6. Węgorze

– Młodzi częściej niż starzy przeklinają nie tyle monotematycznie co monosłownie, czyli w kółko powtarzają: kurwa, kurwa i kurwa, przepraszam za przytoczenie – powiedziała Gosia, przyjaciółka Bodzi, lekko się czerwieniąc.

– Oni wcale nie przeklinają, oni tak mówią – stwierdził pan Henryk, kierownik ośrodka PAPUGA – mogą przez godzinę klepać w kółko słowa na ka, na pe, na jot, na uje.  To ich mowa ojczysta. Nie znają innej.

– Na uje? Nie znam przekleństwa na uje? – zdziwiła się Bodzia. Wrzuciła obrany ziemniak do garnka i sięgnęła po następny. Ciągle lało. Szmer kropel towarzyszył im od rana i choć znali się od wielu lat, wielu spędzonych dwutygodniowych urlopów Gosi i Bodzi, tegoroczny deszcz zbliżył ich do siebie. Dopiero tego lata postanowili wspólnie gotować i jeść. Może z tego powodu, że w całym ośrodku PAPUGA była tylko ich trójka i pan Matuszewski, który krążył pomiędzy mieszkaniem w pobliskimi Kłocymiu i ośrodkiem?

– Przekleństwo na uje to jest to samo, co na jot tylko na uje – wyjaśnił kierownik. W zasadzie do na uje jest jeszcze gorsze niż to na jot. Poznać prostego po mowie jego – dodał.

– Chyba głupiego? – poprawiła Gosia.

– A ja bym powiedziała każdego, poznać każdego po mowie jego – powiedziała Bodzia płucząc ziemniaki wodą z gumowego węża.

– Każdego jednego, święta racja kochana pani Bohdziu – przytaknął pan Henryk. Na wielkiej patelni rozgrzewał olej. Obok leżały ryby otoczone w mące przygotowane do smażenia.

– Nie za wcześnie na ryby? – spytała Bodzia – ziemniaki potrzebują dobrych 20 minut.

– Akurat kochana pani Bohdziu, akuracik. Rybki dojdą a pyrki zmiękną. Proponuję pokroić jeszcze ogóreczki a ja zajmę się smażeniem.

– Wieczorem jadę do Kłocymia – Gosia nieoczekiwanie zmieniła temat – będziecie sami w PAPUDZE. Pan Matuszewski zaprosił mnie na sushi! Przyjedzie o szóstej!

– Nie wiem jak coś takiego można jeść? – kierownik pokręcił głową. – Surową rybę? Nawet Łoskot, mój kot zjada ugotowaną. Surowej nie tknie.

– Najlepsze sushi w okolicy – powiedziała z dumą Gosia.

– A ja to najbardziej lubię węgorza, prawdziwego wędzonego węgorza – stwierdziła Bodzia – całe wieki takiego nie jadłam.

– Węgorz, to dopiero jest obrzydlistwo – stwierdziła Gosia.

Zapadła deszczowa noc. Bodzia usiadła z książką. Materialne artefakty w badaniach kultury łużyckiej na terenach powiatu mogileńskiego i żnińskiego. Książka była pasjonująca. Stanowiska archeologiczne z pochówków, garnki ofiarne z grobów, groby szybowe, garncowe i urnowe, kościane ozdoby grobowe, brązowe sprzączki z pochówków, kości zwierząt ofiarnych. Kiedyś, dawno temu marzyła żeby zostać archeologiem ale teraz przeglądając książkę jak wyrzut sumienia, jak niespełnienie z dzieciństwa coraz lepiej uświadamiała sobie, że jej dziewczęce marzenia dotyczyły podróżowania, zwiedzania egzotycznych miejsc, a w rzeczy samej wyrwania się z rodzinnej wsi Pająki, niż archeologii jako takiej. Archeologia to był symbol. Zrobiła się senna. Odłożyła lekturę. Wyrwała się z Pająków lecz nigdy nie została archeologiem, podróżnikiem, a jej życie w Warszawie było jak stanowisko archeologiczne. Gdy przymknęła oczy i sen zaczął otaczać ją jak chmura odezwał się dźwięk esemesa. Pan Matuszewski to czarujący gentelman. Zostaję na noc. W pokoju gościnnym :) Gosia. No proszę, pomyślała, jedno sushi na kolację i od razu gentelman, u którego zostaje się na noc. Senność to nasilała się, to słabła. W końcu Bodzia znowu zasnęła lecz po jakimś czasie obudził ją kolejny esesemes. Jak urlop? Chorwacja. Tu jest pięknie. Tęsknię do pani uśmiechu. Łasabi. Upił się, pomyślała. Upił się chorwackim winem. Tęskni do mojego uśmiechu? Co za brednie. Łasabi? A myślałam, że przynajmniej on jest abstynentem. Obróciła się na bok i znowu zaczęła zasypiać. Widziała gliniane naczynia, drewniane dzidy, kościane groty w rękach młodych Łużyczan ubranych w markowe dresy, którzy biegli truchtem krzycząc: kurwa ale jeleń, kurwa; trzeba go, kurwa, ujebać; kurwa bierz go z lewej kurwa; o kurwa! Wtedy obudziło ją lekkie stukania do okna. Co za noc?

– Jest tam pani, kochana pani Bohdziu? Na kolację zapraszam, dopiero co przyjechałem, przywiozłem świeżutko wędzone węgorze.

Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

3 komentarzy

  1. To jest lepsze niż Złotopolscy ;)

  2. No i tak to jest jak ktoś szybko czyta , myk , i trzeba czekać na więcej :)

  3. Akcja się rozwija. Czekam z niecierpliwością na cd.n. :)

Komentarze są wyłączone.