Tuska mi żal, czyli króle Juliany i nie tylko…

 

 

osamotniony, zmęczony, smutny
osamotniony, zmęczony, smutny

Żal mi się zrobiło premiera Tuska. Tak, tak żal. Taki mega nadszyszkownik, super urzędnik jak premier ma dość mocno związane ręce. Jest osamotniony. Przemęczony. Nikt go nie lubi. Pewnie tak bym zaczął rozmowę z Michałem, moim przyjacielem, gdyby żył. Kiedyś profesor Wiktor Osiatyński, a potem Zbigniew Hołdys stwierdzili, że do polityki idą najgorsi, a nie najlepsi ludzie.

W biznesie, w korporacji, we własnej firmie, jako artysta albo dziennikarz – musisz się wykazać, odnieść sukces, uzyskać ponadprzeciętne rezultaty, a przede wszystkim myśleć samodzielnie, podejmować decyzje, ryzykować. Firma, rynek, efekt, wynik weryfikują twoją pracę i zdolności – codziennie. Sprzedałeś albo nie, raport był na czas albo nie, jesteś konkurencyjny albo nie. W polskiej polityce, na dworze tego lub innego króla Juliana reguły są proste i odwieczne – lizusostwo zwane również służalczością decyduje o pozycji na dworze. Chwila nieuwagi i nóż w plecach, stołek wyciągnięty spod siedzenia. I trach!  Tymczasem Tuska mi żal. Deficyt budżetowy rośnie lawinowo, kryzys może znowu powrócić tym razem, jak samum z krajów arabskich. Nie lubią premiera ekonomiści, intelektualiści, narodowcy i pisowcy, rydzkowcy, młodzi, staży, związki zawodowe i naukowcy, telewizja i prasa, jaśnie oświeceni i ciemny lud, a nawet własne szeregi zgrzytają. ZUSu i KRUSu nie ruszysz, bo ciemna ciemność populistów, NFZtu też nie, bo ciemność nadmądrali zablokuje zmiany (w tak zwanym środowisku, któremu dobrze w mętnej wodzie robić kariery i pieniądze). Nikt nie mówi o Tusku dobrze. Nawet cyniczny Leszek Miller lub przestraszony Jerzy Buzek – mieli lepszą prasę, ba nawet pisowski Kazimierz Marcinkiewicz słynący z nieco żenujących żartów. Berlusconi, proszę bardzo, Sarkozy jak najbardziej – króle Juliany cudowne, zabawne, lubiane i nienawidzone – ale jakie śmieszne, radosne, pełne witalności. Kiedyś też mieliśmy takich, do śmiechu i do płaczu: Leppera, Palikota, Beger, Hojecką, a teraz nuda.  Smutek. Powaga. Żaden z Tuska król Julian. I naszła mnie myśl taka, która już mnie nachodziła parę razy, że nie ma wyboru w tej naszej demokracji, że gdyby nawet wymyślić sobie premiera idealnego…to nie umiałbym podać kandydatury.  

I naszła mnie myśl druga, że to nie dotyczy tylko sfery polityki. Dyrektorzy departamentów w ministerstwach, najczęściej świetni, doświadczeni fachowcy – pociągnęliby nasz kraj przez dobrych kilka lat bez rządu, sejmu, polityków, ministrów, prezydenta i premiera. W końcu jednak zabrakłoby wizji, strategii przyszłości. I oto mi właśnie chodzi. Obecni politycy takiej wizji nie mają, mogą nawet nie wiedzieć, co to słowo oznacza. Na tym polega kłopot.

 

