Wolności oddać nie umiem

wolność
wolność

Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie. Usłyszałem to stwierdzenie pierwszy raz jakieś 40 lat temu, w szkole na obowiązkowym apelu. Co jakiś czas słyszę je znowu, zwłaszcza w okolicach końca roku szkolnego. Od 25 lat mamy wolną ojczyznę i kolejne pokolenia nauczycieli i polityków tłuką ten cytat ze Staszica gdzie można i kiedy tylko można, potakują głowami… podkreślają jego nośne znaczenia i tak mało z tego wynika dla Rzeczypospolitej i dla młodzieży.

Co ciekawe nie jest to cytat z prac Stanisława Staszica lecz pochodzi z aktu fundacyjnego Akademii Zamojskiej. Mylnie też bywa przypisywany Andrzejowi Fryczowi Modrzewskiemu. Stanisław Staszic sparafrazował stwierdzenie Jana Zamoyskiego w Uwagach nad życiem Jana Zamoyskiego. Kim byli Modrzewski, Staszic, Zamoyski? Chyba jacyś koledzy Wałęsy – usłyszałem od pewnego licealisty – a może to kumple Kwaśniewskiego, nie pamiętam. No cóż, trop w zasadzie słuszny, gdyż Zamoyski był zarówno politykiem, jak i uczonym, humanistą, jak i magnatem, ówczesnym oligarchą, z własną armią i ambicjami politycznymi. Popierał jednych, zwalczał drugich i usadzał na tronie królów. Modrzewski z kolei to arianin, protestant, dla katolików – heretyk, były ksiądz katolicki, lecz przede wszystkim pisarz polityczny, królewski sekretarz. Jego dzieło O poprawie Rzeczypospolitej uchodziło wówczas, w XVI wieku, za dzieło radykalne, utopijne a nawet wywrotowe i niedorzeczne – głoszące takie poglądy między innymi jak: równość praw dla wszystkich obywateli bez wyjątku, konieczność ubóstwa kościoła, publiczne szkolnictwo i surowe kary, z karą śmierci za kradzież. Rozumował tak – konieczna jest opieka państwa nad ubogimi i powszechna edukacja oraz protekcjonizm w gospodarce. Słabsi muszą mieć wsparcie państwa, gdyż ich słabość wynika z braku środków do życia oraz braku wiedzy, która dawałabym im możliwość rozwoju i wpływ na jakość życia. Poglądy niemal socjalistyczne! Przestępstwo było dla Modrzewskiego wynikiem biedy. Jeżeli po wyeliminowaniu ubóstwa i odbyciu odpowiedniej nauki, obywatel nadal kradłby – wtedy stryczek. Radykalizm Modrzewskiego dotyczył wszelkich aspektów życia społecznego. Jego praca trafiła na indeks ksiąg zakazanych kościoła katolickiego, gdzie widniej do tej pory. Historia Staszica jest o sto lat późniejsza. Był katolickim księdzem, lecz również wychowawcą kolejnego pokolenia Zamoyskich, politykiem, filozofem, a także badaczem, pionierem nowoczesnego rolnictwa, geologii, botaniki. Uchodził za postępowego praktyka łączącego podejście filozoficzne z działaniami przemysłowymi  i rolniczymi. Tyle historii w skrócie. Ci trzej wybitni Polacy mieli wspólny pogląd na rolę edukacji i nauki – od edukacji ich zdaniem zależała jakość życia oraz jakość stosunków społecznych, przyszłość i teraźniejszość, zamożność i stabilność polityczna. Staszic niestety przeżywał upadek państwowości i próby jej odbudowania. Wszyscy trzej byli znakomicie wykształceni w szkołach polskich i obcych, oczytani, twórczy, przedsiębiorczy. Zatem taka będzie przyszłość naszej ojczyzny, jak wygląda dzisiejsza edukacja młodzieży.

