wypuszczanie ich za miastem na tak zwane „ścieżki zdrowia”. Podwójny kordon zomowców uzbrojonych w szturmowe, długie pałki katował demonstranta, który musiał przebiec na koniec ścieżki, nierzadko liczącej kilkanaście metrów.

Stan wojenny to nie jakiś „brak Teleranka i słynne półki sklepowe zapełnione octem. To okres ośmioletniej beznadziei. Zapaści społecznej. Czas, który wrył się w dusze polskie waszych rodziców i dziadków. Jedni trafiali na „ścieżki zdrowia” i do więzienia, inni walili pałami w plecy „przeciwników demokracji-ludowej”, jeszcze inni siedzieli w struchleniu i beznadziei w swoich betonowych szufladach w bloku, szukając pociechy w kościele. W małych miejscowościach, gdzie od dziesiątków lat jedynym sposobem na przeżycie był konformizm, gdzie wszyscy się znali i każdy wiedział wszystko o sąsiedzie, ludzie poszli z władzą na niemą ugodę. W świecie niedoborów od zawsze radzili sobie znakomicie, tu sprawy się „załatwiało”, tu ręka rękę myła, tu szara strefa, handelek, kumoterstwo było od zawsze cnotą, nie zaś winą.

W zimie 1981 nastała zima, która trwała do czerwca 1989. Od tego czasu do dziś najwyraźniej zaprzepaściliśmy szansę. Jeśli nie dało się nauczyć naszych dzieci i wnuków szacunku dla wolności, to nie nauczyliśmy ich również strachu przed zniewoleniem. Wielkie miasto zamknęło się w swoim dobrobycie kupionym na kredyt w grodzonych osiedlach – stłamszone przez hipoteczne kredyty. A wieś i małe miasteczko w familiarnych, ciasnych kręgach, gdzie ufa się tylko swoim. Mało kto czyta, mało kto słucha, wszyscy wiedzą swoje. Polska pękła. Zawsze była pęknięta a społeczny cement, którym miała być kapitalistyczna gospodarka liberalna, okazał się wapnem. Dobro wspólne przegrywa z konkretnym pożytkiem danym do ręki. Dla ludzi urodzonych po 1981 roku basen, latarnie miejskie, benzyna, sok pomarańczowy, Internet, paszport, otwarte granice, gra Fifa i dyskont z browarem za 1, 75 były od zawsze.

Las

Sporo jeżdżę na rowerze po lesie, w puszczy. Gdzie tylko uda się przedrzeć samochodem tam leżą zwały śmieci, stare sedesy, kafelki zerwane ze ściany, części samochodowe, kubły, szmaty, puszki, rury, stare pralki, plastik i gruz. Wszędzie też wycinka. Jak na ironię na granicy puszczy stoją tablice informujące o zakazie wstępu: Zakaz wstępu! Siedlisko dzikiej zwierzyny! Tymczasem piły, ratraki, kombajny rwą i wycinają las od świtu do nocy. Jednakże mój kolega zapłacił mandat za wjazd rowerem w strefę siedliska dzikich zwierząt, którym właśnie wyrąbano dom, gdzie tydzień po tygodniu wyją piły i chrzęszczą stalowe gąsienice. Rowerzysta widocznie płoszy a drwal nie płoszy. Sprawa jest polityczna. Mandat tego rodzaju demoralizuje. Gdy dostajesz mandat za ciche, ekologiczne pomykanie po lesie, który w tej samej chwili jest trzebiony z rykiem pił, myślisz sobie to niesprawiedliwe, to głupie. Próbujesz nawet – tłumaczy kolega – coś wyjaśniać, tłumaczyć na logikę, lecz pan z bloczkiem mandatowym, który ma władzę zna tylko logikę władzy.

Jadę dalej. W młodniku nowe śmieci, wczoraj ich jeszcze nie było. Kawałek dalej leśnicy wycinają sosny i świerki. Pytam nieostrożnie i naiwnie – po co to robią? Zryli ścieżkę, pół lasu rozjechali gąsienicami żeby wyrzezać kilka świerczków. Jest zgoda z nadleśnictwa żeby pozyskać drzewka na święta – odpowiadają rezolutnie. A pan to kto? Co pan za jeden? Ja? Wróg oczywiście, wróg klasowy – mówiło się 30 lat temu. Gorszy sort jakiś. Pytania zdaje. Zaraz my go tu skontrolujemy! Jak za dawnych lat. Młodość wraca.