genialny outsider
genialny outsider

Autorytety jednakże kreują nasz świat, pokazują kierunki, określają granice i przesuwają granice (w przenośni i dosłownie). Nadają kształt przyszłości. A u nas jak już się jakiś autorytet pojawi, to albo okazuje się kokainistą, albo byłym współpracownikiem tajnych służb PRL-u, albo i tak się na niego coś znajdzie, żeby go w ziemię wdeptać.  W naszej kulturze niesłychanie silny jest mechanizm wielokrotnie opisywany przez antropologów i socjologów: uczeń musi zabić mistrza. Zabić oznacza tu upokorzyć, odrzucić, ośmieszyć, udowodnić mistrzowi i sobie, że ów dawny lider był beznadziejny, mylił się i w dodatku od samego początku był nic nie wart.  Przydarzyło się to wielu politykom i wielu innym autorytetom. Jeśli wracają – to po okresie medialnego i politycznego czyśćca jak Buzek, Balcerowicz czy Cimoszewicz – i to na obrzeża. Dostają honorowy głos doradczy. Niszową pozycję.  Nawet Wisławie Szymborskiej, perle nad perłami polskiej literatury, poezji, myśli – wyciągano jej stalinowskie wiersze. Miłosz, Wałęsa, Geremek, Michnik, biskup Życiński, nie mówiąc o Gombrowiczu czy Mrożku – obrywali cięgi. Kreujemy natomiast na ikony narodu postaci historyczne, o których nic nie wiemy, oprócz tego, że były sławne. Potrzebujemuy Roberta Kubicy i Kamila Stocha. Krystyny Jandy i Jasia Meli – gdyż oni dają nam coachingowy dowód na osiąganie sukcesu pomimo trudności. My Polacy wierzymy, że sukces zdobywa się pomimo wszystko, wbrew realiom, pod prąd. Osamotnieni walczym na trasie do kresu sił – jak Justyna Kowalczyk. Łamiemy ręce i nogi jak Małysz i Kubica. Walka jest ciężka. Osamotnieni jak Tusk. Sami przeciwko światu, jak Kozakiewicz na Olimpiadzie w Moskwie! Zespołowo – słabizna. Jak nauczał nas Cyprian Kamil Norwid, także krytykowany outsider, z Polaka wieki patryiota ale obywatel żaden.  Do dziś nie wierzymy we wspólnotę i współdziałanie :(

Z jednej strony jest w nas Polakach wielka tęsknota za narodową dumą, wpatrujemy się w Małysza, Stocha, Kubicę, Kowalczyk, gloryfikujemy gwiazdy popkultury, które zasłużyły się rolą w serialu, albo przebojem sprzed 10 lat, a ludzie, którzy całym życiem dali dowód wielkości znikają z firmamentu autorytetów. Nie potrafimy ich sobie uhonorować w codzienności, w sobie samych docenić. Co gorsza tych, którzy aktywnie działają słucha tylko niewielkie grono. Może jest w tym mądrość i przezorność ludzi wyjątkowych, wiedzą, że jak ktoś w Polsce staje się powszechnie znany, a nie daj boże zostaje celebrytą lub politykiem – to już po nim. Zawiść go zabije, ocena upokorzy. Dlatego mądrzy są też cisi, znają niebezpieczenstwa świecznika i jak taoiści wolą być z boku. I wtedy zacząłem się zastanawiać, kto dla mnie jest autorytetem obecnym, niezmiennym, z którego doświadczeń i mądrości wciąż korzystam pomimo upływu lat, a którego nie zabiłem swoją oceną, pochopnością, zazdrością, szyderstwem. Dziś już wiem, jako gość raczej dojrzały, że nie muszę brać wszystkiego i z każdą myślą się utożsamiać, ale mogę słuchać, czytać, czerpać, szukać – dzięki autorytetom.  I przyszła mi do głowy taka oto lista panteonu, któremu u steru spraw ojczystych zaufałbym. Podaję kilka postaci jak mi głowa podyktowała:

Stanisław Lem, Wisława Szymborska, Wiktor Osiatyński, Janusz Gajos, Jeremi Przybora, Paweł Śpiewak, Jaś Mela, Marek Kamiński, ojciec Karol Meissner, Sławomir Mrożek, Władysław Bartoszewski, Janina Ochojska, Krystyna Janda, Jerzy Owsiak, ojciec Leon Knabit,  Zbigniew Hołdys, Natalia Partyka, biskup Tadeusz Pieronek,  ks. Adam Boniecki, Tomasz Polak (Węcławski), Tadeusz Bartoś, Jacek Żakowski,  Krystian Lupa,  Wiesław Myśliwski, Tadeusz Różewicz, Kazimierz Kutz,  Zygmunt Konieczny, Andrzej Wajda, Wojciech Smarzowski, Felis Falk,  Jerzy Stuhr, Jan Jakub Kolski, Andrzej Sapkowski, Tomek Bagiński, Ewa Nowicka- Rusek, Kazimierz Piechowski…nie mogę skończyć…. lista jest długa…wspaniale…!!! 

