3. Zeszyt

O której godzinie prezes Kryszula ma spotkanie? Nikt nie miał pojęcia. Tymczasem inny prezes i to osobiście, nie przez asystentkę czy też poprzez dział personalny lub dział sprzedaży, line menedżera, lub innego key accounta – tylko sam, własnoręcznie trzymając telefon, własnoustnie dopytywał się o termin spotkania. Jutro, koniecznie jutro. Oczywiście jutro! Od dawna to miało być jutro. Dzwonił by potwierdzić jutrzejsze spotkanie. Co więcej nie tyle chodziło o spotkanie, co przyjazd, również osobisty. Ponoć ponadto przyjazd umówiony był przez dzwoniącego prezesa osobiście i przez niego potwierdzony oraz niepotwierdzony ostatecznie przez prezesa Kryszulę, aczkolwiek strategicznie ważny, oczekiwany i strategiczny.

Kryshomed Institute był małą firmą zaś prezes jedynym w niej dyrektorem, w dodatku w randze prezesa. Trzeba było jednak znać prezesa Kryszulę i wcale nie musiała to być długa znajomość, by wiedzieć, że prezes był prezesem przez duże P. Nienaganny garnitur; czarny, duży samochód; wybuchowe usposobienie i pani Bodzia. Bodzia? Owszem, zdrobnienie od Bożydara. Zazwyczaj, nowi członkowie zespołu okazywali zdziwienie, dając odczuć właścicielce godności, mniej lub bardziej wprost, że niecodzienne brzmienie jej imienia budzi ich zdziwienie. Choć Bodzię jako taką można było zaakceptować, trudniej przychodziło im przyswojenie pełnego imienia – Bożydara. Jakby nazwanie dziecka darem Bożym nie mieściło im się w głowach. Srodze potem żałowali swego zdziwienia. Dar Boży w postaci Bożydary stał się w dorosłym życiu również darem dla prezesa Kryszuli. I choć wyrosła Bożydara na Bodzię szpetną zdaniem wielu, fizycznie nieatrakcyjną, w dodatku zaniedbaną, to jednak niesłychanie pomocną prezesowi. Prezes Kryszula bez Bożydary istnieć nie mógł, nie potrafiłby przetrwać choćby jednego dnia. Nie tylko dlatego, że  Bodzia, jak prawdziwy cerber strzegła prywatności prezesa, pilnowała jego kalendarza, spraw służbowych i prywatnych lecz również z powodu jej wyjątkowych zdolności w zarządzaniu niełatwym charakterem prezesa. To ona łagodziła jego wybuchy, to ona powstrzymywała go od zgubnych dla firmy decyzji, to ona odwlekane decyzje podejmowała, to ona tuszowała niezręczności, to ona przepraszała w imieniu prezesa, ona, ona, ona. Bożydara podająca tabletki, serwisująca super auto, oczywiście kupująca prezenty rodzinie, pisząca zaległe maile, lecząca prezesowskiego kaca, usprawiedliwiająca przed żoną. Nieoceniona, niezastąpiona Bodzia.

Kryshomed Institute był małą ale prężna firmą zajmująca się wąską ale ważną działalnością polegającą na testowaniu i atestowaniu opakowań medycznych. Prezes w dawnych jeszcze czasach, poprzez jeszcze dawniejsze znajomości z okresu, gdy dawno temu pracował w tak zwanym resorcie – załatwił sobie, czyli obstalował, zorganizował, ustawił, wychodził, zdobył, opłacił, dał sto łapówek i wygłosił kilkanaście gróźb karalnych i w rezultacie uzyskał, jako jedyna instytucja w kraju, licencję na testowanie i atestowanie opakowań medycznych w bardzo wąskiej grupie produktowej. Żyła złota. Monopolistyczne Eldorado. Cud nad Wisłą! Niczego nie produkował, niczego nie sprzedawał, niczego nie kupował, jakby dystrybuował święte usługi, jakby był właścicielem chrzcielnicy i cmentarza – on tylko atestował. Ktokolwiek chciał cokolwiek zapakować co było produktem medycznym, rzecz jasna w bardzo wąskiej grupie produktowej, musiał uzyskać atest poprzedzony testem w Kryshomed Institute. Pewien niepokój prezesa, związany jakby nie było z chucpą oraz wynikającym z tejże grandy ryzykiem polegającym na powierzeniu prywatnej firmie monopolistycznych usług, rozwiały testy europejskie w wyniku, których Kryshomed Institute uzyskał europejski, a jakże, certyfikat na przyznawanie atestów. Rzecz jasna jako jedyna firma. Stare znajomości prezesa raz jeszcze zaowocowały. Był królem atestów!