Konkluzja

Wbrew temu co sądzi się na temat wrażliwości ekologicznej lub jej braku, moim zdaniem, obie sprawy nie są kwestią braku ekologicznej wrażliwości. Pierwsza z nich – śmieci, to kwestia smaku, braku wyczucia estetycznego, tak jest – estetycznego! Sądzę, że u nas w kraju wiele rzeczy to właśnie kwestia smaku, kwestia wyczucia, estetyki, wrażliwości na piękno, poczucia harmonii, dążenia do ładu, zdyscyplinowania estetycznego. A właściwie braku wrażliwości estetycznej. O cóż zatem chodzi?

Wyobraź sobie mech, teraz zimą gdzieniegdzie jest jeszcze zielony, w innych miejscach ciemniejszy, przyprószony igliwiem, miejscami widać niskie krzewy borowiny, wyżej pną się sosny przemieszane z brzozami, które na tle rudawej zieleni świecą jak gromnice na tle krużganka. Pełna harmonia. Do zwalonych pni przylgnęły grzyby, żółte opieńki, których nie brak mimo późnej pory roku. I teraz wyobraź sobie, że na tę zieleń mchu, na czystość ściółki rzucasz opakowanie po chipsach, puszkę po napoju a potem zwalasz z paki kubły po farbie i gruz a do tego dwie beki zużytego oleju silnikowego. Coś tu nie pasuje. Kubeł po farbie po prostu gryzie się z liśćmi i mchem, plama oleju i resztki farby zakłócają czystość trawy, gruz nie pasuje do igliwia. Nie umieścisz przecież na masce swego ukochanego samochodu esów-floresów z fluorescencyjnej farby, nie przystroisz świątecznego stołu gazetami, nie położysz się w zabłoconych butach na czystej pościeli. A jednak. Estetyczny i historyczny daltonizm wielu naszych rodaków, sporej części ludzi młodych, wielu spośród pokolenia homo sovieticus, spadkobierców ery komunizmu sprawiają, że wspólny las staje się tanim śmietnikiem, populistyczna obietnica powodem do poparcia. Torquemada brzmi jak tortilla a Wałęsa jest tak nierealnie odległy jak Łokietek, solidarność to biznes jakichś gości nie zaś lojalność, braterstwo i kolektywizm.

Sprawa druga, zmasowana wycinka drzew, również nie ma związku z ekologią, to kwestia czystej pazerność. Na handlu drewnem zarabia się krocie. Słoik z konfiturami dotąd nieruszony teraz może być rozgrabiony z politycznym błogosławieństwem. W końcu idea czynienia sobie ziemi poddanej jest mocno ugruntowana ideologicznie i religijnie. Jak twierdzi minister środowiska, który w nieświadomej autoironii ma się za ekologa, drzewa sadzi się po to przecież, żeby je wyciąć, czyż nie? Otóż sprawa wycinki puszczy i lasów nie jest polityczna – to zwykła pazerna grabież oparta na chciwości. Wątpię by teraz, czy w przyszłości dało się z tym cokolwiek zrobić. Wszelkie nieszczęście i kryzysy ekonomiczne, które dotknęły świat i Europę od 2008 roku to wynik pazerności. Również populistyczne rozdawnictwo środków z państwowej kasy, to przecież gra o władzę, nie o dobro ludzi, którym za chwilę się pogorszy, gdy staną w kolejkach po benzynę.

Jednakże kwestia estetyki jest polityczna, gdyż jest efektem zaniechania edukacyjnego, jest wyziębieniem naszej wrażliwości, brakiem cnoty smaku. Zaniechanie, którego skutkiem jest brak wrażliwości na proste, wyuczane doświadczenie, że pewnych rzeczy się nie robi – skutkuje zepsuciem nie tylko estetyki lasu lecz również estetyki stosunków międzyludzkich. Pewnych rzeczy się nie robi i już. Opakowanie po chipsach nie pasuje do mchu, publiczne kłamstwo dyskwalifikuje kłamcę, przytakiwanie wielu panom dla własnej korzyści to wstyd, plama oleju zatruwa wodę, obietnice bez pokrycia to plama na honorze. Po prostu nie rzuca się w piękny zielony mech pustej butelki, bo to gwałt na estetyce. Te małe gwałty, małe brudy, drobne śmieci, są przyczyną totalnego znieczulenia, które pozwala na wielkie brudy, całe tony śmieci, wygłaszanie kłamstw z uśmiechem.

