W Supraślu minus 12

SONY DSC
pod Supraślem (- 12)

1. No cóż, nie piszę już do Magazynu Coaching, gdyż jako autor, latem zeszłego roku, rozstałem się z wydawnictwem G+J, a to pociągnęło również za sobą rozstanie z pismem Coaching, które wymyśliłem z moim nieżyjącym przyjacielem Michałem Brudzyńskim. Wiele osób piszących do tego tytułu osobiście zarekomendowałem, przekazując redakcji też sporo mojego doświadczenia i wiedzy na temat branży.  Odchodzą ludzie, ale zostają ich pomysły, a potem żyją własnym życiem.

2. Niektórzy zaraz po świętach pakują się do jednego plecaka i wyjeżdżają pod Supraśle. W chacie pod lasem nie grzeją kaloryfery zasilane miejskim co. Tu są piece kaflowe, kuchenny i pokojowy. Najlepiej palić w jednym, kuchennym, żeby nie roztrwonić cennego ciepła i równie cennego opału – drewna. O węglu raczej nie ma mowy, gdyż  jest zbyt drogi. Chrust i większe gałęzie można  zebrać samemu, w państwowym lesie. Oczywiście zawczasu. Od tego jest lato i wczesna jesień, kiedy drewno jest suche.  Większe pnie ścina się samemu z próchnicy, z rzadka odkupuje od sąsiadów, którzy mają nadmiar drewna, albo zainwestowali w trochę węgla. W czasie mrozów trzeba palić dwa razy dziennie. Śpi się wtedy w kuchni. W tęgie mrozy trzeba się przebudzić w środku nocy żeby podłożyć kilka szczapek do paleniska, żeby nie wygasło, bo wtedy natychmiast robi się przeraźliwie zimno. Jedzenie jest tu bardzo proste. Chleb i kartofle, jajka, jakiś tłuszcz, kapusta i ogórki, buraki i koniecznie chrzan, kiełbasa suszona, jeśli ktoś jada mięso. Jak przez setki lat. Zwierzęta to moi przyjaciele, a ja nie jadam przyjaciół – powiedział kiedyś Georg Bernard Show, choć nie mieszkał w tych okolicach. Produkty mięsne są na tyle drogie, że w zasadzie wegetarianizm jest tu stylem życia.

3. Domostwa są tu tak odległe, a wsie wyludnione, że w nocy nie widać świateł sąsiadów. Ciemność. Ciemność prawdziwa, mglista lub gwiaździsta, czarna lub mleczna, nieprzenikniona. Mróz tęgi. A śnieg, nawet jeśli nie pada zbyt intensywnie, nawiewany z pól zasypuje drogi. Jeśli nie znasz okolicy, rankiem nawet nie rozpoznasz, gdzie rzeka, gdzie staw, gdzie droga, w którą stronę do wsi, w którą do sklepu. O telewizji, Internecie, a nawet zasięgu komórki – zapomnij. Nikt w tej okolicy nie postawi anteny dla pięćdziesięciu staruszków, a leśniczy ma radiotelefon, zasięg komórki łapie na górce.  Często też nie ma prądu, bo to albo awaria, albo wyłączą jedną fazę, albo po prostu wyłączą i już.  Do Białegostoku jest 27 kilometrów lasem, tylko 27, albo przez wieś 29, prawie 30. Ale gdy przyjdą zawieje, nic tu nie dojedzie, ani ty niczym nie wyjedziesz. Z warszawskich Bielan, albo Białołęki na Mokotów albo do Wilanowa, też jest dobre 20 kilometrów albo i więcej, gdy zdarzą się korki też problem z dojazdem, ale sklep pod nosem, szkoła dwa kroki, przedszkole dwie przecznice, przychodnia obok szkoły. No i oczywiście ryzyko, że w drodze z Mokotowa do Centrum zamarzniesz w zaspie, opadłszy z sił, jest dość małe.