***

W necie dwie siedemnastoletnie licealistki budzą masowe zainteresowanie. Jedna stwierdziła, że premier rządu to zdrajca, druga opracowała nową metodę selektywnego wchłaniania leków przeciwnowotworowych. Większe zainteresowanie wzbudziła ta pierwsza. Jej poglądy to ponoć zasługa jej ojca, czytam w jednym z tygodników. Otóż nie trzeba przenikliwości psychologa, wiedzy i doświadczenia Staszica, Modrzewskiego czy Zamoyskiego, aparatu pojęciowego socjologa by wiedzieć, że poglądy dzieci, ich fobie, zachowania, wiedza i brak wiedzy, to zasługa rodziców. Dzieci są naszym grzechem i zasługą, emanacją naszych lęków i uniesień, wad i zalet. Dzieci niekiedy muszą wyłożyć ogromny wysiłek by te rodzicielskie grzechy pomóc, przetrawić i jak z nawozu uczynić z nich energię do wzrostu. Jakie będą Rzeczypospolite? Jakie ich młodzieży chowanie? Jak w starej piosence Chłopców z placu broni: Wolność kocham i rozumiem. Wolności oddać nie umiem.

Wolności oddać nie umiem
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

25 komentarzy

  1. Nie mam dzieci więc właściwie jestem poza tematem. Ale moja przyjaciółka sama wychowuje synka, który chodzi do pierwszej klasy. I wychowuje go świetnie. Chłopiec jest wszechstronnie rozwinięty i lubi chodzić do szkoły. Mimo, że niewiele nowego jest go ta szkoła w stanie nauczyć, bo on już wszystko wie. Taki jest zdolny i mądry. Z boku wygląda to tak, że najważniejszy jest jednak dom. Wtedy każda instytucja pełni już tylko drugorzędną rolę.

  2. @AgaWa znam to, oj znam. Oj Aniula lepiej bym tego nie ujęła. Stety niestety. Znam osoby praktycznie bez wykształcenia albo po szkołach prywatnych, które życiowością przewyższają te, u których sukces zawodowy goni sukces zawodowy. Ludzie mają po prostu swoje do przejścia i szanuję każdą osobę niezależnie czy jest sprzątaczką (na szczęście ktoś robi jeszcze tak pożyteczną konkretną robotę) czy wybitnie zdolnym zegarmistrzem.
    Dzieci potrzebują szczerej uwagi tzw. ciała pedagogicznego. Niestety wyczują od razu sztuczność lub brak tej uwagi w zdrowej dawce na sobie. Dzieciom bez cyrkli i dzieciom sikającym innym do picia też brakuje jeszcze czegoś ważnego.

  3. @AgaWa umiejętność zaliczania egzaminów nie jest wyznacznikiem umiejętności odnajdowania się w życiu codziennym ;) Dyplom jak i inne różne certyfikaty nie chronią w żaden sposób przed chorobami umysłowymi jak i wrodzoną głupotą :)

  4. A mnie nadal fascynuje fakt, że 30-50% rodziców z wyższym wykształceniem nie rozumie, że jak nie kupią dziecku cyrkla, to ono nie jest w stanie narysować koła, zaś najlepszy nauczyciel świata z najlepszym programem nauczania świata nie może prowadzić lekcji z geometrii jak połowa klasy nie ma cyrkla.
    Dodam, że sklep papierniczy z cyrklem za 3,5 zł jest w odległości max 120m od wyjścia ze szkoły.

    Itd. Przykłady można podawać w nieskończoność.

  5. Podoba mi się pomysł włączania dzieci i rodziców razem. Świetny przykład angażowania rodziców w coś jednak ważnego. Uważam że w szkole jest za mało integracji, pozytywnych akcji, żywych lekcji.
    Rozwydrzeńce też chowane są nie raz kablem. Akurat znęcanie się i ukompleksianie chciałabym wyciąć skalpelem z tkanki szkoły i domów.
    Pamiętam kolegę (takiego właśnie rozwydrzeńca) z podstawówki, który nękał innych kolegów nasikując im np. do oranżady. Dziś jest znanym doktorem habilitowanym na znanej krakowskiej uczelni technicznej. Rozpieszczenie i swoją siłę przekuł w sukcesy naukowe. Pytanie czy bycie rozwydrzeńcem i tym, który ma władzę nad innymi nie daje w naszym oświatowym systemie sporych profitów na przyszłość? System sprzyja i rodzi patologie.