 

Cały film o Kazimierzu Piechowskim

http://www.joemonster.org/filmy/15109/Uciekinier_Kazimierz_Piechowski   

 

A co do Tuska? Życzę mu długiego urlopu. Pewnie dopiero jak ustąpi z urzędu i zniknie, po kilku latach komuś przyjdzie do głowy, że ten facet jednak ciężko pracował, więcej niż inni, i warto docenić jego postawę i rolę, jaką odegrał w Polsce na przełomie dwóch dekad.  Ustąp Tusku, bo tylko wtedy zostaniesz przez rodaków doceniony!

Tuska mi żal, czyli króle Juliany i nie tylko…
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

19 komentarzy

  1. Chodzi o to, że D. Tuskowi nigdy nie zależało na poprawie sytuacji w naszym kraju.Po klęsce w wyborach na prezydenta postanowi zrobić wszystko aby pokazać Kaczyńskiemu – naobiecywał no i pokazał, przez 4 lata nie zrobił zbyt wiele bo myślał tylko o obstawieniu “bramki’ i przyszedł czas rozliczeń a teraz szuka winnych.” … ale ciemny lud łyknie wszystko”

  2. w pragnieniu :) Sylwestrze, w pragnienieniu…..chciałbym ojczyzny baaaardzo pięknej z maksymalnie dużą ilością radosnych istot czujących (oczywiście rozpuszczonych w tao, jak zapach ropuszcza się w powietrzu :)

  3. Macieju, po co, tyle słów o Polakach, gdzie leży źródło tych refleksji, w tęsknocie, czy w pragnieniu?

  4. a ja idę,drogą,uważnie, a w dłoniach trzymam ster..uważnie trzymam

  5. oraz też przyszło do mnie, że podobne doświadczenia co Robert Kubica, o których tak pięknie pisze vayha – mieli również Janek Mela, Janina Ochojska, Karol Bielecki, Milton H. Erickson, Chris Rea, Nicki Lauda i wielu jeszcze… i ja nawet trochę; i prawdą jest, że wychodzenie z ekstremalnych doświadczeń wzmacnia (o ile się z nich wyjdzie cało)

  6. i cytat taki mi przyszedł do głowy czytając komentarze:

    Człowiek naprawdę dobry nie jest swej dobroci świadomy, i dla tego jest dobry. Nierozsądny człowiek stara się być dobry, i dla tego nie jest. Człowiek naprawdę dobry nie działa, a przecież z żadną rzeczą nie zalega. Nierozsądny działa bez przerwy, a przecież wiele spraw zaniedbuje.
    Gdy robi coś człowiek naprawdę troskliwy, niczego nie przeoczy. Działanie zaś sprawiedliwego wiele pozostawia do życzenia.

    Tao Te Ching; Lao Tzy

  7. vayha dziękuję za zdanie:„Wrócę i będę jeszcze silniejszy!” Nie oglądam TV nie śledzę gazet, więc to zdanie wcześniej do mnie nie doszło. GENIALNE!

    Skończyłam właśnie pisać artykuł o… autentycznym przywództwie i dla relaksu, dla nagrody, otwieram sobie blog i co widzę? No ten wpis. Ha, telepatia jakaś, pewnie dlatego tak dobrze mi się pisało, a cały tydzień jak do jeża podchodziłam. Dziękuję za energię wspierającą, choć o niej nie wiedziałam ;-)

    A jeden fragment artykułu, który ukończon, robi na mnie zawsze wrażenie, bo to piękna opowieść, którą się dzielę, od chwili jak ją usłyszałam od niejakiego pana co się zwie Les Brown (motywacyjny speaker)

    Jest pewna historia o dwóch chłopcach bawiących się na zamarzniętym jeziorze. Wchodzili coraz dalej i dalej na lód, aż nagle pod jednym z nich lód się załamał i wpadł do wody. Chłopiec, który ciągle stał na lodzie, chciał uratować przyjaciela, ale nie mógł go dosięgnąć. Widział go przez cienki lód, jak oddala się walcząc o życie. Próbował nawet rozbić lód, bezskutecznie. Rozpaczliwie rozglądał się dookoła, dostrzegł drzewo, podbiegł do niego, wdrapał się, odłamał ogromną gałąź, wrócił na jezioro i zaczął dziko uderzać o lód tak długo, aż ten pękł. Tak uratował kolegę. Kiedy przyjechało pogotowie, sanitariusze drapali się po głowach próbując zrozumieć jakim cudem małemu chłopcu udało się odłamać taką wielką gałąź, wrócić, rozbić lód i uratować przyjaciela. Dla nich to był cud. I wtedy stary człowiek, który był na miejscu zdarzenia powiedział: „Ja wiem jak to możliwe. Po prostu nie było tu nikogo, kto powiedziałby temu chłopcu, że nie jest w stanie tego zrobić”.

