Za dużo myśli

Wracam do jednego z moich ulubionych cytatów z Anthonego de Mello:

–      Dlaczego wszyscy tutaj są tak szczęśliwi, a ja nie?


–      Dlatego, że nauczyli się widzieć dobro i piękno wszędzie – odrzekł Mistrz.


–      Dlaczego więc ja nie widzę wszędzie dobra i piękna?


–      Dlatego, że nie możesz widzieć na zewnątrz siebie tego, czego nie widzisz w sobie.

Wybitny jezuita opisuje tu w jakiejś mierze mechanizm projekcji, czyli rzutowania na zewnątrz własnych obaw i lęków, lecz także nadziei i pragnień, pozytywnych i negatywnych wzorców. Badania nad fizjologią mózgu dowodzą, że tylko to, co jest w nim przetwarzane w postaci informacji-impulsów istnieje dla nas jako przedmiot, obiekt, my sami zaś, a raczej część funkcji mózgu, odbieramy siebie jako podmiot wszelkich decyzji i spekulacji. Trochę to skomplikowane. Prościej rzecz ujmując: W otaczającej nas rzeczywistości i różnorodności konkretny mózg może zauważyć tylko to, czego wcześniej został nauczony metodą żmudnego poznawania małymi krokami, małymi kawałeczkami, a potem dzięki powtarzaniu tego, co już zapamiętał. Drobne nowości porównuje do ogólnej panoramy zjawisk. Trochę tak, jakby człowiek stojący w galerii obracał w ręku prawdziwe jabłko i porównywał je do namalowanego na obrazie. Nie jest pewny z czym ma do czynienia, bo przecież jabłko jest trójwymiarowe, ma zapach, nieco inny kolor. Oczywiście ów człowiek, może wyszukać w innej sali, jak w Centrum Kopernika, również wzorcowe zapachy, kształty itp. i wówczas  doprecyzuje swoje porównania.

W pewnej chwili, gdyż już upora się z jabłkiem, może spytać siebie: Kim jestem? Tym kimś kto trzyma jabłko i porównuje je z obrazem. Dlatego tak wielką wagę przywiązujemy do ocen, gdyż dzięki nim porównujemy szczegóły z ogólnymi obrazami, pojedyncze fakty, przedmioty, składowe sytuacji  i zachowania ludzi – do wzorców w głowie. A cha, to jest miły uśmiech! A to jest, gest zniechęcenie! Tamto jabłko ma plamkę, zatem jest nadgniłe. Tego rodzaju mina u kolegi oznacza zainteresowanie. Prezes stuka ołówkiem o własną obrączkę, robi tak zawsze, gdy chce skończyć rozmowę!   

Tymczasem w innym miejscu de Mello napisze: W miarę jak coraz mniej i mniej identyfikować się będziesz ze swoim ja, zapewnisz sobie coraz lepszy kontakt ze wszystkim i ze wszystkimi. A wiesz dlaczego? Ponieważ przestajesz się bać, że ktoś cię zrani, że nie będzie cię lubił. Nie będziesz pragnął wywierać na nikim dobrego wrażenia. Czy potrafisz wyobrazić sobie ulgę polegająca na tym, że poczujesz się uwolniony od tego wewnętrznego przymusu? Cóż za ulga! Wreszcie szczęście!

Cóż to może oznaczać? Co się stanie wraz z porzuceniem utrwalonych wzorców i ocen, przekonań i wartości. Co wtedy? Kim będę, jeśli w mojej  głowie przestaną wyświetlać się porównania, oceny, normy, schematy? Czy to jest w ogóle możliwe? Wiele osób utożsamia siebie samych z myśleniem. Myślę więc jestem – odkrył kiedyś tryumfalnie stary filozof. A co wtedy, kiedy myśli znikną?

Zasłyszana mądrość:

–  I jak tu żyć panie kierowniku? Drożyzna, zima, zimno, wiatr duje. 

–  Nie myśl tyle Krzysiek, tylko zwalaj śnieg do Wisły, sam się nie zwali.