 

Zbigniew Herbert tak przenikliwe pisze w wierszu Potęga smaku:

 

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru


nasza odmowa niezgoda i upór


mieliśmy odrobinę koniecznej odwagi


lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku


Tak smaku


w którym są włókna duszy i cząstki sumienia

Kto wie gdyby nas lepiej i piękniej kuszono […]

 

Zaiste ich retoryka była aż nazbyt parciana


(Marek Tulliusz obracał się w grobie)


łańcuchy tautologii parę pojęć jak cepy

dialektyka oprawców żadnej dystynkcji w rozumowaniu


składnia pozbawiona urody koniunktiwu

Tak więc estetyka może być pomocna w życiu


nie należy zaniedbywać nauki o pięknie

Zanim zgłosimy akces trzeba pilnie badać


kształt architektury rytm bębnów i piszczałek


kolory oficjalne nikczemny rytuał pogrzebów

Nasze oczy i uszy odmówiły posłuchu


książęta naszych zmysłów wybrały dumne wygnanie

To wcale nie wymagało wielkiego charakteru


mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi


lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku


Tak smaku


który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo


choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała

głowa

 

***

Lenin marnie skończył. W siedem lat od wybuchu rewolucji zmarniał, odizolowany, po wylewach, prawdopodobnie podtruwany – zmarł jako 54 latek. Taki już los populisty – komunisty – musi odejść w lęku, osamotnieniu i niesławie.

 

Tao 59. Lenin i las
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

6 komentarzy

  1. Myślę, że kwestię smaku rozstrzygamy na poziomie zintegrowanego mózgu trójjednego. Tu trzeba mieć kontakt z emocjami, sercem, duszą. Kłopot jest w tym, że historia w wersji szkolno-akademickiej to opowieść o dualnym świecie – my dobrzy, sprawiedliwi, ofiary – oni źli, okrutni, oprawcy i kaci – żadnego tao i dostrzeżenia procesu. Droga do zrozumienia i integracji prowadzi niestety przez ból i cierpienie a my jesteśmy po traumie – już tego doświadczyliśmy i chcemy unikać. Zdarzają nam się wprawdzie fleshbacki rocznicowe, ale nie traktujemy ich jak objaw. Uczymy, jak obserwuję, nasze dzieci – nie płacz, nie tup, nie czuj! i sami też chętnie to czynimy – mówię w imieniu Rodaków. W sumie to dość zabawne próbować być głosem narodu ;>)
    Myślę, że dopóki historia będzie mechanizmem obronnym, dla jednych identyfikacją projekcyjną dla innych racjonalizacją lub wyparciem – nie ma mocy przemiany! Jest opowiastką z kory nowej z umysłu, odciętą od korzeni, dlatego dzieci nie chcą jej słuchać.

  2. A może tak zabetonować Wiejską jak reaktory w Czarnobylu….

  3. a ja w sprawie lasu widzę poprawę. Moi rodzice mieszkają na wsi która jest otoczona lasem. Przeciągu około 10 lat widzę że wiele pól uprawnych (klasa 6 ) przekształciło się w lasy (częściowo to zasługa dotacji przez UE). Okoliczni mieszkańcy też już nie wywożą śmieci do lasu. Po za tym związku z rozwojem urządzeń zawierające nadajniki GPS i kamer które posiadają leśnicy kradzież drzewa z Państwowych lasów zmalała prawie do 0. Mam takie wrażenie Maćku (może się mylę ) że ostatnie twoje artykuły są pesymistyczne i smutne. Rzeczywistość jest różnorodna jak w jednym aspekcie się pogarsza to w drugim się polepsza. Napisz coś pozytywnego -proszę

  4. Jako matka trojga, w tym aktualnie dwojga nastolatków, uprzejmie donoszę, iż zainteresowanie dzieci historią nie musi być łatwe. Z ich punktu widzenia data 13 grudnia 1981 jest tak samo ciekawa jak 15 lipca 1410 – o ile bardziej ich interesuje budowa aparatu gębowego muchy plujki, czy rozwiązywanie zadań na sumę ciągów, czy też po prostu gra w LOL’a. Ot, po prostu, historia, jeszcze jedna lekcja do nauczenia się.