    A Wy, jakie osoby macie dookoła siebie? Co Wam mówią? Nauczyciel czy przyjaciel? ;-)

  8. „Uczeń musi zabić mistrza” – przewodni motyw Gwiezdnych Wojen gdzie doświadczony Sith Lord wielokrotnie namawia młodego ucznia aby ten go zabił i w ten sposób sam niejako zdał ostateczny egzamin na mistrza ciemnej strony mocy. Na przekór złu jednak, dopełniający się rytuał – gdzie uczeń czyni swoją powinność ale z intencją ochrony życia własnego syna – ma odwrotny skutek. Uczeń staje się mistrzem ale jasnej strony mocy.

    Tak się zastanawiam… kto jednak stoi po jasnej stronie mocy a kto po ciemnej? Czy upierdliwy geniusz, który swoim IQ mógłby obdzielić kilka osób, ale zupełnie nie radził sobie w zwykłym ludzkim kontakcie z drugim człowiekiem może być moim autorytetem? Albo człowiek, który kieruje fundacją wspierającą chore dzieci, gdzie prawie połowa przychodów, które mają być rozdysponowane na cele statutowe wyparowuje w nieznane miejsce? Albo pani, która pisała wspomniane stalinowskie wiersze… pisze kolejne bo moc z nią jest jasna czy ciemna jeszcze? Czy facet, który mówi mi, że mój pies nie ma duszy, a ja patrząc w oczy czworonoga widzę jak ten autentycznie się do mnie uśmiecha i merda ogonkiem… mam mu uwierzyć że jest inaczej? Być może tym i reszcie udało się dokonać czegoś znaczącego, wielkiego, godnego uznania i mojego szacunku ale… jak miałbym oddać im „ster ojczysty”, gdyby to ode mnie zależało, wiedząc, że nie mogę poznać intencji z jaką kierowali się w swoich poczynaniach? Nawet „Premier nad Premiery” jest dla mnie zagadką… istnieje podejrzenie bowiem, że ciężko pracuje ale dla korporacyjnego imperium galaktycznego, które chce za wszelką cenę zwiększać swoje wpływy i władzę na naszej ojczystej planecie, wykorzystując przy tym przewrotnie – wolny rynek! Master Yoda zwykł mawiać, że nie należy lekceważyć ciemnej strony mocy! To przypomniało mi także, że do dziś nie umiem odpowiedzieć sobie na pytanie, które postawiłem pisząc maturalny egzamin z języka polskiego – czy Kukliński był Konradem Wallenrodem naszych czasów i czy Michael Jordan może być autorytetem dla młodych ludzi – a jeśli nie oni to kto? No kto?

    W tej Wojnie Gwiazd logika nie pomoże. Ocenianie tym bardziej bo przecież to czy ktoś jest jasną gwiazdą czy czerwonym karłem zależy tylko od nas – po raz kolejny – od znaczenia jakie nadamy temu w jaki sposób się zachowuje lub czego dokonał. Pozostają zatem emocje, te same które wbrew oczekiwaniom Lorda Vadera stanowią o sile jasnej mocy a nie jej słabości. One zaś mówią mi, że Robert Kubica jest kimś więcej niż zwykłym kierowcą. Kiedy doszło do wypadku, autentycznie po raz pierwszy w życiu poczułem jakby krzywda stała się komuś bardzo mi bliskiemu – mojemu bratu. Poleciały mi łzy. Sam byłem niezwykle zdziwiony moją reakcją…