  6. @AgaWa ale jakby nie patrzeć , znaczna część rodziców jest ofiarami systemu. Leczą swoje kompleksy, każdą uwagę nauczyciela do dziecka odbierają osobiście, bo stoi za nimi duch jakiegoś wrednego nauczyciela… Słyszeli będąc dziećmi , że są głupi i nic w życiu nie osiągną i robi się problem. przykro patrzeć jak z dorosłego człowieka wychodzi zakompleksione dziecko…. też uważam, że niektórzy rodzice powinni mieć zakaz wstępu do szkoły a przede wszystkim zakaz wychowywania kogokolwiek :)

  7. Ciągnę temat, bo sprawa ważna, i nadal jestem osobiście zainteresowana, bo najmłodsza jest w 5 klasie podstawówki.

    Rodzicom bardzo trudno jest pojąć swoją rolę w szkole. A rola ta polega na wspieraniu nauczyciela: kupić to, o co nauczyciel prosi (np. cyrkiel na matematykę, papier do xero, wodę do klasy, wykładzinę na podłogę do klasy itd.), zorganizować bilety do teatru/kina/muzeum/wystawę, pojechać z nauczycielem na wycieczkę w celu przypilnowania klasy w tramwaju itd., zorganizować wyjazd klasy w różne miejsca (piekarnia, fabryka bombek choinkowych itd.), pomalować wspólnie z innymi rodzicami klasę żeby było ładnie i czysto, wykonać półkę w klasie na książki żeby dzieci nie musiały ich dźwigać. A już najfajniej jest jak te prace wykonuje się wspólnie z dziećmi. Są one wtedy dumne z siebie, rodziców, szkoły – i np. nie demolują klasy, nie piszą po ścianach, bo same malowały.
    Niestety, trzeba się realnie zaangażować, finansowo i/lub fizycznie.
    Albo przynajmniej nie przeszkadzać innym.

  8. … i dlatego lepiej uczą szkoły, w których cudowny wpływ rodziców jest ograniczony.

  9. I jeszcze opowieść „O pani od muzyki”.
    Najstarsza córka ciągle miała z nią problemy, non stop wysłuchiwałam nt. tej pani, że niesprawiedliwa, głupia, i że w ogóle beznadziejna.
    Dzięki lenistwu, którym obdarzyła mnie moja dobra karma nie poszłam nigdy „wyjaśniać sprawy” do tej pani. Rozmawiałam tylko w wychowawcą co tam na muzyce.
    Średni syn „przeszedł” panią właściwie nie wspomniawszy o niej.
    Zaś najmłodsza córka – uwielbia ją, chodzi do niej na dodatkowy chór i jeździ z nią w trasy koncertowe po całym świecie.

    Mam wrażenie, że każde z dzieci mówiąc o tej pani od muzyki, mówi o innej osobie.

    Każdy widzi swój własny film.

  10. W szkole najgorsi rodzice to nie ci, którzy stosują nadużycia wobec swoich dzieci – bo tu przynajmniej patologię można nazwać po imieniu.

    Najgorsi są ci rodzice, którzy są przekonani o geniuszu własnym i własnych pociech (zwykle rozwydrzonych, chamskich, nielubianych przez klasę za postawy aspołeczne itd.) zaś resztę świata uważają za debili, kretynów, wrogów, łobuzów (tyczy się to zarówno innych uczniów jak i nauczycieli) a jak jeszcze – nie daj boże – tacy rodzice mają sporo czasu i zaczynają się udzielać w szkole to jest zupełna klęska. Chodzą, interweniują, chronią, piszą donosy w imieniu wszystkich rodziców, kontestują, reformują. No cudownie.

    A wystarczyłoby, aby przyjęli do wiadomości, że ich wstrętny bachor jest rozwydrzony, nie potrafi się zachować w tramwaju, że jest bezczelny i dlatego reszta grupy go nie znosi i że dostał pałę bo się nie nauczył i że donosy w tej sprawie na nauczyciela do kuratorium nie pomogą.
    Albo inna wersja – rodzice wychowujący ofiarę losu za którą usiłują załatwić wszelkie sprawy i do zwykłej przepychanki na przerwie między chłopakami wzywają policję, potem siada dyrektor, pedagog, psycholog, wychowawca i dwóch chłopaków, którzy już nie pamiętają o co poszło, no ale rodzice muszą wiedzieć, wyjaśnić, dociec, ustalić i pilnują przez dwa lata aby „sprawca/agresor” zwarcia miał obniżoną ocenę ze sprawowania i nie miał przypadkiem wyższej oceny niż ich biedna sierotka …. no można by mnożyć przykłady znakomitego rodzicielskiego podejścia jeszcze długo.