4. I teraz tu zamieszkaj. Przeżyj tu zamiecie, a potem minus 20 w nocy. Niech minie zima, niech przejdzie wczesna wiosna. Niech zaczną się marcowe szarugi i kwietniowe powodzie. Teraz tu bądź i zapytaj siebie, czy odnalazłeś swoje miejsce? A gdyby przyszło ci mieszkać tu z dziećmi? A gdy przyjdzie starość, albo potrzebny będzie antybiotyk? A jeśli renta, to 520 złotych miesięcznie? Jeśli trafisz siekierą w rękę? Jeśli zaprószysz ogień? Albo gdy zmorze cię grypa?

5. Otóż bywają decyzje odwołalne. Bywają takie, które możemy zmienić niemal bezboleśnie, lub z twarzą się wycofać. Bywają decyzje podejmowane świadomie. Bywają podjęte wbrew innym, pod prąd, a niektóre boleśnie, kontrowersyjnie. Te, które podjęły się same, nieświadomie, niemal bezwiednie, wszelkie wpadki, te nie bolą tak bardzo, nawet jeśli przynoszą efekty opłakane. Wtedy możemy powiedzieć: takie jest życie, taki los, pech, przypadek, jakoś damy radę, może to się zmieni, może on dla mnie się zmieni, może... Siła postracjonalizacji wszystko wyjaśni, każdej decyzji nada znaczenie, każdy ból zneutralizuje nadając mu sens. Wszelkie kontrowersje, powinności, przymusy, presje, oczekiwania, wszelki dyskomfort – uzasadni. Zawdzięczamy to nowej korze mózgowej, dzięki której możemy snuć narracje i opowieści, fantazjować i wizualizować, wyobrażać sobie i projektować, czyli przypisywać innym własne emocje. Dzięki temu zmniejszamy dyskomfort, a niekiedy lęk wynikający, czy to z konfliktów wewnętrznych, czy to zewnętrznych, nieprzyjemnych bodźców, wysiłków, sytuacji.

6. Tym trudniej podejmować decyzje świadome, na chłodno, gdy jesteśmy w stanie przewidzieć konsekwencje, albo gdy nasze wyobrażenia o przyszłości są pełne obaw lub lęków, gdy prognozy są wątpliwe, lub ryzykowne i również wtedy,  gdy nasz dotychczasowy styl życia ma ulec radykalnej zmianie. Dlatego ludzie tak bardzo obawiają się zmian. Nasz  prastary, gadzi mózg zaprasza nas do wypróbowanych wzorców związanych z bezpieczeństwem, przetrwaniem i prokreacją, a ten nowszy, ssaczy do emocji, które zwykliśmy nazywać popędami.

7. Jest jednak stan szczególny. Moment, kiedy podejmujemy decyzję w całkowitej wewnętrznej zgodzie i spójności, wtedy nie ma mowy ani o żalu, ani o po czuciu zawodu, wtedy też nie czujemy lęku, ani nawet zaciekawienia, lub naturalnego, dla nowych sytuacji, podekscytowania. Nie ma też dramatyzmu zmiany nagłej, tragicznej, jak w chwili rozstania lub pożegnania, w złości lub rozgoryczeniu, w porzuceniu lub zdradzie. Wtedy jesteśmy pewni. Spokojnie wyciszeni, wtedy pojawia się nieoczekiwany, dobrze ci znany, stan spójności. Ufność równa pewności. A ufność to nic innego jak wiara, zaufanie, zawierzenie. Komu, co – zawierzasz? Sobie. Komu? Sobie. Nawet jeśli myślisz o Bogu, aniołach, karmie lub dharmie – jesteś tam ty, zawierzający, spójny, spokojny, obecny. I chociaż dziś w nocy pod Supraślem ma być nawet minus 12, wiesz, że jesteś na właściwym miejscu.

W Supraślu minus 12
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

16 komentarzy

  1. Tak, styczniowy.

  2. “wyrwa w zyciu”, bardzo obrazowe;)))))w coachingu ze stycznia?

  3. Tak mi się dobrze wpisał w temat supraślowy artykuł z aktualnego Coachingu pani Natalii de Barbaro (O wyrwie w życiu) – pokusa czy przeznaczenie. Polecam. Nawet jest propozycja jak budować mięsień Dobrych Wyborów – do zastosowania.