    Zapewne ogromny wpływ na to, ma epicka historia tego młodego człowieka, który w wieku 14 lat świadomie podjął decyzję wraz z rodzicami o rozłące… został więc sam w obcej rodzinie w obcym kraju tylko dlatego, że była to jedyna droga aby mógł nadal rozwijać swój talent. Rodzice w tym czasie ciężko pracowali w Polsce, aby móc wspomagać syna… po latach w jednym z wywiadów ojciec przyzna, że była to ogromna cena jaką zapłacili za sukces… cena wyrażona w zamknięciu i introwertyzmie Roberta gdzie jedyną płaszczyzną, na jakiej można nawiązać z nim pełną relacje jest świat motorowy… To chyba było dla mnie najsmutniejsze w tej całej historii… Tak czy inaczej po wielu latach wzlotów i upadków Robert w końcu dostał szansę występów w królewskiej serii F1. Czasem nie mogę jeszcze uwierzyć, że jeszcze kilka dni temu przygotowując się do sezonu, w którym miał szanse odebrać laury zwycięstwa… nagle znalazł się w szpitalu…

    A dziś połamany Robert powiedział światu: „Wrócę i będę jeszcze silniejszy” i ja mu wierzę! Wierzę mu, bo dokonał tego już kilka razy w swojej karierze. Po pierwszym wypadku, nie było wiadomo czy wróci jeszcze na tor… ten jednak nie odpuszczał, po uciążliwej rehabilitacji, niespełna jeszcze sił wsiadł w bolid i prowadząc w zasadzie 1 ręką wygrał wyścig!… kilka lat później w Formule 1 po groźnym wypadku, w co wielu wątpiło – wrócił do ścigania i stał się jeszcze szybszy, jeszcze doskonalszy – jak na ironię wygrywając swój 1 wyścig w F1 na torze, na którym rok wcześniej omal nie stracił życia. Niedawno stwierdził, iż każdy wypadek czyni go innym człowiekiem i jeszcze lepszym kierowcą!

    Przyznaje – chcę się utożsamiać z takim kimś jak Robert! Nie ma znaczenia, że on jest kierowcą… Najważniejsze, że jego przekonania są nie tyle wspierające co rozsadzające psychikę! Robert pokazał, że nie ważne skąd jesteś, nie ważne kim jesteś, nie ważne czy masz pieniądze czy też ich nie masz – jeżeli masz niezłomnego ducha, umiesz wyciągać wnioski z lekcji jakie daje ci życie, jesteś cierpliwy, przykładasz się z pasją do tego co robisz i przedzierasz się przez to co trudne – możesz zostać najlepszym z najlepszych – bo tak wielu niezależnych ekspertów określa właśnie Roberta. Wszystko czego dokonał – dokonał tego sam.. a uwierzcie mi że jest to niezwykły wyczyn – ponieważ w F1 może jeździć w zasadzie tylko kilku wybrańców na świecie – a część z nich jeździ i tak tylko dlatego, w przeciwieństwie do Roberta, że mają bardzo, bardzo bogatych sponsorów.

    Robert jest zatem dla mnie autorytetem. Oczywiście nie takim, który miałby nieść na barkach „ster ojczysty” ale autorytetem! Być może dlatego, że intencja jaka za nim stoi jest czysta – sportowa… bez dodatkowego dna, w którym mógłbym się doszukiwać czegoś negatywnego… a może dlatego, że dzięki swoim przekonaniom potrafi osiągać niezwykle ambitne cele? Tak czy inaczej przy kolejnych wyzwaniach jakie postawi przede mną życie, będę pamiętał o jego słowach: „Wrócę i będę jeszcze silniejszy!”

    Niech Moc będzie z Wami!

  9. oblizywać palec po occie ? i herbata po occie ? podejrzany typ z tego Lao Tzy (prawie jak Leo 3 :))
    pzdr

  10. :)

  11. taoistyczna radość? –

    jest taka chińska rycina…trzech mistrzów zanurza palce w kadzi z octem ryżowym.

    Pierwszy robi kwaśną minę – to Konfucjusz, twórca systemu filozoficznego i podwalin systemu państwowego oraz ustrukturalizowanych metod zarządzania w wielkim cesarstwie, do dziś jego nauki są aktualne; kto łamie zasady ten zakwasza poprawny rytm wynikający z dyscypliny

    Drugi mistrz do Budda, robi gorzką minę, świat jest gorzki, pełen cierpienia od którego wyzwalamy się przez odrzucenie ziemskich pokus i skalań, głównie poprzez medytację i wyższą swiadomość

    Trzeci natomiast uśmiecha się oblizując palec, to Lao Tzy; jest zadowolny, pogodny – za chwilę napije się herbaty i pobawi się z kotem :) takie jest Tao

