Tybet, Tybet, Tybet

pielgrzymi

Jeśli ktoś pamięta czasy sprzed 1989, czyli czasy komuny w Polsce, albo stan wojenny z 1981 roku, może w przybliżeniu wyobrazić sobie jak wygląda współczesny Tybet. W Polsce nie znamy pojęcia kolonializmu. Szczęśliwie rozmywają się cienie dominacji sowieckiej w Polsce. Już nawet moje pokolenie, które za komuny kończyło studia, praktycznie nie zaznało obecności Armii Czerwonej na ulicach. W Legnicy, w Bornym Sulinowie, gdzieś pod Kołobrzegiem – owszem widywało się krasnoarmiejców, ale w miastach i wioskach rządzili nasi. Nielubiani, czasem znienawidzeni, ale nasi. W końcu też milicjant i nawet esbek był nasz, a i żołnierz Jaruzelskiego, co zimą stan wojenny wprowadzał – też nasz. Z orzełkiem na czapce jakiś wujek, siostra, kuzyn, a nierzadko tatuś i szwagier, dziadek albo sąsiad – był nasz. Dziś przygarbiony, grzeczny i nieszkodliwy emeryt. Może nawet nawrócony na prawicowe partie, może katolik, może zrzęda, a może dziadunio przesympatyczny, co już o swojej partyjnej, albo esbeckiej przeszłości zapomniał ucząc wnuki paciorka. W Tybecie jest inaczej.  Nie tylko dlatego, że rany są wciąż otwarte. Tam na każdej rogatce jest posterunek milicji, a wokół najświętszego miejsca dla buddystów, gdzie stoi klasztor i lhaska katedra Dżokhang, na dachach są gniazda karabinów maszynowych, co 100 metrów posterunek, a w tłumie pielgrzymów co kilka minut wojskowy patrol maszeruje roztrącając ciemny motłoch. Po sześciu uzbrojonych żołnierzy w każdym patrolu, a za nim następny i kolejny. 61 lat temu Chińska Armia Ludowo-Wyzwoleńcza podbiła Tybet, wkroczyła do Lhasy. Resztki starówki otacza betonowe miasto. Prefabrykaty. Szary beton. Neony najlepszych światowych marek. Chcesz kupić najnowszy laptop Dela, ipada 2, ciuch od Zary, coś z nowojorskiej linii od Prady? Proszę bardzo. Tutaj jest wszystko. Na obrzeżach miasta wysokie budynki urzędów. Setki samochodów. Urzędnikami są Chińczycy. Od ponad 60 lat tym himalajskim krajem rządzą komuniści chińscy. Nie dość, że Tybet spotkał los podbitego kraju, w którym na początku zielony umysł, czyli buddyjskie przesądy wypalano żelazem i torturami, to jeszcze dotknęły go wszystkie plagi maoistowskiego szaleństwa. Najpierw Wielki Skok w latach 1958-62 szumnie zapowiadane przekształcenie Chin z kraju rolniczego w potęgę przemysłową zakończone klęską głodu. Pierwsza fala kanibalizmu – z głodu jedzono dzieci, które umierały najszybciej. Tybetańczykom nakazywano sadzić ryż i pszenicę w strefach klimatycznych, w których od stuleci udawał się jedynie jęczmień. Klasztory burzyła dzielna armia z użyciem lotnictwa, a mnichów zmuszano do porzucania świętych miejsc, publicznego współżycia, świętokradztwa, burzenia pomników Buddy i czortenów z relikwiami. Potem nastały lata rewolucji kulturalnej (1966 praktycznie do 1976). Po klęsce głodu pozycja Mao została osłabiona. Wielki Sternik postanowił rozprawić się z polityczną opozycją, z dawnymi sprzymierzeńcami nawołując młodzież do ataku na komitety partyjne. Studenci i młodzi robotnicy zorganizowani w czerwoną gwardię (hunwejbini) zaczęli na masową skalę przeprowadzać czystki i tak zwane sesje reedukacji. Wielkie klasztory położone w pobliżu Lhasy: Sera, Ganden i Drepung zostały ponownie zniszczone i zbezczeszczone, pomniki i czorteny rozbite, relikwie wrzucane do latryn, a tybetańska arystokracja, która w końcu poparła dla zysku okupację chińską w latach 59-66, wymordowana lub wywieziona do obozów zagłady. W świętych miejscach hunwejbini zakładali swoje posterunki. Była wśród nich również tybetańska młodzież, zauroczona Przewodniczącym Mao. Kultura i edukacja chińska w tamtych latach zamarła. Patrick French w swojej książce Tybet, Tybet pisze o przypadkach rytualnego kanibalizmu, liczonego w tysiącach ofiar. Wrogów ludu, burżuazyjnych piesków młodzi hunwejbini ścigali, rozcinali brzuchy i żywcem wycinali wątroby, pozostawiając ofiary na wykrwawienie w męczarniach. Tymczasem sami przyrządzali z wątrób dania i spożywali je pałeczkami na znak mocy i wzgardy dla wroga. Potrawa taka przynosiła witalność i energię.