O której godzinie prezes Kryszula ma spotkanie i co najważniejsze – gdzie? Bodzia była pewna, że raz na zawsze wyeliminowała ryzyko samodzielnych rozmów prezesa z kimkolwiek. Zjawisko to, w nie tak odległych czasach, poskutkowało niespotykaniem się prezesa z właściwymi osobami, spotykaniem symultanicznym z wieloma osobami na raz, przypadkowymi spotykaniami i zawalaniem miliona ważnych spraw, łącznie z nieodebraniem nagrody Ministra Zdrowia i Opieki Społecznej za ostatnią dekadę, a także nagrody Człowieka Roku kwartalnika Sprzęt Medyczny oraz nieobecnością na obronie pracy doktorskiej żony, za co wcześniej prezes osobiście zapłacił rektorowi w gotówce. Jednak telefon od prezesa siódmego na liście siedemnastu najbogatszych producentów medycznych na wschód od zagranicy był wydarzeniem bez precedensu, zwłaszcza, że Bodzia nic o tym nie wiedziała. W powietrzu wisiał kontrakt stulecia.

O której godzinie prezes Kryszula ma spotkanie z prezesem siódmym na liście najbogatszych i co najważniejsze – gdzie? Jedynym tropem, jedyną szansą, jedyną nadzieją był zeszyt prezesa. Bodzia miała dostęp do wszystkiego z wyjątkiem zeszytu. Zeszyt był nawykiem prezesa z dawnych i jeszcze dawniejszych lat. Znajdowały się w nim głównie gryzmoły; ot, nawyk śledczego, który słuchając bzdur, kłamstw a nierzadko bełkotu przesłuchiwanych musi przecież zabić czas a to rysunkiem szubienicy, a to trupiej czaszki, to znów choinki, koniczynki lub po prostu pistoletu Makarow. Jednak wśród gryzmołów znajdowały się niekiedy ważne, ba najważniejsze informacje, od niechcenia zapisane przez prezesa lub wcześniej porucznika, kapitana i w końcu majora Kryszulę. Po zagryzmoleniu zeszytu, zawsze w sztywnej, tekturowej oprawie, zawsze sześćdziesięciostronicowego w kratkę, prezes Kryszula niszczył zeszyt lecz wcześniej przeglądał kartka po kartce i ważne informacje, zazwyczaj nie więcej niż jedną, dwie, przepisywał do nowego. Niszczenie było specjalnym rytuałem. Żadnych gilotyn, niszczarek, pieców, koszy. Stary, dobry resortowy nawyk – darcie w palcach i polewanie bielinkiem. Co ciekawe prezes uwielbiał zapach chloru. Kiedy innych skręcał smród dochodzący z łazienki, prezes upajał się oparami bielinka, rozkoszował wonią chloru, z zafascynowaniem poddawał destrukcji pogryzmolony papier. Prezes nigdy nie rozstawał się ze swoim aktualnym zeszytem. Nie spuszczał go z oczu. Wyjątki wywoływał Furagin, który to lek prezes okresowo zażywał z powodu dolegliwości pęcherza. Nagła potrzeba była jedynym odnotowanym przez Bodzię przypadkiem pozostawienia zeszytu samopas na dłużej niż dwie minuty.