  12. super, super oraz bardzo się cieszę; gdzież tam nie ma we mnie smutku (przynajmniej nie w tekście o Tusku : ) :) czasem pisze teksty, w których głównie pytam, choć pozornie stwierdzam i z wieeeelką przyjemnością słuchamn waszych opinii, pomysłów ( słucham, bo jak czytam to słucham… :-) i od tego robię się troszkę mądrzejszy o Wasze punkty widzenia

    i tak miło słyszeć (tu się we mnie król Julian odzywa) gdy polemizując z moimi tekstami wskazujecie inne alternatywy. Na przykład, to lubię bardzo stwierdzenie ja: że jak się ktoś męczy, to może się nie nadaje albo do sprawy źłe się zabrał, albo może lepiej by mu szło w czasie gry w piłkę; i o kobiecości i Kubicy lubię, a bp.Pieronek nawet powiedział, że zakompleksieni ludzie krytykują autorytety

    ale żebym podpuszczał co to, to wcale nie :) raczej czasem żartuję :) to znaczy usiłuję mieć w sobie taoistyczną radość ( usiłuję gdyż na początku jest jak z równowagą na rowerze)

  13. W jaki sposób można to zmienić?

    bo, smutny to trochę obraz Polaków – że ten Polak to taki niedobry obywatel, że nie widzi ani autorytetów ani dobra wspólnego.

    I jeszcze na dodatek “postracjonalizacja”, ze tak zawsze było. Pętla bez wyjścia?

    Trudno sie z tym nie zgodzić – ale…przecież inne nacje mają podobnie. Nie doceniają tego co dobre teraz i nie widzą niektóych wielkich autorytetów. No chyba że jakiś czas po ich śmierci.

    ? Pozostaje wiec, docenianie osobiste i tego co dobre, i autorytetów niedocenianych, i tych “lokalnych” nie znanych dla szerszych mas?

    Jest jeszcze jedno dość istotny dotknięty przez Macieja problem – WIZJI / MISJI NARODOWEJ.

    Często sie nad tym zastanawiałem. Przeważnie każda firma na jakąś wizje-misje-wartości i niektórym udaje się osiągać niesamowite efekty bazując na dobrym ich sprecyzowaniu i realizacji.

    A narody/państwa?

    Przecież trafnie określona wizja i misja przynosi olbrzymie efekty!!!

    Nigdy nie słyszałem od czasów komuny, aby w Polsce jakaś konktretna wizja tego narodu była określona i spójnie realizowana. Z wizji przez kolejne kroki dochodzi sie do strategii i działań. To oczywiste.

    Wizje / Misje, które łatwo zauważyć, i w które zaangażowały się narody to np:
    Polacy 1970 – 1990 – upadek komuny – Efekt; Udało się
    Niemcy 1930 – 1943 – podbicie Europy – Efekt; Udało się, na szczęście na krótko
    Amerykanie od początku – wolność i bogactwo; Efekt; Udało się
    Żydzi – przetrwać i odzyskać ziemię obiecaną: Efekt; Udało się po prawie 2000 lat!!!
    itd, itd

    Jaką więc wizję / misję wymyślilibyście dla Polaków na ten wiek?
    W jaki sposób można byłoby to przełożyć na działania (myślenie, robienie)
    Czy w ogóle warto się nad tym zastanawiać? (Z punktu widzenia kołczingu to podstawa :-)))

    Dajcie znać proszę.

    Macieju – czy mogę Cię poprosić o napisanie na ten temat oddzielnego artykułu na Twoim blogu? Jestem niezmiernie ciekaw Twego zdania na ten temat jako kołcza – takiego trochę narodowego kołcza, pleeease :-)

  14. Anito, ja często widzę to o czym piszesz, że “ludzie mają kompleks i zazdroszczą tym, którzy stają się mistrzami, dlatego chcą ich za wszelką cenę upokorzyć?”.
    Ta chęć upokorzenia to chyba taki wewnętrzny wkurw – bardziej na siebie a tylko uzewnętrzniony na innych gdy ktoś nam pokazuje że się da, że można. Bo łatwiej jechać po kimś niż pracować nad własnym mistrzostwem w jakiejś dziedzinie..Uwielbiamy kubicę bo łatwo nam zaakceptować, że nie jesteśmy mistrzami w ściganiu się ale dodę krytykujemy za wygląd bo same nie czujemy się pewnie w swojej kobiecości a i polityków łatwo krytykować bo zarządzać to każdy z nas potrafi..
    Każdy z nas może być tym kim chce – ale ja postuluję za byciem tym kim się jest. i rozwijaniu tego kim się jest do poziomu mistrzostwa. z uważnością na to, że jak dojdziemy do mistrzostwa to sami będziemy celem do zjedzenia przez tych którym się nie chce, nie mają pomysłu, mają za dużo złości, żalu a za mało wiary i miłości dla siebie ..