wpatruję się w ruch młynka

Tybetańczycy są smutni, wycofani, gorzej opłacani od Chińczyków i niemal zawsze odcięci od dobrych posad, zmuszeni do donosów. Tu rządzi Biuro Bezpieczeństwa Publicznego. Ogromny budynek po drugiej stronie rzeki. Owszem są mosty i autostrady, nowoczesne lotnisko i kolejowa trasa transhimalajska – cud techniki położony na wiecznej zmarzlinie. Są tunele, telewizja i szklarnie. W klasztorach dawni funkcjonariusze partii zostali opatami, a BBP stało się wyrocznią w sprawie kolejnych inkarnacji wybitnych lamów.

Maślane lampki płoną, a z pieców ku niebu dym z jałowca wnosi się wysoko by dobre duchy mogły zstępować na ziemię. Stara Tybetanka kupuje o świcie trzy pierożki momo na śniadanie i rusza pod Dżokhang by pokłonić się tyle razy ile ma lat. Ja też w ślad za nią okrążam święte miejsce, wiele razy – by zmyć wszystkie grzechy, lecz czuję zarówno niezmywalność grzechów, jakąś straszliwą presję tego miejsca, energię cierpienia, lecz także obecność wyrozumiałych duchów, które tutaj mają przecież bliżej na ziemię. Idę wraz z tłumem. Wpatruję się w wirujące w rękach młynki. Mamroczę mantrę, tę o kwiecie lotosu. Jestem tu obcy, a jednak z nimi, blady, wysoki demon. Siwa broda nazbyt chińska, nazbyt konfucjańska. Idę z rytmem pielgrzymów.

Jestem świadom, że żadne stowarzyszenia i komitety, zajęta sobą Ameryka i Europa, najbardziej demokratyczni politycy i zafascynowani Tybetem celebryci nie mają żadnego wpływu na to miejsce. To mit poprawiający nasze dobre samopoczucie. Obojętni, dobrze zorganizowani Chińczycy nie znają ani swojej historii, ani nie przejmują się opiniami durnego zachodu. My, biali jesteśmy dla nich symbolami ciemnoty, upadłego systemu i dawnego kolonialnego zagrożenia. Swój własny kolonializm od 60 lat nazywają wyzwoleniem i święcie wierzą w postępową rolę komunizmu. Lhasa od kilku lat to turystyczny raj. 90% turystów przyjeżdża tutaj z Chin by zobaczyć cywilizacyjny postęp regionu i autonomię etnicznych ludów wyzwolonych z ciemnoty feudalizmu. Okrążam Dżokhang o świcie i nie wiem czy wokół mnie idą żywi czy umarli.