    Najlepszym jednak punktem jest podkopywanie przez rodziców autorytetu nauczyciela poprzez mówienie przy dziecku głośno o tym, jaki to ten nauczyciel jest głupi, złośliwy, że się uwziął itd. Oraz informowanie dziecka, że „już ja pójdę do dyrektorki i porozmawiam z nią w sprawie zachowania tej matematyczki”.

    W szkołach prywatnych w/w rodzice są w przewadze.
    Przenoszenie odpowiedzialności z siebie (jako rodzica) i z dziecka na innych (nauczyciela, szkołę, podręczniki, program) to standard.

    W tych zespołach rodziców z którymi miałam do czynienia (różne warszawskie szkoły prywatne i państwowe) może 10% rodziców prezentuje poziom który pozwoliłby im wypowiadać się nt. jakiejkolwiek reformy szkolnej. Reszta – najlepiej jakby miała zakaz wstępu do szkoły i przestała podkopywać pracę nauczycieli.
    Trudnych nauczycieli nie spotkałam. Ale rodziców – owszem, w sporych ilościach.

  11. Ja uważam, że szkolnictwo jest w procesie zmiany. Zmiany w betonowych instytucjach dokonują się powoli. Jednak proces ruszył i uważam, że będzie coraz szybszy. Świadomość rodziców jest coraz większa, świadczy nawet o tym ostatnia batalia o 6 latków. Walka formalnie przegrana , a jednak społecznie wygrana. Rodzice, którzy nie składali podpisów zaczeli sie interesować sprawą. Jestem młodym tatą, który dołoży swoją cegiełkę w budowanie nowej edukacji. Jednak cieszę sie, że moje dziecko będzie miało możliwość uczęszczania do szkoły. Trafiony tekst Panie Macieju, ciekawe wpisy. Dzięki. Pozdrawiam

  12. Trafiłam na bardzo mądre nauczycielki w przedszkolu, dzięki temu mój syn poszedł do pierwszej klasy w wieku 7 lat i dzięki temu przeszliśmy pierwszą klasę. Nie wyobrażam sobie go w szkole o rok wcześniej. i takich dzieci jest bardzo dużo. Ma fajną panią wychowawczynię. Moja koleżanka nie miała tyle szczęścia, panie w szkole nie zauważyła , że dziecko ma problem z trzymaniem prawidłowo długopisu. Ot życie…..

  13. Poza wszystkim system testów? Kiedyś wiedzę się sprawdzało bez odpowiedzi a,b czy c i to funkcjonowało. I tu bardziej myślę o okresie do studiów. Jak świadomość egzaminu w formie wybierz odpowiedź, często sugerującą zwalnia od wkładania wysiłku w naukę np. o Staszicu albo rodzi szerokie nadużycia kiedy jest mega wybiórczy i skreśla dzieciaka, który umie myśleć i mówić.Testy wyciekają, podpowiadają i dopowiadają, ułatwiają ściąganie.
    Tak sobie gdybam dla siebie w końcu co ja mogę zmienić?

  14. Tylko, że mnie nie chodzi o „takie zmiany”, jakie rządzą w szkołach prywatnych. Nie mam też rzecz jasna na myśli dostępności rozmontowania źle działającego systemu przez wszystkich rodziców. A już zwłaszcza takich, którzy stosują nadużycia wobec własnych dzieci.

    Niestety potrzeba rozmontowania systemu w moim wydaniu wymagałaby większej ilości świadomych rodziców. Nie chodzi mi o dowalanie nauki w takim czy innym przedmiocie. Jestem natomiast za szkołą z godzinami wychowawczymi na których coś się dzieje, fajnymi treningami interpersonalnymi dla dzieciaków itp itd.

  15. Duży wpływ rodzice mają w szkołach prywatnych. I znakomicie widać tego skutki.

    O ile szkoły podstawowe prywatne jeszcze jako tako uczą, o tyle prywatne gimnazja, a licea w szczególności to edukacyjne dno (z nielicznymi wyjątkami potwierdzającymi regułę). Dno, dno, dno.
    O prywatnych uczelniach w ogóle nie chce mi się pisać, bo to w zasadzie nie są żadne studia.