  15. piszesz Maćku “W biznesie, w korporacji, we własnej firmie, jako artysta albo dziennikarz – musisz się wykazać, odnieść sukces, uzyskać ponadprzeciętne rezultaty, a przede wszystkim myśleć samodzielnie, podejmować decyzje, ryzykować”. Nie, nie musisz. Nic nie musisz. Nie zgadzam się. Bo przede wszystkim to każdy powinien myśleć samodzielnie, podejmować decyzje (brak decyzji to też decyzja więc od tego nie uciekniemy), ryzykować. Taki job człowieka na tym świecie. Pełna odpowiedzialność to coś prostego i bardzo..trudnego zarazem. Artysta, biznesmen czy dziennikarz może robić zawodowo to co jest zgodne z nim i PRZY OKAZJI odnieść sukces, zostać zauważonym i uzyskać ponadprzeciene rezultaty. Mnie nie podpuściłeś (he he) ale piszę bo niejeden tak myśli jak piszesz tutaj. Uwielbiam króla Juliana i pamiętam imprezy PO w iście amerykańskim stylu (przynajmniej na tle innych partii). Taki optymizn w stylu yuppi kiedyś musi opaść. Może właśnie opadł ? to tak jak widzimy ludzi z mega korporacji i są tacy wow. a po pewnym czasie albo boczny tor albo zawał bo nie da się jechać na takim haju w nieskończoność. Im większe bujanie w obłokach tym bardziej bolesne zderzenie z ziemią niestety. Optymizm jest niezastąpiony ale analiza SWOT z naciskiem na W – konieczne :)
    Piszesz “A u nas jak już się jakiś autorytet pojawi, to albo okazuje się kokainistą, albo byłym współpracownikiem tajnych służb PRL-u, albo i tak się na niego coś znajdzie, żeby go w ziemię wdeptać.” – może tak ale pewnie każdy ma coś co nie jest jego dumą. I może się realizować mimo tego co było kiedyś. Piszesz też, że jak ktoś zostanie celebrytą to go zjedzą. Coś w tym jest. Nie jest łatwo unieść sukces. Wiele z tych osób od zawsze walczyło samotnie (!) z przeciwnościami losu. Potrafią samotnie walczyć ale nie potrafią korzystać z tego co wywalczyły. Zwłaszcza wspólnie. Celebrujemy tych, którzy pokonują trudności odnoszą zwycięstwo w niesprzyjających okolicznościach. A tych, którzy nie przeszli przez hardcore w życiu traktujemy jako chwilowe gwiazdki, które zaraz spadną. No chyba że szybko tu i teraz przejdą przyspieszony chrzest bojowy albo jednak wygrzebią z przeszłości jakiś dramatyczny fakt, który uprawomocni w naszych oczach ich bytność tu i teraz.

    Mam dość ambiwalentny stosunek do Tuska, z autorytetami u mnie też krucho. Jakoś nie mam takiej potrzeby ? Nie wiem. Nie wiem czy Tusk jest osamotnony, zmęczony i smutny. Może na tym zdjęciu ząb go bolał ? Kupuję go w każdej wersji bo patrzę nie na to jak się prezntuje i co robił 16 lat temu lecz co zrobił w czasie w jakim dane mu było coś zrobić. I nie ma tu dla mnie znaczenia czy po latach ktoś będzie wspominał że pracował ciężej czy bardziej. To też jego wybór co robił. Że zacytuję pewnego autora ” jeśli coś przychodzi ciężko nie warto tego robić. To najlepszy sygnał, że do danej czynności brak nam talentu albo przekonania..” :))))
    pozdrawiam (jak bosko że są ferie! nie wiem kto cieszy się bardziej – ja czy moja córcia :))

  16. Macieju
    Ciekaw jestem czy jest jakiś wspólny mianownik łączący wszystkie opisane w tekście Twoje autorytety. Świadomość wkładu pracy by osiągać zamierzone rezultaty, otwartość na nowe idee, niezacietrzewienie, dalekowzroczność, zwykła pokora, a może jeszcze coś innego?