  4. Rok temu o tej porze byłam w Indiach. Siedziałam może w sali medytacyjnej, albo na dachu aszramu wystawiając obolałe mięśnie na słońce, albo łapałam fragmenty snu by zregenerować ciało po sesji medytacyjnej, albo kupowałam przy drodze świeże winogrono… Nie pamiętam, wiem, że nie potrzebowałam wiele by żyć. Coś do jedzenia, kawałek miejsca do spania, woda. Nawet ubrań miałam mało, dwa, żeby jedno było czyste. Proste życie, cisza, czasem śpiew, więcej słuchania, mniej mówienia…

    Przed wyjazdem rozpoczęłam akcję sprzątanie. Wydawałam, sprzedawałam, wyrzucałam. To, co zostało mieściło się w jednym samochodzie. Po powrocie do Polski, stwierdziłam, że ciągle mam za dużo. Nawet „pamiątek” nie przywoziłam, jedynie kilka obrazków, by w chwili, gdy zapomnę, zapaliły się czerwoną lampką ostrzegawczą, że znowu błądzę w głąb krainy snów.

    To, co było dla mnie kiedyś najcenniejsze, książki, dziś przekazuję z miłością dalej. Może innym przyniosą więcej odpowiedzi niż mnie. Jestem im wdzięczna, za to, co otrzymałam z ich równo zadrukowanych kart… Dziś czytam z morskich fal niezwykłe przypowieści, przewracam stroniczki wirujących liści pomiędzy szumiącymi drzewami, wchłaniam mądrości wpisane w leśne mokradła. Zamarznięte wodorosty snują swoje refleksje, a fikuśnie ukształtowany sopel lodu z każdą spadającą kroplą wystukuje mantrę, którą gdzieś głęboko w sobie rozpoznaję.
    Opróżniam zatem moje zewnętrze, a w raz z tym procesem to samo zachodzi w środku. Ciało podąża, umysł trochę oporniej, ale też w końcu wiatr w nim hula, nawet jeśli czasem trafi na uszczelnienia, w końcu i one się rozkruszą ze starości, a mnie nie chce się już obklejać nowymi.
    Coraz mniej rozumiem, coraz mniej wiem, coraz mniej ogarniam. I choć wydawać by się mogło, że znikam wraz z każdą „sprzątniętą” rzeczą, że ginie gdzieś moja tożsamość pośród rzeczy niepotrzebnych, jak nigdy czuję, że jestem. Potrafię zlokalizować drobne cząstki mojego ciała, połączyć się z nimi, otoczyć myślą, uwolnić z nich napięcie, a kiedy gdzieś blokada nadal trwa na posterunku, akceptuję to ograniczenie. Po coś ono tam jeszcze jest…

    Jestem jak dorodny, zimowy sopel lodu w dniu odwilży. Ubywa mnie kropla po kropli, a kiedy już nic nie zostaje, mała kałuża strużką przeciska się do pobliskiej rzeczki, a ta wartko wpływa do morza… I już nie ma znaczenia kim byłam i po co…

    PS i jak to ktoś już tu pięknie napisał, każdy ma swój Supraśl, warto go w sobie odszukać i posłuchać “jego wersji wydarzeń” ;-), ale to tylko moja wersja, Twoja może być inna ;-)

  5. Bartku,podzielam twoje zdanie.
    o starosci i o smierci mowi sie coraz mniej,temat niewygodny,nieekonomiczny,nierozwojowy.
    a ja uwazam-szalenie wazny.
    Osobiscie od dawna sie na to szykuje.Osobiscie od dawna sie tego nie boje.
    Nie boje sie tez o tym mowic otwarcie,czasem z tego zartowac,a czasem bardzo powaznie mowic o tym ,jak chcialabym odejsc.
    Przede wszystkim swiadomie,w swoim ,spokojnym miejscu ,bez pospiechu i bez sztucznego przeciagania….ale tez godnie.

    nie raz towarzyszylam odchodzacym,i jesli tylko moge -podam reke tym ,ktorzy przez ostatni most odchodza z tego zycia.
    Zanim jednak odejda,zatroszcmy sie o warunki ,w jakich do tej podrozy sie szykuja….
    Uwazam ,ze przypomnienie o tym chocby w tej akcji-to wazny krok do swiadomosci tego ,ze wszyscy kiedys umrzemy i nie wiemy ,w jakich warunkach i okolicznosciach.Troszczac sie dzis o tych ,na ktorych teraz pora-kiedys odbierzemy w tym ,ajk mlodsi zatroszcza sie o nas.Edukujmy ich swoja postawa wobec tego trudnego dzis tematu.

