Wygrana w konkursie literackim – marzec!!!

Gratulacje!!!

W comiesięcznym konkursie literackim w marcu 2012 wygrywa jednogłośnie [w naszej małej komisji – Karolcia + ja] tekst  KatarzynyW drodze do Waranasi.

ps. dla Karolci, jednej z jurorek, to był lekki hardcore, ale przecież Harry Potter też obfituje w niejednoznaczne refleksje i trudne emocje. Karolcia oprócz bycia coachem zamierza też być podróżniczką i poszerza mapę własnych oczekiwań wobec tego co będzie mogła spotkać w Drodze : )

Zapraszam do pisania tekstów kwietniowych !!!!!!!!!

  • w zakładce konkurs w komentarzach
  • lub prześlij formularzem ze strony http://www.bennewicz.pl/ksiazki_konkurs.php

Poniżej nagrodzona historia:

W drodze do Waranasi.
Indie, 27 lutego 2012. Jesteśmy już 10 dni w podroży, powoli zbliżamy się do miejsca, o którym od początku wyjazdu dowcipkujemy, oswajając lęk przed śmiercią. Teksty typu komin, komin: komin soon, ognisko z kiełbaskami, jesteśmy podjarani, spalam się itp.; Rozmówki polsko-hinduskie na region Waranasi. które pozwalają oswoić choć trochę lek przed tym, co możemy zobaczyć. Samo słowo Ganges wzbudza we mnie lęk. Wyobrażałam sobie to miejsce jako piaskową drogę nad rzeką, wzdłuż której ustawione są płonące stosy. Stosy też sobie wyobrażałam inaczej. Tymczasem widok z hotelu na rzekę jest zaskakująco piękny. Poranna przejażdżka łodzią też jest w sumie przyjemna, nic z rzeki nie wypływa, żadnych trupów nie widać. Nic nie śmierdzi. W oddali widzimy płonący ogień, ale to nic strasznego. Ulga, ze w sumie było wiele hałasu o nic. Nadchodzi wieczór. Część grupy idzie na koncert, my w piątkę mamy niedosyt widokowy stosów nad Gangesem. To nie daje mi spokoju, wewnętrznie czuję, że muszę tam pójść i zobaczyć jak wygląda taki „pogrzeb”. Idziemy do części miasta, gdzie jest krematorium, ale też tam się pali stosy nad rzeką. Teoretycznie nie jest to dostępne dla oczu turystów, ale są w pobliżu tak jakby tarasy widokowe. Jest już ciemno. Stoję na jednym z pomostów i nagle zauważam ułożone parę pni a na nich ściśle owiniętą w biały materiał niewielka postać. Nie mogę oderwać oczu. Wokół mar tłoczą się sami mężczyźni i psy. Niektóre grzebią łapami w gorących jeszcze stosach. Czekamy jeszcze godzinę, nic się nie dzieje. Obok, zanurzone w rzece znajdują się kolejne zwłoki w złotym całunie. Patrzę jak urzeczona, nie czuję nic poza ciekawością. Do stosu, który jest ułożony jakby z 4 pni, bardzo skromniutki, podchodzi jakiś człowiek, ichniejszy kapłan, chodzi wkoło i wymachuje suchymi badylami. I nagle stos zaczyna płonąć. Nie czuć swądu palonego ciała. Ja nie czuję nic poza ciekawością, mierzę się z własnym lękiem, oglądam płonący stos jak przedstawienie. Nagle dobiega mnie przerażający skowyt i widzę pędzącego psa, który biegnie jak oszalały znad rzeki w górę. Serce mi się ściska. Nie wiem co się stało, ale zaczęłam czuć przerażenie i rozpacz nad tym, co widzę. Pies przybiega i jest to ten sam pies, który tak przeraźliwie skowyczał. Pysk ma cały we krwi, jedna wielka rana zamiast pyska. Inne psy się koło niego tłoczą, on daje się obwąchiwać. Jest już spokojny, niemy, mimo, że wygląda strasznie. Nie mogę na niego patrzeć, a nie ma jak mu pomóc. Jest zdany tylko na siebie. Poparzył się wkładając nos do gorącego popiołu ze stosu szukając pożywienia. A wokół toczy się „normalne” życie – obok chłopcy grają w krykieta, snują się turyści, żebracy, ktoś się myje w rzece, bierze z niej wodę. Najbardziej przerażające w tym kraju jest to, że nikt i nic nikogo nie obchodzi…. A ja? Oswoiłam śmierć, ale nie oswoiłam zgody na cierpienie….

Wygrana w konkursie literackim – marzec!!!
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

3 komentarzy

  1. Ale niespodzianka, na 3 tygodnie przed wyjazdem, gdzie dopadają mnie wątpliwości czy dobrze robię, że stawiam wszystko na jedną kartę, kawałek Indii tu… Synchroniczność, znak, dziękuję, jeden oddech lżej.
    Tak, to kraj pełen sprzeczności. W życiu nie widziałam tylu powyginanych, chorych, bezrękich i beznogich… Ale tam wszystko jest inne. I to nie tak, że nikogo nic nie obchodzi, to nie tak… Tu piękno onieśmiela równie mocno jak “brzydota”. Tu zapachy oszałamiają równie mocno co smród. Tu króluje przede wszystkim życie w pełnym przejawie, bez cukierkowości… Tu na każdym kroku dostaje się lekcje, przynajmniej ja tak miałam. Jednego dnia widziałam WSZĘDZIE tylko chorych, kalekich, niedołężnych ludzi, cierpiałam okrutnie. Modliłam się w świątyni, żeby Bóg dał tym ludziom to, po co przyszli, o co się modlą i długo płakałam… I wierzę, że każdy dostaje to, o co prosi z głębi serca, tylko takie modlitwy się spełniają, skropione miłością, żarem serca, łzami oczyszczenia.
    Dziękuję…

  2. Myślę , że trzeba pomieszkać w danym miejscu by zrozumieć postępowanie ludzi.

Komentarze są wyłączone.