    A może wcale tak nie jest że Naszymi autorytetami są celebryci i inne Dody, tylko media z braku tematu desperacko próbują coś ludziom wszczepić. Z mojego doświadczenia większość ludzi nie wpisuje się w ten model nabożnych fanów wszystkiego co powie telewizja, z drugiej strony nie pałają się też refleksją rodem z tego bloga. Ot poprostu żyją skupieni na karierze, od czasu do czasu czytując cytaty Coelho…czyli reasumując uważam że nie jest tak źle:)

  17. Przyszła mi jeszcze jedna myśl o głowy: może ludzie mają kompleks i zazdroszczą tym, którzy stają się mistrzami, dlatego chcą ich za wszelką cenę upokorzyć?

    Może, gdy dojrzejemy, zrozumiemy, że każdy z nas może być mistrzem, biznesmenem, księdzem, poetą, aktorem, pisarzem… możemy być każdym… ale najlepiej: bądźmy tym kim chcemy być :)

    może ludzie zazdroszczą, bo sami by chcieli, ale nie mają? może znowu wychodzi tu nasza bieda polska? może warto więc tą biedę zmieniać :)

  18. ” W naszej kulturze niesłychanie silny jest mechanizm wielokrotnie opisywany przez antropologów i socjologów: uczeń musi zabić mistrza. Zabić oznacza tu upokorzyć, odrzucić, ośmieszyć, udowodnić mistrzowi i sobie, że ów dawny lider był beznadziejny, mylił się i w dodatku od samego początku był nic nie wart. Przydarzyło się to wielu politykom i wielu innym autorytetom.”

    hmmm… odniosę się Maćku do tych słów… bo z jednej strony- zgadzam się, a z drugiej strony- nie :)

    faktycznie, masz rację, i przewija się to wielokrotnie przez nasze społeczeństwo, że jedni są najpierw wynoszeni na piedestał, a potem zrzucani z niego brutalnie, po czym są przepraszani, znów wznoszeni, a potem znowu zrzucani…

    tak często jest… ale być może to jest ten sam mechanizm, który przejawia się przy zabijaniu zwierząt, maltretowaniu dzieci, żon, mężów, dziadków… może to jest tak, że my dopiero się uczymy mieć mistrzów? może wcześniej mieliśmy królów, władców, oficerów, ale nie mieliśmy mistrzów (w sensie: nie wiedzieliśmy, że to mogą być mistrzowie :))… może nasze społeczeństwo dorasta dopiero do tego?
    Przyszła mi teraz do głowy piosenka: http://www.youtube.com/watch?v=pW_PITsl4NQ
    Edyta Bartosiewicz ma rację: myślałam kiedyś, że mistrz każdą odpowiedź zna… może właśnie nasze społeczeństwo potrzebuje się nauczyć, że mistrz jest mistrzem, wie wiele, prowadzi, jest przy tym NADAL CZŁOWIEKIEM :) chyba problem polskiego społeczeństwa polega na tym: zapominamy o tym, że mistrzowie są też ludźmi… mają prawo do pomyłek, potknięć, ale to nie oznacza, że z powodu pomyłki mają być pozbawieni tytułu mistrza :)

    Maćku… czuję chyba smutek w Twoim tekście, może nawet zwątpienie… (tak mi się wydaje oczywiście, może być zupełnie inaczej)… może skoro nasze społeczeństwo uczy się jak dbać o słabsze istoty (dzieci, zwierzęta, starszych ludzi), może skoro nasze społeczeństwo uczy się, że w społeczeństwie są jednostki, które to tworzą to społeczeństwo i do tego, wszystkie te jednostki są i inne i takie same jednocześnie, może skoro cały czas rozwijamy się a nasza cywilizacja staje się lepsza a nie gorsza… to może też uczymy się doceniać mistrzów, liderów, poetów, polityków, celebrytów, bardziej niż dotychczas? :)

    Ja wierzę, że tak jest. Każdy mistrz kiedyś miał swojego mistrza. I chyba, według mojego mniemania, dobrze jest mieć mistrza przez całe życie… jest wtedy łatwiej i przyjemniej :) ja wierzę, że nasze społeczeństwo odkryje to którego dnia.
    Miłej soboty dla Ciebie :)
    A.

Komentarze są wyłączone.