  6. Dróżnik się obudził.

    Są ludzie nie do zastąpienia.

  7. Ostatnie blogowe artykuły dotyczą zmiany. Pan Maciej ma znajomego /lub nie/ który postanowił zmienić swoje życie. Podjął świadomą decyzję o wyjeździe i zmianie swojego status quo.
    Przed chwilą przeczytałem wypowiedź terlikowskiego o tym jak zła jest Orkiestra. Ba, jak zły jest Jurek Owsiak. Bo pod płaszczykiem dobra czai się ogromne zło – podobno.
    W wolnej Polsce nie można stawiać odważnych pytań, nie można wygłaszać opinii potocznie uznawanych za naganne EUTANAZJA. Nie wolno i już. Śmierć, starość, odleżyny czwartego stopnia, niewyobrażalne cierpienie. Któż będzie się nad tym zastanawiał. Ważne, że nie można pozwolić na świadome umieranie. Nie i nigdy.
    I żeby było jasne. Nie jestem za eutanazją. Jestem za rozmową, dyskusją, pokazaniem czym jest cierpienie ludzi starych. I za to ogromne dzięki Jurkowi. Za połowę puszki na seniorów. Za początek zmiany. Ludzie w końcówce swojego życia potrzebują naszej pomocy, bardzo!!!!
    A za terlikowskiego mi po prostu wstyd.
    I jeszcze informacja o śmierci Jana Pawła II zaczerpnięta z wikipedii, wpisująca się w rozmowy o godnym przechodzeniu.

    “W czwartek 31 marca tuż po godzinie 11, gdy Jan Paweł II udał się do swej prywatnej kaplicy, wystąpiły u niego silne dreszcze, ze wzrostem temperatury ciała do 39,6 °C. Był to początek wstrząsu septycznego połączonego z zapaścią sercowo-naczyniową. Czynnikiem wywołującym była infekcja dróg moczowych w osłabionym chorobą Parkinsona i niewydolnością oddechową organizmie.
    Uszanowano wolę papieża, który chciał pozostać w domu. Podczas mszy przy jego łożu, którą Jan Paweł II koncelebrował z przymkniętymi oczyma, kardynał Marian Jaworski udzielił mu sakramentu namaszczenia. 2 kwietnia, w dniu śmierci, o godzinie 7:30 rano, papież zaczął tracić przytomność, a późnym porankiem przyjął jeszcze watykańskiego sekretarza stanu kardynała Angelo Sodano. Później tego samego dnia doszło do gwałtownego wzrostu temperatury. Około godziny 15.30 bardzo słabym głosem papież powiedział: „Pozwólcie mi iść do domu Ojca”. O godzinie 19 wszedł w stan śpiączki, a monitor wykazał postępujący zanik funkcji życiowych. Osobisty papieski lekarz Renato Buzzonetti stwierdził śmierć papieża Jana Pawła II o godzinie 21:37, a elektrokardiograf wyłączono po 20 minutach od tej chwili. Zmarł 2 kwietnia 2005 po zakończeniu Apelu Jasnogórskiego, w pierwszą sobotę miesiąca i wigilię Święta Miłosierdzia Bożego, w 9666. dniu swojego pontyfikatu. W ciągu ostatnich dwóch dni życia nieustannie towarzyszyli mu wierni z całego świata, śledząc na bieżąco wiadomości dochodzące z Watykanu oraz trwając na modlitwie w jego intencji[22].”

    Jakże wymowne są słowa „Pozwólcie mi iść do domu Ojca”.