    Dlatego „historia lubi się powtarzać”. Bo uczenie się jej zajmuje czas i energię, i w sumie nie jest to aż tak interesujące dla większości ludzi. Mało kogo to obchodzi, bo są ciekawsze rzeczy dookoła. Nic tego nie zmieni moim zdaniem, czego koronnym dowodem jest zabrnięcie Napoleona, wybitnego niby stratega, zimą pod Moskwę. Ile razy można robić ten sam błąd i nabierać się na ten sam numer? Okazuje się, że wiele razy i że już następne pokolenie nic nie pamięta z doświadczeń starszych. Pierwszym w historii pisanej był 2,5 tys lat temu jakiś władca Persji usiłujący podbić zimą kazachskie stepy. Nie udało mu się, oczywiście, bo cofający się obrońcy nie walczyli, tylko palili swoje wsie i zapasy na zimę. I tak ciągle, mniej więcej raz na 150 lat. Dodajmy, że Napoleon z racji swego wykształcenia był uczony o historii różnych bitew. I i tak mu to nie pomogło. No ile razy można?

    Podejście młodzieży w każdej epoce do tego jest takie, że „co tam stary może wiedzieć” (zwłaszcza o seksie). Oni wiedzą wszystko najlepiej i nie uczą się na cudzych błędach, ale tylko i wyłącznie na swoich własnych. Każde nowe pokolenie zaczyna rozwój od zera i wyważa otwarte drzwi. Każdy od nowa uczy się chodzić. Każdy musi się sam nauczyć wszystkiego od nowa i wiedza na kolejne pokolenia nie spływa w formie iluminacji. Trzeba wszystko od nowa wbijać do głów. A nawet jak już się wbije coś do młodych głów, to zawsze jeszcze pozostaje osobnicza arogancja, pycha i przecenianie własnych możliwości płynące z nadmiaru wiedzy i braku doświadczenia. Na dodatek rzadko kiedy wybitny władca dał wybitnego syna. Pokolenie które wywalczyło wolność niekoniecznie wychowa pokolenie zdolne tą wolność utrzymać.

    Lepiej jest w naukach ścisłych, którymi z zasady zajmują się ludzi potrafiący MYŚLEĆ W UPORZĄDKOWANY SPOSÓB i potrafiący skorzystać z wiedzy poprzedników, i tu nie ma wątpliwości, kto jest Einsteinem. Grawitacja ma swoje prawa niezależnie od wiary i humoru obserwatora, istnieje nawet wtedy, gdy nikt o niej nie wie. Pycha i arogancja też jej nie zmienią i nie podważą.
    W naukach humanistycznych – każdy jest najmądrzejszym mądralą, zaś dwóch takich „mędrców” może się zgodzić ze sobą jedynie w kwestii, że ten trzeci nie ma racji. To samo dotyczy oczywiście historii i jej interpretacji. To jest materia płynna, ciężko udowadnialna, zależna od światopoglądu patrzącego. I m.in. dlatego nauka historii idzie tak opornie. Bo wszystko zależy od tego, kto mówi i kto słucha. W historii nie ma nawet tzw. „faktów”. Zawsze coś jest pominięte, zawsze coś jest wyolbrzymione, a kronikarz zawsze był przecież na czyimś utrzymaniu (najczęściej króla).

    Historia kołem się toczy. Obserwacja tego jest niezwykle interesująca :-)

  5. Nie, no ale serio z tem wszystkiem to nie można tak. To trzeba metodą Korowiowa. Czytaliście? Korowiowa ubóstwiam pasjami, bo on trafnie odpowiada poglądowo na pytanie jak żyć :-)
    I tak pofantazjuję dla przykładu niech będzie że pierwszy z brzegu polityk niech będzie minister Szyszko pracuje czyli wygłasza swoją opinię polityczną o bocianach i Krakowie. Niech to się tak zdarzy akurat przy nas. Wtedy zupełnie spokojnie, z miną najpoważniejszą na świecie odpowiada się głosem najbardziej urzeczonym z możliwych: Ależ tak! Fascynujące, doprawdy fascynujące!!!. Pan jest fascynujący i genialny jednocześnie. By tak połączyć tak odległe sobie rzeczy trzeba mieć niebywały umysł stratega”. Po czym zawieszenie głosu i patrzymy czy Mąż Stanu myśli, czy tam przed nami paruje spod beretu, czy nawiązała się jakaś nić porozumienia o czym tu brutalnie mówimy?
    Mówcie co chcecie, ale na naszych polityków najmocniejszy Bułhakow :D