Padło na Łasabiego, człowieka o delikatnym, spolegliwym usposobieniu, który to zazwyczaj nikomu nie odmawiał, zwłaszcza zaś pani Bodzi, która w biurze a nawet w całej firmie była równie a może bardziej wszechwładna niż prezes. Bodzia była jak prałat Dziwisz u boku papieża, jak rzecznik prasowy u boku przewodniczącego partii, jak żona alkoholika u boku alkoholika, jak pies w bramie. Decydowała o wszystkim, nawet o tym, o czym prezes decydował. Bodzi się nie odmawiało. Zatem w chwili, gdy prezes wybiegł do toalety; Łasabi, na skinienie Bożydary wszedł do gabinetu, zbliżył się do biurka i jednym, sprawnym ruchem, bezceremonialnie zabrał zeszyt prezesa z gryzmołami i wręczył go wszechwładnej asystentce. Sam nie tylko nie śmiałby otworzyć zeszytu ale nawet, gdyby to zrobił, nie wiedziałby czego szukać? Bodzia natomiast w jednej chwili odnalazła właściwy zapis pod wielką zamazaną czaszką z pistoletem w ustach i przepisała godzinę oraz miejsce spotkania z prezesem siódmym na liście siedemnastu. Wystarczyło odnieść zeszyt na miejsce. Dlaczego sama nie wzięła zeszytu? Cóż za naiwne pytanie? Nie mogła okazać nielojalności wobec szefa, Bodzia miała żelazne zasady. Dlaczego nie można było po prostu spytać szefa, czy nie zapisał gdzieś miejsca i godziny hiper ważnego spotkania z prezesem siódmym na liście, a raczej co zapisał? Cóż za naiwne pytanie? Choćby cień sugestii, że zeszyt prezesa został zauważony, że dostrzeżono notatki, których dokonywał, że ludzie domyślają się co mogło się w nich znaleźć – podejrzenie tego rodzaju mogło się skończyć aferą, przy której utrata pracy byłaby najmniejszą karą. Jednak teraz już można było odetchnąć. Bodzia wyekspediuje prezesa na właściwie miejsce o właściwym czasie, zadba o wszystkie szczegóły, dokooptuje właściwą osobę z zespołu, która z kolei zadba o kontrakt i wszystko skończy się szczęśliwe. Dlaczego prezes sam siebie nie mógł skutecznie wyekspediować? Cóż za naiwne pytanie? Nie mógł. Gdyby mógł, to by mógł ale nie mógł. Od tego była Bodzia. Po to miał firmę i zatrudniał ludzi – żeby mogli.

Prezes tego dnia jeszcze wielokrotnie korzystał z łazienki. Dziwił się, że reakcja jego organizmu na Furaginę jest wyjątkowo silna. No cóż, nie podejrzewał nawet, że w kolejnych kawkach z mleczkiem serwowanych przez Bodzię trochę przedawkował ów moczopędny specyfik. Dlaczego Bodzia przedawkowała prezesowi Furagin? Cóż za naiwne pytanie? Łasabi nie mógłby długo wytrzymać ukryty pod stolikiem telewizyjnym, pod który wczołgał się w ostatniej chwili, tuż po odłożeniu zeszytu na biurko.

3. Zeszyt
Oceń artykuł

Udostępnij:
Maciej Bennewicz

Maciej Bennewicz

Dyrektor Instytutu Kognitywistyki, wykładowca mentoringu i coachingu, pisarz, socjolog, coach, terapeuta, superwizor.

2 komentarzy

  1. NIe dostajesz tego na co zasługujesz. Dostajesz to co sobie weźmiesz :)

  2. Tak jakbym słyszała historię o znajmomym prezesie , tylko ten zeszytu nie ma :) Usłużna Bożydara, o której sobie prezes przypomina tylko wtedy kiedy coś się wali, Łasabi ratujący firmę, cichy bohater dzięki któremu trybiki się kręcą. Prezes żyje w swoim świecie idei, pracownicy w swoim realnym. Jakoś to działa. Jedyna nauka jaką wyciągnęłąm z mojej pracy, to nie licz na to, że jak będziesz siedzieć cicho i dobre pracować to ktoś cię doceni. To tak nie działa. Jeśli ktoś cię docenia to trzeba się zastanowić jaki ma w tym biznes i czy to też jest nasz biznes.

Komentarze są wyłączone.