  16. A wydarzenia typu sześciolatki do szkoły czy ebooki to dla mnie tylko jakaś prowizorka zmian, by układ mógł wyszarpać znowu kasę dla siebie i powiedzieć dumnie „Reformy edukacji? Bez przerwy coś zmieniamy. Zmieniamy dla was na lepsze”. Czasem myślę, że ludziom brak tej klepki która odpowiada za jakąś przyzwoitość, sumienie, w dobrym ujęciu idealizm, który jest trochę jak koń pociągowy zmian ku dobremu.

  17. Ja np. z boku uważam, że rodzice powinni mieć dużo większy wpływ na to co jest w szkole, na sposoby traktowania ich dzieci, na to czego i z jakich podręczników ich pociechy korzystają. Zostawiając edukacyjną władzę urzędnikowi, kuratorium i nauczycielom daje się pozwolenie by nic się nie zmieniało.
    Dramat. Dla mnie osobiście budowa a raczej niszczenie – samooceny, pozwalanie na nękanie, znęcanie się i dzienniczek uwag jako główna wyrocznia życia młodych osób to dramat. Nie pracuję aktualnie z dzieciakami, ale widzę z badań jak polska szkoła operuje głównie karami, obniżaniem poczucia własnej wartości. Kiedy rozmawiam z osobami chorującymi przez lat wiele psychicznie, jak na dłoni widać udział tej instytucji w przeżywaniu przez nich siebie.
    W szkołach potrzeba zmian, częstego napływu świeżej krwi i młodych pedagogów. Wieloletnie trzymanie się stołka i wzbranianie przed zmianami nie służy ani wypalonym nauczycielom ani dzieciakom. Za nienormalną uważam też sytuację, kiedy 500 uczniów ma jednego pedagoga szkolnego czy psychologa a potem, kiedy niechybnie coś się stanie media wrzą i społeczeństwo osądza i pyta gdzie on raczył być.

    Brak pieniędzy jest problemem od zawsze, ale tu chodzi podskórnie jeszcze o coś. Myślę, że ten system i układy jest skostniały i dąży od dawien dawna do własnej haha :) homeostazy. Zmiany, w ogóle zmiana to jest coś takiego co przeraża. A czym jest ten centralny nie do pomyślenia obiekt prześladowczy? Dla mnie tak, jak mówi Valles: „Zmiana dokonuje się nie poprzez troszczenie się o nią, nie poprzez staranie się za wszelka cenę, by zaistniała, nie poprzez jej wymuszanie czy szukanie. Mam być w pełni, kim jestem dzisiaj, a obudzę się jutro do nowego życia”.

  18. I bardzo daleka byłabym od twierdzenia, że rodzice wiedzą lepiej, co jest dobre dla ich dzieci i jak powinna wyglądać edukacja i program nauczania i sposób nauczania.

    I o tym, czego uczy się w szkołach nie powinno się absolutnie decydować w referendum.

    Demokracja jest bardzo dobra, ale bez przesady.

  19. Psycholog chciałby więcej psychologii. Historyk – historii. Matematyk – matematyki, a chemik mówi – że za mało jest chemii.

    Ktoś, kogo interesuje wyłącznie historia uważa, że na cholerę mu cykl rozwojowy mszaków. Biolog powie, że jego dokładna data bitwy pod Grunwaldem kompletnie nie obchodzi.

    Osobiście uważam, że za mało jest fizyki i metafizyki :-)

  20. @Marku milion podpisów rodziców dzieci 6 letnich nie pozwoliło aktywować referendum, więc jeden głosu może mięć wpływ homeopatyczny, wszystko zależy od wiary i utrafienia osoby zainteresowanej wyzdrowieniem :) Ale uważam że kropla drąży skałę :) Czasu trzeba :)