Tybet, Tybet, Tybet
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

9 komentarzy

  1. Krystian, szary beton, zielony jałowiec, a nawet posąg Buddy na ołtarzu – to tylko Iluzja…

  2. Co do Tybetu zadaję sobie pytanie, po co tyle się o nim pisze, skoro nic a nic nie zmienia się w tej sprawie, a nawet bardzo światli ludzie pisząc o sytuacji w Tybecie jasno dają do zrozumnienia, że nic się nie zmieni. Po co piszą? Bo fajnie się czyta? Bo inni komentują? Dawniej nienawidziłam czytać o takich strasznych rzeczach, po prostu nie mogłam, ściskało mnie w gardle i w żołądku. Teraz przez to, że tak dużo się o tym pisze i mówi w mediach i że nieuniknione jest nie przesiąknąć tą informacją i komentarzami na wylot i wciąż od nowa – przestaje to na mnie robić wrażenie. I to wydaje mi się najokropniejsze odnośnie tematu “Tybet.” Wiem, że to mój problem, nie autora tego tekstu… tym bardziej, że sama to skomentowałam…Po co?

  3. Joanno,
    rozumiem, dzięki za wyjaśnienie. Myslałam, że odnosisz się bezpośrednio do powyższego tekstu.

  4. Dzięki za ten wpis. Tybet mnie fascynował i fascynuje. Mimo takiej pamięci jaką dźwiga na sobie, mimo realności zew. świata, której nie sposób uciec w najdłuższy, najczystszy dźwięk i towarzyszącą mu medytację, a może właśnie to wszystko czym jest Tybet “tu i teraz” czyni go jeszcze wspanialszym. Tybet to też chałupki pełne ludzi, bez tjuningów, o zmarszczonych twarzach, bezzębnych, uśmiechających się, którzy jedyne czym się trudnią to wysyłaniem dobrej, wspierającej energii dla wszystkich na świecie. Tybet to też faceci w pomarańczowych strojach szukający siły w czymś innym niż kasiora, kolejnych fakultetach na harvardach nie gwarantujących pracy, czy uodpornieniu cyborgów z tupetem cywilizacyjnym. I to czego Chinom, w takim masowym przerabialności i podrabialności, nigdy nie uda się przerobić i podrobić – słowa Dalajlamy. I to co Tybet udowadnia, że nie da się zgładzić tak łatwo tego, co niewidzialne, mistyczne, ugruntowujące w sile największych wartości wychodzących tak naprzeciw człowieka, że aż przenicowujących go (jak najlepszy system naprawczy, jak lekarstwo na ciągłe czyjeś naciski by żyć w strachu, lęku przed krachem i wojną). Jeśli tylko człowiek wybiera bycie człowiekiem.
    Nic nie jest tylko białe lub czarne. Zachwytowi nad magią tego typu modlitwy można dać łatwo odpór, zwłaszcza, że wiara, sama z siebie i w sobie, jest czymś trudno mieszczącym się w słowach, a przez to tak łatwo dewastowana racjonalizmem ateizmu. Hmm.. tak jest z tą wiarą, że to najlżejszy cel a i najciekawszy dla prześcigających się w bardziej chłodnych i wysondowanych (miara inteligencji?) opiniach, komentarzach, całych już nie raz historiach.
    Drogi biedny Tybecie, dzięki Ci za filozofię, niepowtarzalny zapach kadzideł i kadzidełek, za wzruszenie i autentyzm życia (w kajdanach imperium, ale w Wolności Ducha). Za to, że choć w jakiejś perspektywie jesteś Linkiem, ale Linkiem przenoszącym do światów wewnątrz siebie, do autorefleksji, do ważności przeczuć i emocji, których odganiania i tłumienia oduczasz i możesz być nieidealny albo przeidealizowany, stłamszony lub szczęśliwie wyswobodzony, dla mnie jesteś źródłem jednej z Sił.

  5. Zośko, a mnie akurat niekoniecznie chodziło o Chińczyków.

    Mój proces skojarzń był następujący; duchowości nadaje się ramy religii. Walczy się z religiami, walczy się w imieniu religii. Tym samym mozna powiedzieć, ze walczy się o i przeciw duchowości. Taki paradoks.

  6. Chińczykom nie chodzi o duchowość, Joanno. Im chodzi o władzę i ideologię służącą władzy.

  7. Duchowość.Ile w jej imieniu przemocy. Ile przeciwko niej przemocy.

  8. No i szara rzeczywistość ze swoim szarym betonem pokonała jałowiec i wyznawców Buddy. Amen.

  9. Pokłony dla Tybetu—żywego i umarłego.

Komentarze są wyłączone.