Uleczenie z kompleksu Coffeya

John Coffey - bohater Zielonej mili
John Coffey - bohater Zielonej mili

 

Pamiętacie Johna Coffeya z Zielonej mili (zagranego przez Michaela Clarka Duncana). Jest uzdrowicielem. Posiada cudowną moc. Ratuje śmiertelnie chorą żonę naczelnika więzienia. Uzdrawia więziennego strażnika w bloku śmierci Paula Edgecomba (Tom Hanks). Niesłusznie skazany za morderstwo dwóch białych dziewczynek oczekuje na śmierć na krześle elektrycznym. W rasistowskiej Ameryce w 1935 roku, kiedy dzieje się akcja filmu i powieści Kinga, skazanie murzyna trzymającego w rękach ciała dwójki dzieci było oczywiste i bezdyskusyjne.  

 

 

 

 

Tom Hanks jako Paul Edgecomb
Tom Hanks jako Paul Edgecomb

W pewnej chwili, tuż przed wykonaniem wyroku Coffey mówi do strażnika Edgecomba: Ja nie chcę żyć, zabij mnie. Na świecie jest tyle zła, a ja już nie mam siły go znosić. Paul Edgecomb wspomina potem z żalem, że zabił niewinnego człowieka, działając w imieniu prawa, unicestwił największy cud, jaki poznał.

Dziś tę historię przypomniała moja żona. Robimy tle pozytywnych rzeczy – powiedziała – od wielu lat terapie, szkolenia, badania socjologiczne, coachingi, książki, artykuły teraz projekty unijne z aktywizacji zawodowej, pomagamy, ratujemy istoty czujące i ciągle jest tyle samo problemów, tyle krzywdy i pojawiają się ludzie przypisujących nam złe intencje, krytykujący, oceniający jakbyśmy robili coś przeciwko nim. Bo mówimy żeby nie zabijać zwierząt, że palenie szkodzi, że agresja zatruwa? Zrobiło się smutno. Lidka była zmęczona. Właśnie w projekcie jakiś uczestnik złamał zasady i oczywiście obwiniał zasady i szefa projektu. Już chciałem się przyłączyć. Też czuję zmęczenie. Mamy parszywie niewdzięczną pracę – powiedziałem, a potem mnie coś natchnęło. Wstałem, zdjąłem ze ściany obrazek Matki Boskiej przywieziony z Fatimy i powiedziałem: Macie podobne problemy. Lidka spojrzała na mnie ze zdziwieniem i rozbawieniem – A ty, spytała? Ty nie masz podobnych problemów?  Wtedy wyciągnąłem zza pleców zdjęcie Dalajlamy: Oczywiście, że mam podobne problemy  – jestem jak On – wilkiem w owczej skórze i mam kompleks Coffeya.

Jego Świątobliwość uzdrowiciel kompleksu Coffeya

 

Śmialiśmy się cały wieczór. Lekcja pokory. Z kompleksu Coffeya uleczył nas tybetański mnich samą swoją obecnością i Matka Boska Fatimska dopomogła. Ekumenizm.

ps.w lutym w Afryce kwitną migdałowce, jeśli na różowo, to oznacza kwiaty męskie – wówczas drzewo da gorzkie owoce, zdatne tylko dla farmaceutyki i drogerii, jeśli  kwitnie na biało – to oznacza kwiaty żeńskie – drzewo wyda słodkie owoce

Uleczenie z kompleksu Coffeya
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

10 komentarzy

  1. W mojej lodówce tao objawiło się dzisiaj w postaci jogurtu ananasowo-mandarynkowego:)))

  2. Bo tao jest wszędzie ;-))) nawet w mojej lodówce ;-)))

  3. i ja tez poprosze o cos wiecej na temat tao, wciaz to slowo wraca

  4. Maćku, tao kotów i kocyka narazie odległe geograficznie. To moze tao ciepłego piasku i moczenia nóg w oceanie?:)
    Ściskam
    Joanna

  5. Piotrze, napięcie i terminy to znane nam doświadczenia. Czasem warto spróbować czegoś innego, wolności i poczucia szczęścia. Zawsze można wrócić do starego ;-)

    Co do pisania, doskonale rozumiem. Mój umysł domaga się wyjazdu, “specjalnych warunków tfórczych” ;-). I tak zabierałam się do pisania książki… nie wyjechałam, a książkę napisałam w domu. Wyszła. Jest. Z drugą to już MUSIAŁO być egzystencjalnie, mrocznie, romantycznie, klimatycznie i tak autorsko ;-). Zabierałam się jak do jeża. Stos notatek z dwóch lat… przecież je można ogarnąć tylko w głuszy lasu, ale nie mam głuszy las, nie mam kasy na wyjazd, więc co robić? No książki tak się pisać nie da, że w centrum, że w mieście i że w hałasie… No i… usiadłam i napisałam spowiedź w dwa tygodnie. To było poza mną. Teraz czekam na decyzję, ale to, co domagało się napisania, poszło. Wydarzyło się w zwykłej Gdyni, na 5piętrze bez windy, w zeszłoroczne upały. Nie pamiętam co jadłam, co piłam, kiedy spałam. Wiem, że książka jest gotowa i czeka na dobre ręce gotowe wydać ;-). A i to jest ciekawy temat ;)

    W każdym razie, rozumiem, łączę się i chętnie podczepię się pod ten szum fal (przecież ja tylko zwykłe morze Bałtyckie mam ;), jakby mi nie starczało!;-)). Chętnie przysiądę w kąciku i będę zaklinała muzę, żeby trwała wiernie do samego końca ;)