  21. Bardzo wazny temat. Pierwszorzedny wrecz. Niedoceniany niestety przez tych co wplyw maja na jakosc edukacji.
    Zaluje, ze brak jest praktycznie otwartej publicznej dyskusji na ten temat. Brak presji spolecznej na zmiany w dobrym kierunku.
    No coz, moze ktos uzna to co napisze za wywrotowe, ale uwazam, ze w programach szkolnych a moze i przedszkolnych od najmlodszych lat powinny byc zawarte elementy z obszru psychologii, socjologii, rozwoju osobistego i etyki (nie religii) – oczywiscie przelozone na odpowiedni wiek.
    Zastanawialem sie nawet kiedys przez chwile jaka skutecznosc moze miec taki szary obywatel jak ja piszacy do ministerstwa z sugestiami zmian…

  22. AgaWa Chodziłąm na trzy zmiany :) Dla mnie też było spoko, ale moje dzieciaki to skowronki i działają umysłowo z rana :) Przedszkole trafiło mi się super , na razie szkołą też dobrze, ale ile jest takich? Mieszkam na osiedlu budowanym za czasów komunizmu, gdzie panowały jednak pewne normy, do ważnych miejsc typu szkołą, przychodnia sklep z najdalszego końca osiedla idzie się góra 5-7 minut ;) Syn ma rzut beretem, współczuję jednak dzieciom mieszkającym na wsi, gdzie czasem ta trasa to kilka lub kilkanaście km. Są gminy , które dbają i są takie gdzie lepiej nie mówić co się dzieje. Hmmm z drugiej strony tam też żyją dorośli niech kombinują… ;)

  23. Ps.
    Dla mnie osobiście chodzenie na drugą zmianę było super, bo nie znosiłam i nie znoszę wstawać rano.

  24. Dzieci przetrwają.

    Miałam dzieci w szkołach prywatnych i publicznych. Nie wiadomo, co gorsze. Moze w prywatnych klasy mniejsze, za to inne problemy znacznie większe.
    Programy się zmieniały.
    Dzieci rosną i studiują.
    Zaś dla mnie ideałem byla pewna pani dyrektor w panstwowej szkole, która była dyrektorem 30 lat. Stworzyła super szkołę. Nie przeszkadzał jej socjalizm, okrągły stół, rządy Balcerowicza, Olszewskiego, kolejnych wybitnych politykow. Ani nie przeszkadzały jej kolejne reformy, nowe podreczniki itd.
    Ona po prostu robiła swoje, czyli organizowała fantastyczną szkołę podstawową z super nauczycielami, z zaangażowanymi rodzicami.
    Dostała nawet europejską nagrodę za wzorcową współpracę szkoły z rodzicami.
    Teraz niestety jest już na emeryturze :-(

    Olać reformy. Najważniejszy w szkole jest dyrektor, bo to on gromadzi sobie nauczycieli i nadaje szkole atmosferę. Znajdź fajnego i tam zapisz dzieci.

    Ja jestem z wyżu i chodziłam do szkoły na drugą zmianę, a mimo to wyszłam na ludzi ;-) ( tak mówią inni)

  25. Monitoruję temat „sześciolatki do szkoły” , PO z uporem forsuje nieprzemyślaną ustawę, a w obecnej chwili, żeby rodzice się w końcu zamknęli dali szansę odroczenia 6 latka ze szkoły jeśli sobie nie da rady. Problem w tym , że nikt nie określił co z takim dzieckiem zrobić. Najpierw szacowne ministerstwo zastraszyło psychologów, potem wydało dyrektywy jak zmanipulować testy przydatności do szkoły, a skoro to nie zadziałało dają alternatywę odroczenia , nie podejmując opieki nad tymi dziećmi. Gdyby byli tam w rządzie tacy mądrzy za jakich się uważają, to wystarczyło parę lat temu zadziałać na ambicję rodziców, zachęcać do wysyłania młodszych dzieci do pierwszej klasy, minimalnym kosztem stworzyć warunki i monitorować, gdzie rodzice chętnie dzieci posyłają a gdzie nie. W obecnej chwili pakują w przepełnione roczniki masę dzieci, tworzą się klasy zmianowe ( wracają wspomnienia) , tworzone są coraz durniejsze przepisy nie mające konkretnych podstaw. Ciekawi mnie tylko dlaczego dzieci urzędników chodzą do prywatnych szkół a nie korzystają z naszej cudownej edukacji w szkołach państwowych? Mam tylko nadzieję, że moje dzieci jakoś to przetrwają…..

Komentarze są wyłączone.