  6. Bardzo się zgadzam z tą głęboką tezą, że to, co istotne w życiu to kwestia smaku.
    Jako siedmiolatka, która przyjechała pobyć bliżej zapracowanego taty, chodziłam uliczkami, parkami i różnymi zaułkami Dusseldorfu. Wielość i świątynność sklepów, ruchome schody, feeria barw, zapachów, dostępność i obfitość wszystkiego była dla mnie po prostu brakiem słów, ogromnym szokiem. Wiedziałam, że dane jest mi być za ważną granicą, której przekroczenie było jakieś wojenne w przeżyciu, straszne i groźne rozmowami i przeszukaniami celników. Tam uczyłam się z obserwacji jakiegoś naturalnego porządku, czystości, jaką wszyscy zachowują, gdziekolwiek się jest. To było takie intuicyjne, że śmietek wrzuca się dokładnie do śmietnika, ulice są czyste. Można zapomnieć przekręcić klucz w zamku i wróci się do swojego mieszkania, którego nie ograbił w międzyczasie żaden złodziej. Atmosfera poczucia bezpieczeństwa i dbania o swój dom.

    Strasznie przykry ten brak poszanowania przyrody, brak zmiany mentalności w myśleniu, działaniu, który widać w nielegalnych wysypiskach śmieci i wyrzucanych ot tak z okien samochodu pojedynczych opakowaniach po macdonaldzie i papierosach. Wygrana chamstwa nad zdroworozsądkowym dbaniem o przyrodę, świat, jakby nie patrzeć swój dom.
    Jestem pewnie orientalna dla tych wszystkich rozleniwionych panów i władców świata „zimnych łokci”, bo mnie cieszą małe rzeczy, jak choćby zwiększona teraz populacja wiewiórek ganiających z orzechami po osiedlu. Zbieram, więc te śmieci nie wiem po kim, nie wiem czemu rzucone, jak tyle koszów i pojemników na segregację wszędzie. A za jakiś czas pojawiają się nowe, mam nadzieję, że przez ten syf nie zniknie całkiem ostatni kawałek rezerwatu przyrody. W grudniu brak zieleni wydobywa ten syf ostrzej na światło dzienne i można podziwiać wiszące ogrody szmat, porzuconych mebli i puszek po piwie.
    Jeden gest po sobie jest nierealnym wyczynem „zimnego łokcia”?

    Gdy czytam tą notkę – chciałabym żeby żarliwie docierała dalej… telepatycznie do takiego czy innego typa. Zmieniała mu w magiczny sposób myślenie; sajensfikszynowymi, niewidzialnymi siłami upuszczała piły, dematerializowała siekiery wymierzone w drzewa. Tu startrek mógłby działać w trosce o przyrodę.
    Polityczna bufonada często używa określenia chylę czoła przed tym, zgina się w pas i całuje pierścień hierarchów, a tylko brak prawdziwego, opiekującego pochylenia przed matką naturą, która wyeksploatowana najbardziej go potrzebuje. Polityczni klakierzy przytakują, kręcą się jak gołębie wokół synogarlicy wokół Ministra Szyszki, którego jako leśnika rozpiera duma z wycinki lasów dla dobra Krakowa i bocianów. No przecież nie da się skali i bezmiaru takiej Ochrony Lasów Państwowych, o jakiej grzmiał przed wyborami PIS pomieścić w sobie, kiedy się ma swój sprawnie działający mózg? To się skurczybyki do Ochrony lasów dobrali????

    Dla mnie to wszystko groźne w skutkach takie jakieś pajacowanie. Szopki dla papieża Franciszka, coraz większe pomniki, czołobitność, sypiące się medale i ordery na piersi, rozbuchany patos, który od Ojczyzny odstręcza. Dalej będę się trzymać tego, że czuję się wolna i tylko jednym uchem słucham i wypuszczam: przedtem były ośmiorniczki a teraz wrócili, ci co za głównego wroga mają Gombrowicza i przestrach własnymi wątkami homoseksualnymi, a orężem zaglądanie każdemu pod spódnicę. Olaboga strach i trwoga a jak trwoga to do Boga. Ale co ja mogę? Mogę tu coś wpisać, na blogu pod notką i zmarkotnieć…

Komentarze są wyłączone.