Za dużo myśli
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

12 komentarzy

  1. Ag,
    dziękuję za rozwinięcie mojej wypowiedzi. To, o czym pisałam bardziej czuję niż “wiem”, dlatego jeszcze raz –dzięki :)

  2. Do Zosi – dokładnie tak jest, jak napisałaś. Najważniejszy jest cel w medytacji. Po co medytujemy?

    Buddyści mówią tak:
    “Mała nirwana” (lansowana przez buddyzm “południowy”) – osiągamy spokój poza myślami w postaci ucieczki od świata, nie oglądamy telewizji, nie słuchamy radia, unikamy nieprzyjemnych sytuacji. Trwamy w sytuacji bezmyślowej trochę nie-wiadomo-po-co. To pozbawia nas możliwości skutecznego działania.

    Poziom oświecenia buddy (buddyzm tybetański) – czujemy się dobrze w każdym stanie, z myślami czy bez, obserwujemy wszystko co się pojawia, trwa i znika – z dystansem i spokojem – obserwujemy w ten sposób wydarzenia, swoje emocje, myśli, życie …. i potem bardzo sprawnie wrzucamy śnieg do rzeki mając poczucie wyższej misji.
    Nie staramy się w medytacji przedłużać do nieskończoności fazy bez myśli, bo można się uzależnić, a chodzi o to, aby być silnym i niezależnym. Na koniec medytacji myślimy konkretnie o świecie, o robocie do zrobienia dla pożytku wszystkich istot, wychodzimy z medytacji i działamy bardzo sprawnie i z energią w realu :-)

  3. @ad – w naszym wydaniu był to zabawny biurowy lajcik, nie jakiś tam hardcore :).
    P.s. nasza firma może jest szacowna (?), ale na pewno nie sztywna i co najważniejsze – mimo czasem widocznego wariactwa (ehhh te deadline-y!) można znaleźć tu mnóstwo osób, które naprawdę lubią i umieja się świetnie zabawić. Czasem bywam prowodyrem :)))

  4. @Iwona_A – no to ładnie, w takiej szacownej fimie!
    Swoją drogą: dzięki za zwrócenie uwagi – bo przyszła do mnie pewna myśl.
    Być może przez takie happeningi można w szybkim tempie zapewnić rozprzestrzenienie się dobrych idei na świat.

  5. W tym dualistycznie złożonym świecie (ja-ty, czarne-białe, medytacja-niemedytacja, samadhi-niesamadhi) trzeba wiedzieć po co się chce medytować, wchodzić w samadhi, nie podążać obsesyjnie za myślami. Intencja najpierw, potem “loty”. Kiedy intencja jest właściwa, spójna z nami i potrzebna temu, bądz co bądz, dualistycznemu światu, możemy uprawiać wielką sztukę medytacji. Ale jeśli nie jesteśmy jej pewni, radzę brać łopatę i zwalać śnieg do rzeki, bo sam się nie zwali :) Wybieganie myślami poza”samadhi “(co będzie, jak mysli znikną, moim znajomym kasy od tego nie przybyło”) jest sprzeczne z naturą “samadhi” . Pewno i “samadhi” może być skarbonką, ale gdy ma być tylko “skarbonką” wcześniej, czy póżniej rozczaruje :)

  6. Anthony De Mello jest ponadczasowy. Zawsze gdy wracam do Przebudzenia znajduję odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.

  7. Łukasz, Ty mnie rozwalasz! Dzięki! :-) (nie ma tu cienia ironii ni kpiny, zaś szczerość jaką tu walisz i za to Ci chwała i nie tylko za to!)
    aż mnie się matematyka przestała zgadzać, więc skuteczny jesteś! :)
    naprawdę dzięki! no bo ile plus 4 da trzynaście? no zacięłam się.
    I to dzięki Tobie :)

  8. Właśnie nagraliśmy biurowy Harlem Shake:) Świetne!!! Istne wariactwo, ale pełny luz i zero oceniania :)

  9. A tak, teraz już kojarzę… Dzięki! Tak, nawet medytacja może być “pułapką”…
    “wszędzie dookoła czyha pokusa goła… ” ;-)