  8. od przeczytania pierwszej wzmianki o temperaturze w Supraślu chodzi za mną pytanie – czy chodzi tylko o to, żeby przetrwać? o to żeby ograniczyć się do absolutnego minimum? a może czegoś nie wiemy o Przeprowadzającym się? może znalazł coś, co wydaje mu się, że może zrealizować tylko tam? tylko tam jest jego sens?
    chociaż też z drugiej strony jak śpiewa AMJ:
    “Im dalej jesteś, tym wyraźniej widzisz to,
    Że ta podróż musi w tobie zacząć się.
    W najpiękniejszym z miast
    Ci nie będzie lżej.
    Więc Lizbony blask
    Najpierw w sobie miej.”

    tego blasku – Wszystkim w Supraślu i cieplejszych okolicach ;)))

  9. Wiem, że to nie ma większego znaczenia, ale uważam, że fatalnie, że już Pan nie pisze do Magazynu Coaching. Wiedziałam, że jest to Pana “dziecko” i jako takie poleciłam kilku swoim znajomym (mają, tak jak ja, nawet prenumeratę). Oczywiście pismo nadal jest (wg. mnie, choć nie jestem znawcą tematu, a jedynie pasjonatem) na bardzo dobrym poziomie, ale… jest jakaś wyrwa i z tego co widzę, może nie będzie niczym wypełniona. Wyrwa daje się jasno zauważyć, jak porównam, skądinąd bardzo dobry tekst jednej z autorki w najnowszym numerze magazynu i ten właśnie wpis na blogu, który jest odpowiedzią akurat na zadane przez nią pytania, na które i ona podjęła się odpowiedzieć, ale… No cóż… Dobrze, że jest ten blog.

  10. Wiecie co, cały czas mam wrażenie, że jakoś bezładnie obijam się o rzeczywistość. Już niby łapię azymut , wiem którędy iść i nagle buch ląduje na tyłku. Boli. Proszenie o pomoc też nie zawsze wychodzi na zdrowie. Ludzie różnie interpretują tą prośbę. Niby chcą dobrze a potrafią skiepścić wszystko. Chciałabym w końcu znaleźć to właściwe miejsce.

  11. Ciekawe co by na to wszystko powiedział mój przyjaciel kot…

    W czwartek ktoś na mnie czekał. Człowiek i kot, a raczej kot i człowiek, jeśli chciałabym zachować kolejność. Niezwykłe spotkanie, zwłaszcza z kotem… Jakby wiedział, że akurat dziś przyjadę i kiedy tylko zobaczył, że się zbliżam, nastawił uszy, wlepił we mnie swoje ślepka i się uśmiechnął. Przysięgam, tak mnie przywitał. Ale się ucieszyłam na jego widok. Dobry przyjaciel. Wiele przegadaliśmy… Otworzyłam drzwi do bloku, w którym rok temu mieszkałam. Kot stanął, jak pies przy moich nogach. Weszliśmy równocześnie. Nikt nie wymuszał pierwszeństwa, nikt na nikogo nie czekał. Równoprawni obywatele osiedla. Piątka na domofonie wciśnięta, kolejne drzwi się otwierają i razem wchodzimy do środka. Oczekująca z lekka się zdziwiła, że razem próg przekraczamy, ale nikogo nie wyrzuciła za drzwi. Jak dobrze. I on i ja możemy się w jej oazie spokoju schronić, posilić, ocieplić, napełnić tym, czego każde z nas potrzebowało.

    Udało mi się mojemu przyjacielowi z przeszłości zrobić zdjęcia, chętnie pozował, czasem udając psa, stojąc na tylnych łapkach, ochoczo badając co na stole, choć swoją miskę z jedzeniem wpałaszował. I tak wędrował za mną krok za kroczkiem, pochrapywał z zadowolenia, w oczy spoglądał głęboko i opowiadał swoje kocie historie. Dobrze nim się tam opiekują, ma co jeść, gdzie spać, ktoś się o niego troszczy, daje mu miłość. Niczego więcej mu nie potrzeba. Cieszę się. Dobrze było znowu go zobaczyć i pogadać. Było o czym opowiadać, oj było…

    I słuchał milcząco, a kiedy opuszczał mieszkanie, machnął tylko łapką, westchnął znacząco w stylu: ech, wy ludzie, to macie problemy i zniknął…

  12. a teraz odwrocmy sytuacje…………sa tacy ,dla ktorych “Supraslem” bedzie Warszawa,albo pierwszy lot samolotem za ocean,pierwszy porod,albo zycie w innym kraju………………

  13. Utkanc w zaspie nieuczeszczanej drogi,gdy do domu piechota kilaknascie kilometrow, to zupelnie cos innego niz utkwic na godziny w miejskim korku ,gdy muzyka w radio i podgrzewany fotel….nie tylko “zycie “bardziej prawdziwe,ale i zagrozenie i smierc bardziej prawdziwa…z banalnego wyziebienia.

