Znaczenie

tej właśnie chwili

Tao i znaczenie

Wbrew temu co się potocznie wydaje, wbrew temu o czym w tonie sensacji rozpisuje się od czasu to czasu jakiś tygodnik albo strona internetowa – zmianę jakości życia na lepszą jest tak trudno uzyskać nie dlatego, że zmiana jest niemożliwa, nie dlatego, że jest wymagająca jako proces, nawet nie dlatego, że kryje się za nią manipulacja i chucpa różnych hochsztaplerów, ale głównie dlatego, że mało kto stosuje nawet najprostsze zasady w praktyce.

Na przykład myśl Tao znana jest od tysiącleci. Kto choćby liznął trochę literatury współczesnej, kto interesuje się kulturą musiał słyszeć o Tao. Interesowali się poglądami taoistycznym zarówno Carl Gustaw Jung jak i John Lennon, Anthony de Mello jak i Thomas Merton, Ursula K. Le Guin i Aldous Huxley, Erich Fromm oraz Arnold Mindell, Ken Wilber i Daniel Reid i wielu wielu innych. Cała ta wiedza transponowana do myśli Zachodu jest niemal na wyciągnięcie ręki – wystarczy skorzystać.

Otóż zasady Tao, choć z pozoru brzmią co najmniej kontrowersyjnie, aż zanadto paradoksalnie dla człowieka Zachodu, w istocie są niesłychanie praktyczne a poprzez to zmieniające i proste w zastosowaniu. Choćby zasada nadawania osobistego, subiektywnego znaczenia, której przeciwstawieniem jest zasada przyczynowości (uzasadnienie stosowane powszechnie). Dla nas, ludzi Zachodu przyczyna i skutek, logiczne wynikanie są nadrzędnymi elementami konstruującymi nasze życie. Nauka oparta na paradygmacie wynikowości wyrokuje w sposób jednoznaczny: co jest potwierdzone badawczo, a tym samym jest prawdziwe, a co nie. Np. skuteczność pewnego preparatu chemicznego w leczeniu pewnego rodzaju choroby u statystycznej grupy osób, jest uznawana za prawdziwą, nawet jeśli spora grupa jest nieobjęta wynikami, lub wykluczona, lub leczenie okazało się nieskuteczne, a nawet szkodliwe. Liczy się statystka i redukcja objawów w reprezentatywnej próbie. Jakieś A wpływa na jakieś B. Jeśli wyeliminujemy (tak nam się wydaje) dostatecznie dużą liczbę czynników przypadkowych, możemy z dużą pewnością (sądzimy, że z całą pewnością) orzec, że A wpływa na B.

Dam przykład. Jadę autostradą. Jest mgła, marznąca mżawka, lekki mróz. Chwilami jęzory białego budyniu sprawiają, że nie widać nawet świateł nadjeżdżających pojazdów z przeciwka. Lewym pasem śmigają samochody 140 km/h, 180 km/h. Zwalniam. Moja prędkość to ok 95 km/ h . Jadę jeszcze wolniej ok. 80 km/h i jeszcze wolniej. Słyszę w SB radio jak kolejni kierowcy wymieniają uwagi na temat poduszek powietrznych, bocznych kurtyn, systemów kontroli trakcji, ABS–ów, napędów na cztery koła, biernej strefy bezpieczeństwa i własnych, mistrzowskich umiejętności, a także pewnego hartu ducha, który pozwala im pędzić we mgle 180 i szybciej. Wszystkie te wywody układają się w ciąg skutkowo – przyczynowy, który dowodzi, że świetnie wyposażony samochód + świetny kierowca + świetne ubezpieczenie dają gwarancję bezpieczeństwa na śliskiej drodze we mgle. Kilka dni temu, tu niedaleko była katastrofa drogowa lecz skutkowo-przyczynowe wynikanie podpowiada kierowcom, że są doskonali, nieustraszeni oraz ich znakomicie wyposażone samochody potrafią zdziałać cuda. Ponadto nawet jeśli coś poszłoby nie tak, to przecież mają znakomite ubezpieczenia – słyszę w radio. Wreszcie padają dwa argumenty ostateczne – (jedno auto spycha drugie jadące bardzo szybko, lecz nieco wolniej, niż to za nim) – We mgle zwalnia tylko słabiak! Słyszę jak szybszy, niecierpliwy kierowca, ten co spycha, wyzywa tego drugiego od Januszy, dupków i gamoni. We mgle zwalnia tylko słabiak! Drugi argument jest oczywisty – dwa razy na tej samej trasie, w odstępie dwóch dni nie wydarzą się dwie katastrofy we mgle.