  10. ;-)
    coś nie załapałam z tym samadhi i czarną dziurą, rozwiń proszę, bom ciekawa :)

  11. Łukasz, a potem to jak masz “pecha” wracasz i dalej tą łopatą wiosłujesz :-)))

  12. Czasem mam wrażenie, że się zgubiłam, że błądzę, że każde mijane drzewo tak samo wygląda, że każdy jeden liść nuci tę samą złowrogą pieśń: – Zgubiłaś się dziewczyno.
    I nie znajduję w kieszeniach chleba by go kruszyć i znaki za sobą zostawiać. I mchu jakby zabrakło, więc kierunku nie jestem w stanie wykryć. I patyk wbity w ziemię cienia nie rzuca, więc czas też się gdzieś rozmył. I nikogo po drodze by spytać: – Kędy wędrować?

    Czasem mam oczy otwarte, a czasem zamknięte. Nie zmienia to wiele, bo bywam zagubiona, a drzewa choć tak różne od siebie, za identyczne biorę… I sięgam do kieszeni, a tam klucz. Zaskoczonam tym odkryciem, wszakże chwilę wcześniej nic w niej nie było. Więc skąd ten mały, chłodny, metalowy i z lekka zardzewiały? Na jakiej drodze go znalazłam i kiedy podniosłam i dlaczego nie pamiętam bym się po niego schylała? Przyglądam się staremu-nowemu znalezisku, obracam, oglądam pod różnymi kątami, pod światło i w cieniu mej kurtki, przykładam do ucha i czekam… Jakby miał zdradzić mi największy sekret świata. Ale on milczy zardzewiałą pamięcią, tajemnic swych strzeże w metalowej strukturze i zdaje się szydzić ze mnie mówiąc: – By mnie odczytać, kolejnego klucza potrzeba… I znowu wyruszam by szukać tego, który otworzy stare-nowe znalezisko. I znowu błądzę i znowu liście ze mnie drwią: – Zgubiłaś się dziewczyno…

    Czasem męczą mnie te znaki, sekrety, połączenia, związki, zależności, relacje, przenikania, powiązania. Jeden klucz prowadzi do kolejnego, drugi do trzeciego, a piąty do setnego. I tylko nie wiadomo który kogo otwiera, a kiedy już jeden do drugiego pasuje, z tchem zapartym czekam co się odkryje i czy w ogóle jest gwarancja, że cokolwiek… I kiedy już chcę odrzucić klucz gestem rozczarowania, ten jakby się ożywił swą zardzewiałą istotą, a z jego metalowej długości wydobywa się szept: – Dziewczyno jam tylko twój, przyłóż mnie do swego serca, pozwól mej rdzy z brunatnością krwi się połączyć, daj ponieść pulsowi i słuchaj… Słuchaj z sił całych… Tam wszelkie odpowiedzi. Tam największe skarby. Tam pieśni się piszą i na całe twe istnienie rozchodzą. Czyż naprawdę tego nie słyszysz? Tam wszystko się rodzi i umiera. Tam powstają zamki i tam się je burzy. Tam mury obronne i największe bitwy rozgrywasz. Tam fanfary zwycięstw i białe flagi pojednania. Tam jedna mądra Mistrzyni mieszka i to ona wie, którędy iść. Tyś Królową na włościach. Tyś swą mądrością. Tyś mchem. Tyś cieniem. Tyś słońcem. Tyś połączeniem, zależnością i powiązaniem. Tyś sekretem. Tyś jedynym kluczem. Tyś miłością…

    Czasem mam wrażenie, że się odnalazłam i nigdy nie było mowy o zagubieniu. Że to tylko sen tej, która śni, że błądzi, że każde mijane drzewo tak samo wygląda, że każdy jeden liść nuci tę samą złowrogą pieśń: – Zgubiłaś się dziewczyno…

    PS Poniedziałek! Pięknego dnia wszystkim “podróżującym” tu i ówdzie :)

Komentarze są wyłączone.