    PS i tak marzy mi się wyjazd do domku w lesie, choćby na tydzień… Już niebawem. Jeszcze trochę ;-)

  6. Znam takiego jednego gościa, bardzo blisko w sumie jesteśmy ze sobą, zawalonego projektami, pracą po 10-12 godzin na dobę, obowiązkami i presją utrzymania pięciorga dzieci i żony. Na dodatek jeszcze borykającego sie z problemami, nazwijmy to emocjonalnymi, bo kochliwy jest i zakochany związany z innymi kobietami. Taki jest.
    W efekcie, po kilkunastu latach takiego życia, nastąpiło “przepalenie materiału” – facet padł na pysk ze zmęczenia, wypalenia, i chyba braku sensu w tym co robi.
    Teraz jest bezrobotny – w efekcie doprowadził do zwolnienia z pracy, bezdomny – zostawił wszystko rodzinie, a było tego dość sporo i ….
    I jak mówi, pierwszy raz od wielu, wielu lat jest szczęśliwy.
    Ja mu wierzę, ale czy tak jak on, chciałbym tak zostawić wszystko? Czy starczyło by mi odwagi aby poczuć szczęście – czy raczej tkwił bym w tym kieracie?
    Sam juz nie wiem co lepsze – to ciągłe napięcie i terminy, czy wolność i poczucie szczęścia…

  7. i ja czasem mam poczucie wewnetrznej niezgody i potrzebuje gdzies wyjechac, aczasem nawet sie schowac, pozbierac w sobie – a co do pracoholizmu, bo to sie chyba tak nazywa, to jest on znakiem naszych czasow, normalka, pedzimy

  8. no…i racja Vayho, siedzę nad brzegiem oceanu i piszę, piszę, piszę…terminy, nieubłagane terminy złożenia kolejnej książki; co prawda jest polskie lato, czyli jakieś 28 stopni ciepła i cudownie szumią fale i bezkres widoku, który kończy się zachodem albo wschodem słońca…jednak te terminy :) :) spajam się jednak, uspójniam splatam z rzeczywistością i mam w zasadzie w sobie wszystko….to znaczy jestem, jestem;
    jedyny mój przeciwnik siedzi gdzieś w głowie, który podpowida czasami: musisz. powinieneś, zrób to, nie rób tamtego, no wreszcie się zdecyduj…no i oczywiście zachęca do ocen; jest jeszcze drugi przedziwny przeciwnik to jest skóra – ona zdradza “turystę” :) :) i naraża na coś w rodzaju uprzejmego zdziwenia, dystansu a nawet skrywanej niechęci…wszak okupant przyjechał się bawić :)
    no a czemu tak…w naszej cudownej ojczyźnie po prostu ne mógłbym się skupić tylko na pisaniu, a czemu tak….bo tak zdecydował mój wróg, mój przyjaciel umysł kognitywny, ten żałosny, wspaniały piewca racjonalizmu :) rozumiem twoją blond piękność :)
    pozdrowienia
    dzięki Agnieszko za przypomnienie :) to znaczy za oddech

  9. “Jakże utrzyma w życiu kurs,
    Skoro pod prąd nieszczęsny rwie się?
    Tym, których strumień życia niesie,
    Zbędne są wiosła, zbędny ster;
    Nie znają fatygi ni zmęczenia,
    Swą siłę czerpią ze strumienia.”

    (The Way of Life According to Lao Tzu w przekładzie Wittera Bynnera z 1944r)

    Ściskam

  10. Macieju – ostatnio często wspominasz o zmęczeniu, śmierci, cierpieniu i tym podobnych troskach. Zwykle – podobnie jak dziś, zamieniasz to w żart lub pozytywny impuls, który ma motywować… hmm…

    Kilka tygodni temu spotkałem bardzo ładną i inteligentną dziewczynę. Od tego czasu wybraliśmy się tylko jeden raz na randkę. Powodem takiego stanu rzeczy nie jest to, że dziewczyna traci zainteresowanie ale ogrom pracy i ilość projektów, w które jest obecnie zaangażowana. Myślałem już żeby odpuścić temat, chociaż przyznam, że robi mi się żal kiedy myślę o odwrocie na pięcie – białowłosa ma doświadczenie w takich obszarach jak balet, aktorstwo a obecnie próbuje swoich sił jako reżyser teatralny. Wrażliwość, głębia nawiązywanej relacji i wachlarz tematów do rozmowy – to ogromny potencjał, plus ten jej wdzięk, uroda i kokieteria…

    Wczoraj spotkałem ją przypadkiem, w miejscu gdzie krzyżują się nasze zawodowe obowiązki. Kilka minut wyjątkowej rozmowy pełnej dynamicznych ripost, dotyk, powłóczyste spojrzenia i aluzje jednoznaczne w dwuznaczności. “Kiedy znajdziesz w końcu czas na nasze kolejne spotkanie?” – zniecierpliwiony pytam. “Bardzo chce się z tobą zobaczyć… ale mam teraz tyle obowiązków, może przyszły tydzień? Nie daje już rady z tym wszystkimi projektami, które wzięłam sobie na głowę.” Na to ja – “A czy ostatnio zrobiłaś coś znaczącego dla siebie?” Po dłuższym zastanowieniu dziewczyna odpowiada całkiem poważnie – “Wysłałam ci esemesa.”.

    Pozdrawiam Biały Wilku

Komentarze są wyłączone.