Vincent – koan

  – I jeszcze słów kilka. No tak. Nowość. Nowe. Co tu powiedzieć? – Spojrzał w ekran komputera.

Na górze mała ikona z jego zdeformowaną twarzą. Niemal na całej szerokości ekranu twarz rozmówczyni z pomarańczowym tłem jakiegoś pomieszczenia. Pewnie odblask lampy. Sylwetka trochę w cieniu, co rusz znikająca z pola widzenia kamery jakby co moment drapała łydki, na których siadały niewidzialne komary. Przecież również u niej, tam skąd pochodziła transmisja, była zima. Żadnych komarów.

– Nowe, powiedział pan? – powtórzyła nie patrząc w oko kamery tylko gdzieś po za monitor.

– Nowe – potwierdził. – Innowacja, zmiana, poprawa, akcja, rozwijanie się, postęp, ewolucja, rewolucja, działanie – te wszystkie synonimy wyrażają tak naprawdę jedno… – zawiesił głos.

 – Co takiego? –  Kobieta znowu zniknęła z ekranu, choć wciąż było wyraźnie słychać jej głos.

– Iluzję czasu – opowiedział na dobrą sprawę samemu sobie, gdyż od pewnego czasu miał wrażenia, że kobieta w odległym zakątku świata wcale nie jest zainteresowana tym, co on ma do powiedzenia.

– Iluzję czasu? – Usłyszał z głośnika jakby jego rozmówczyni była wyłącznie mechanicznym echem niezdolnym do jakiejkolwiek refleksji, nie mówiąc o empatii czy choćby zrozumieniu przekazywanej treści.

– Tak, droga pani. Poznałem w życiu wiele osób, proszę mi wierzyć naprawdę wiele i tylko nieliczni zmieniali się – chrząknął. –  Zmieniali się, dlatego, że podjęli taką decyzję świadomie, dlatego że coś ich uwierało, że odczuli dyskomfort z powodu własnej osobowości, dlatego że chcieli stać się lepszymi ludźmi albo po prostu postanowili spokojniej, lepiej żyć. Pracowałem z setkami ludzi, którzy nie potrafili pogodzić się ze śmiercią bliskich, ze stratą pieniędzy, z rozstaniem lub restrukturyzacją firmy, w której pracowali a nawet z remontem ulicy. Nie godzili się, że dzieci dorosły, że ich skóra zwiotczała, że ich samochody się zepsuły, że szwagrowie nie oddali pieniędzy, że godziny otwarcia urzędu zmieniono, że w cukierni nie ma już ulubionych ciastek a co dopiero zgodzić się na dobrowolną zmianę własnych poglądów, zachowania, a co dopiero postawy? Skąd pewność, że będzie zmianą na lepsze? Co jest lepsze? A tymczasem poczucie winy, bo ktoś z bliskich tej zmiany nie chce? A poczucie krzywdy, bo ktoś inny powinien zrekompensować dawne winy? –  Mówił dalej, spokojnie.

W między czasie wyłączył monitor widząc jedynie znikającą, co rusz głowę rozmówczyni i słysząc jej głos, wydający już tylko pojedyncze: Tak, tak lub ychy, ychy. Mówił jednak dalej. Mówił sobie, do siebie. Jeszcze spokojniej, pewnym głosem. 

– Ludzie się nie zmieniają. Jedyna osoba, którą znam, która zmieniała swoje życie wielokrotnie to ja sam. Dlatego jestem sam. Ludzie żyją w stadach, w grupach, w rodzinach. Potrzebują obecności innych, gdyż to ewolucyjne pragnienie daje im poczucie bezpieczeństwa. W masie raźniej, w grupie można przetrwać, grupa cię obroni. Zmiana osobista to również zmiana reguł, którymi rządzi się grupa. Konformizm popłaca, gdyż nagradzają cię nie dla umiejętności, czy zasług, ile za wierność grupie. Osoba zmieniająca siebie to również zagrożenie dla grupy. Potencjalny rewolucjonista. Dlatego musi zostać wykluczony.

Z głośnika odezwała się głos kobiety:

–  Nie widzę pana ale z tego co słyszę jest pan w nastroju depresyjnym, panie Januszu. Powiem szczerze, takie miałam wrażenie od początku naszej rozmowy. Kilka czynników na to wskazuje. Smutek; samotność; anhedonia, czyli brak radości; rozważania egzystencjalne… Czy pan mnie słyszy, bo ja pana nie widzę?

– Słyszę – odpowiedział.

– Czy zmieniła się pana waga w ostatnim czasie, na przykład schudł pan lub gwałtownie przytył? A jak apetyt? A jak pan śpi? Jak potrzeby seksualne? I przepraszam, muszę o to spytać, czy miewa pan myśli o śmierci lub myśli samobójcze? Jeśli tak, czy są uporczywe?

– Myśli o śmierci?  – Powiedział i wyłączył komputer. – Pani się myli, co do mnie, droga pani. Czas nie istnieje. Moje myśli stwarzają iluzję czasu. Anhedonia? Ależ nie proszę pani. Jestem w świetnej formie. Czy zwariowałem? Oczywiście. Brat, twierdzi, że zwariowałem żyjąc samotnie i powtarzając, że czas nie istnieje, więc kazał mi do pani zadzwonić. Dlaczego zadzwoniłem? Żeby dać dowód normalności, żeby dał mi spokój. Ciągle mnie nagabuje. Jak twierdzi wyraża w ten sposób troskę o mnie, lecz w istocie sam się obawia, że mógłby zwariować, choć pewnie nigdy w życiu się do tego nie przyzna. Jest jednym z tych niezmieniających się. Nigdy. Co go zaniepokoiło? Rzecz banalna proszę pani, kilka dni temu, z resztą na podstawie moich snów i wizji stwierdziłem, że jestem nowym wcieleniem Vincenta van Gogha. Nie, nie zamierzam malować ani odciąć sobie ucha by potem wręczyć je jakiejś prostytutce. Mam inną misję. Dlaczego mówię do siebie? To nienormalne? A co za różnica, do kogo mówię i tak zawsze mówimy do siebie.

_________________________________________________________________________

COACHING TAO. JAK ŻYĆ W ZGODZIE ZE SOBĄ?

Kompletne szkolenie on line w siedmiu odcinkach z ćwiczeniami

_________________________________________________________________________

szkolenie „Życzę ci bogactwa i szczęścia” w KALISZU- niebawem

_________________________________________________________________________

inne koany

starsze koany

Udostępnij:

Maciej Bennewicz

Założyciel i pomysłodawca Instytutu Kognitywistyki. Twórca podejścia kognitywnego m.in w mentoringu, tutoringu, coachingu oraz Psychologii Doświadczeń Subiektywnych. Artysta, pisarz, socjolog, wykładowca, terapeuta, superwizor.