    Zdarzylo mi sie ,jako nastolatce,noca wracac z 50 km pieszej wyprawy, skrotami przez beskidzkie bezdroża,zima…..gdy juz wiadomo ,ze droga nie ta,w latarce skonczyla sie bateria /gps i komorek jeszce nie bylo/ kanapki dawno zjedzone,odglosy w lesie “nieludzkie”….to nagle okazuje sie ,ze wyprawa dla rozrywki robi sie naprawde szkola przetrwania…trzeba zmobilizowac nie tylko resztki sil fizycznych,ale i zmeczony umysl, utrzymac emocje w ryzach…..zdecydowac ,czy w lewo czy w prawo.

    Wczesniej bywalam w gorach na kondycyjnych obozach sportowych,nie raz pokonywalam granice wytrzymalosci fizycznej,ale ktos dorosly nad tym czuwal.Tym razem bylam sama ,z nie mniej przestraszonym chlopakiem, ktory w koncu skapitulowal i rozplakal sie.

    Tamta wyprawa dala mi poczucie ,ze jestem w stanie zapanowac nad soba w trudnych sytuacjach,myslec trzezwo, sluchac glosu w sobie ,uruchamiac rezerwy sil,wiezryc i podejmowac dobre decyzje.
    Nie raz przydawalo mi sie to doswiadczenie -w zyciu zawodowym,ale tez w gorach i na wodzie,gdy czlowiek staje sie okruchem w reku zywiolow.
    Wiem ,ze poradzilabym sobie w Supraslu,gdyby mroz spadl ponizej dziesieciu czy pietnastu.Niejeden “Suprasl”za nami i nie jeden przed nami;)))))))))))))))))

  14. Doświadczanie spójności jest dla mnie szczególnym “darem” coachingowym. Zwłaszcza teraz, kiedy w pracy nagle zmieniła się totalnie atmosfera i warunki. Wcześniej firma o przyjaznym klimacie, prorodzinna, rozwojowa, i nagle pod wpływem tzw.KRYZYSU po zatrudnieniu odpowiednich fachowców – pełna kontrola, zastraszenie, zwolnienia. A ja chyba nigdy do tej pory nie byłam taka spokojna. I kiedy wyszłam dziś wieczorem na taras po drewno do kominka, zamarłam na długa chwilę. Kilka metrów ode mnie na mojej nieogrodzonej ziemi pasło się kilka saren. Zauważyły mnie i wróciły do skubania trawy spod śniegu. Cisza i piękno. Supraśl mam w sobie.

  15. to co opisujesz,jako zycie w Supraslu,to obraz bardz realistyczny.
    Znam takie zycie.

    Zakladam ,ze “znajomy”,wybierajac taki spsob na zycie,zdawal sobie z tego sprawe;)))))))))ze wczesniej bywal na wsi, jadal kartofle,nauczyl sie palic w piecu,poslugiwac siekiera…..a takze leczyc drobne rany domowym sposobem,zawijac onuce ,a przede wszystkim miec otwartosc na zupelnie nowe rzeczy,nowych ludzi ,inne myslenie…..dobrze sprobowac takiego zycia,zanim podejmie sie nieodwolalna decyzje;))))))

  16. lubie takie uczucie miec w sobie ,gdy podejmuje decyzje.zwlaszcza te wazne.

    wczesniej slucham intuicji,ale tez rozwazam racjonalne przeslanki,czasem pytam o rade.czasem potrzebuje czasu.jesli to wszystko przynosi spokoj i cale cialo spojnie reaguje,wiem ,ze to najlepsza decyzja na ten moment.
    jesli mimo wszystko okaze sie w przyszlosci “nieoplacalna”-zastanawiam sie,co mozna na przyszlosc zrobic lepiej;)))))))mam prawo do bledu-konsekwencje ponosze sama.
    juz nie obarczam swiata, rodzicow, szefow…..
    zawsze cos zyskuje.
    doswiadczenie.

Komentarze są wyłączone.