Tymczasem nadanie znaczenia jest subiektywne. Tu nie ma skutku i przyczyny. Jest wewnętrzny dialog, uważność na mikrosygnały i refleksja. Jest subiektywne połączenie czasem nic nieznaczących obiektywnie symptomów, którym wyłącznie jednostka nadaje, indywidualne znaczenie. Czasem jest to odejście od społecznej presji. Kontakt z własną nieświadomością. Zaufanie do czegoś, co wydaje się iluzoryczne. Jung nazwie to synchronicznością, przypadkową koincydencją.

Jestem zmęczony. Jest noc. Światła działają jak reflektory stroboskopowe, więc pocieram oczy. Gaszę SB bo lecą z niego już tylko same bluzgi. Włączam muzykę. Chwilami nie widzę drogi z powodu mgły, z powodu pocieranych powiek a ponadto osad zbiera się na szybie i wycieraczki tylko go rozmazują. Coraz częściej myślę o ciepłym łóżku i ta refleksja uprzytamnia mi, że wtedy jestem kompletnie zdekoncentrowany, nie widzę dosłownie nic. Przede mną mógłby wyrosnąć dom albo lądujący samolot i nie zwróciłbym na niego uwagi. Bardzo chcę być już w domu i napędza mnie wizja koca i łóżka ale wtedy słyszę w radio piosenkę o chwilach, które decydują jakimi drogami podążymy. Wtedy przypomina mi się film, w którym Al Pacino jako trener mówi do swojej drużyny o pojedynczych krokach, sekundach na boisku, które jak w życiu decydują o końcowym wyniku. Zwalniam, zjeżdżam do stacji benzynowej. W pobliskim motelu jest wolny pokój. Całkiem czysto. Jest łóżko i koc. Rano dowiaduję się, że kilka kilometrów dalej, w nocy, był kolejny wpadek, tym razem z udziałem mniejszej ilości aut. Ciężarówka nagle zajechała drogę samochodowi pędzącemu lewym pasem.

Skutkowo-przyczynowość jest droga i w końcu nieefektywna. Trzeba wyprodukować skomplikowane auto i milion kolejnych, przetestować je, udoskonalić, stworzyć dla niego infrastrukturę, wymyślić i udostępnić nie mniej skomplikowane ubezpieczenie, do tego te wszystkie asfalty, barierki, ABS-y a potem straż pożarna, policja, karetka, specjalistyczny szpital. Cała ta ogromna sieć zależność, którą w Tao zastępuję jednosekundowa myśl, nadanie znaczenia w oka mgnieniu.

Jestem zmęczony, jest noc, jest mgła, chwile jak w piosence decydują o drogach, którymi podążymy, sekundy jak w filmie decyduję o życiu. W ostanim akordzie piosenki słychać jakby syrenę karetki. Jak ostrzeżenie. Już wiem. Nadałem znaczenie tej właśnie chwili. Zjeżdżam na stację benzynową. Nie jadę dalej.

Tao i znaczenie
5 (100%) 1 vote

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

3 komentarzy

  1. Bardzo intensywnie badam historię moich przodków. Pewne dawne wydarzenia wpływają na mnie obecnie, to co zrobię może wpływać na moje wnuki… Gdyby ludzie mieli tego świadomość, może lepiej wykorzystali by swoje tu i teraz…

  2. Od 3 lat dość często jeżdżę po Polsce samochodem. Stresuje mnie to. Nie zliczę sytuacji kiedy jadąc autostradą lewym pasem czułem nacisk zjechania na prawy pas pomimo braku możliwości. Przy dużych prędkościach wystarczy drobny błąd i katastrofa gotowa. Sami sobie to robimy. Czysta głupota.

    Myśląc o swoich myślach zauważyłem, że sporo w nich lęku i obaw. O pracę, spostrzeganie, o pozycję, stanowisko, przyszłość i teraźniejszość. Z pozory całkiem normalne. Zacząłem więc wprowadzać reinterpretację sytuacji i zdarzeń. W myśl zasady – lepiej opowiadać o sobie i sobie lepsze historie. Lęk jest użyteczny kiedy wzbudza czujność. Bezużyteczny kiedy tłamsi poczucie własnej wartości i wiarę w siebie. W końcu – to tylko myśli.

    Mam też wrażenie, że wszędzie są badania. Analiza , test , próba , eksploracja , przymiarka , eksperyment. Wszystko musi zostać poddane obserwacji. Na szkoleniach uczestnicy mi już rzucają – masz na to jakieś badania? A gdzie zdrowy rozsądek – się pytam? Gdzie myślenie.

  3. Dużą sztuką jest odpuścić sobie i nie być ani pierwszym ani nawet drugim. Człowiek ani się obejrzy a już ma 50-tkę na karku i jest niewolnikiem banków, rodziny , macierzystego zakładu pracy itd. Kto ma nas uczyć zauważać świat taki jaki jest ? Kto ma wskazywać alternatywną drogę , która nie będzie drogą na marginesie. Kto podpowie żeby zjechać z drogi , a nie gnać na złamanie karku . Kto ?

Komentarze są wyłączone.